W poszukiwaniu własnej tożsamości

W okresie dojrzewania zauważyłam, że coś jest ze mną nie tak. Nie potrafiłam się zakochać w żadnym chłopaku, za to pojawiały się obsesyjne zauroczenia różnymi dziewczynami. Wydało mi się to dziwne. Problem trwał latami, lecz spychałam go, nie chcąc go nawet nazwać po imieniu. Dopiero po nawróceniu zaczęłam się tym coraz bardziej niepokoić i zrozumiałam, że nadszedł czas, by zmierzyć się z tym problemem i otworzyć zamknięte od wielu, wielu lat drzwi. Od tego momentu zaczęłam szukać pomocy…

 

 

Czytałam różne książki na temat uzdrowienia ze skłonności homoseksualnych, choć nie było tego zbyt wiele. Stoczyłam ogromną walkę, ponieważ od kiedy zaczęłam szukać pomocy – przychodziły mi myśli: „Daj sobie spokój. Po co się będziesz męczyć? Przecież tego i tak nie da się wyleczyć. Idź za tym!”. W tym poszukiwaniu siebie i źródeł problemu, wiedziałam jedno: nie chcę tak żyć! Walka z tymi pragnieniami była bardzo męcząca i wymagała ogromnego wysiłku, aby utrzymać znajomości z dziewczynami na zdrowy dystans. Pamiętam pewien dzień, gdy miałam dość wszystkiego i w sercu postanowiłam: „Dobra, spróbuję tak żyć”. Włączyłam wtedy radio i przypadkowo trafiłam na audycję o grzechu pierworodnym i zerwaniu jabłka przez Ewę. Szybko wywnioskowałam, że to raczej nie przypadek, ale znak od Pana Boga: „Nie idź w tę stronę! To jest droga do przepaści”. Za radą kapłana trafiłam do ośrodka, w którym obecna pani psycholog zaproponowała, że spróbujemy pogrzebać w mojej przeszłości i może uda nam się ruszyć ten temat. Nic nie obiecywała, ale powiedziała, że postara się pomóc na tyle, na ile potrafi. Zaryzykowałam i spotykałyśmy się przez kilka miesięcy. Było to dla mnie strasznie trudne – wcześniej spychałam swoje problemy do podświadomości i nauczyłam się nie ruszać bolesnych wspomnień.

 

Na terapii zaczęłam wchodzić w swoją przeszłość i relacje rodzinne. Odkrycie narastającej pustki w sercu (którą wcześniej próbowałam zapełnić pragnieniami homoseksualnymi), było powodem pojawienia się depresji. Byłam zrozpaczona, pomyślałam sobie, że chyba nic mi już nie pomoże.

Jednak pewnego dnia otrzymałam od Jezusa obietnicę. W przypadkiem otworzonym fragmencie ze sceny zwiastowania, odnalazłam nadzieję na przemianę mojego życia: „Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych” (por. Łk 1,37). To zdanie tak utkwiło mi w pamięci, że pomimo trudności i momentów załamania – ciągle do niego wracałam. Równocześnie uczęszczałam na spotkania wspólnoty, która była dla mnie dużym umocnieniem duchowym. Tam dowiedziałam się o modlitwie uwolnienia metodą pięciu kluczy i zdecydowałam się ją podjąć. Owocem tej modlitwy była rosnąca akceptacja mojej kobiecości. Zmniejszył się wstyd i porównywanie z innymi kobietami. Poczułam, jakby te dawno zamknięte drzwi w moim sercu – teraz się uchyliły. Niedługo potem podjęłam drugą terapię, tym razem niechrześcijańską. Ale tylko bardziej namieszała mi w głowie, ponieważ pani psycholog namawiała mnie, żebym poszła za swoimi skłonnościami. W końcu powiedziałam Bogu: „Jeżeli nie jest Twoją wolą, żebym kontynuowała tę terapię, to zawierzam Ci to przez wstawiennictwo Matki Bożej. I zrób, co chcesz”. Terapia ucięła się już na następnej sesji! Pan Bóg od razu to zakończył. Pewnego dnia przyszłam na spotkanie wspólnoty kompletnie zrezygnowana. Przeczytałam książkę Płeć mózgu, z której dowiedziałam się, że hormonalny wpływ na mózg ludzki w okresie płodowym – ma również wpływ na późniejszą orientację seksualną. Pomyślałam wtedy: „Tego nie da się uleczyć, a ja jestem bezradna. Poddaję się”. Ale na spotkaniu zaśpiewaliśmy wtedy pieśń: „Jesteś Królem”. Nagle poczułam, że Jezus staje przede mną i mówi: „JA JESTEM KRÓLEM BIOLOGII”. Rozpłakałam się z radości. Dla mnie to było oczywiste, że jeśli On jest Królem biologii, to może wszystko zmienić! Znów ożyła nadzieja i ufność w dane mi słowa, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

 

Podczas mojej drogi ku przemianie dość regularnie chodziłam na Msze o uzdrowienie. Na jednaj z nich padło słowo poznania dotyczące kilku osób, że Bóg uwalnia je od myśli i pragnień homoseksualnych. Miałam nadzieję, że to do mnie!

Ale wtedy nie poczułam się wcale jakoś niezwykle. Teraz już wiem, że musiałam się jeszcze otworzyć na uzdrowienie, a działo się to stopniowo. Po tej Mszy zaczęłam jednak zauważać, że mężczyźni są tacy interesujący… Zaczęłam się im przyglądać, choć jeszcze bałam się zaryzykować jakąkolwiek bliższą znajomość. Przyszedł Sylwester 2013/2014. W trakcie zabawy wyszłam na adorację Najświętszego Sakramentu. Podczas modlitwy powiedziałam: „Panie Boże, zawierzam Ci ten przyszły rok i całe moje życie. Jeśli moim powołaniem jest małżeństwo, to chcę spróbować. Oddaję Ci moje serce, rób z nim co chcesz. Chcę je otworzyć na jakiegoś mężczyznę. Dziś oddaje Ci siebie i przestaję się bać”. I tej właśnie nocy poznałam… mojego przyszłego męża! Poprosił mnie do tańca i przetańczyliśmy całą noc. Wymieniliśmy się numerami telefonów i zaczęliśmy się spotykać. Założyłam, że mój przyszły mąż musi wiedzieć o mnie wszystko. Był tylko jeden problem. Wiedziałam, że jest bardzo uprzedzony do „takich” osób. Kiedy zaczynałam rozmowę na ten temat – natrafiałam na mur! Podobał mi się, zakochałam się w nim, ale jak mu to powiedzieć? Jak zareaguje? Pewnie od razu ucieknie… Kiedy więc pojechaliśmy na wycieczkę, a wokół nas nie było nikogo, poczułam: teraz albo nigdy. I powiedziałam mu prawdę. Na początku zapadła grobowa cisza. Ciężko mu było to przyjąć. Ale w końcu powiedział, że jest w stanie to zaakceptować, ponieważ nie poszłam za swoimi skłonnościami. Rozumie, że miałam taki problem, ale równocześnie widzi we mnie przemianę. Będzie starał się o tym nie pamiętać. Podczas narzeczeństwa mieliśmy z Krzysztofem pewne problemy, które budziły we mnie wątpliwości, czy to odpowiednia osoba dla mnie. Starałam się to rozeznać. Kiedyś na modlitwie usłyszałam jednak słowa: „Nie bój się wziąć go za męża”.

 

Na tydzień przed ślubem przeżyłam kryzys. To był atak szatana, który mi wmawiał: „Nie możesz wyjść za mąż! Z taką przeszłością? Nie możesz”. Pojawiały się myśli, że muszę odwołać ten ślub, że nie nadaję się do małżeństwa. Jednak wszystko puściło w dzień spowiedzi.

A na ślubie otrzymałam łaskę pokoju i radości. Gdy był śpiewany „Hymn do Ducha Świętego”, poczułam w sobie moc Bożą. A najpiękniej było zaraz po ślubie, kiedy mogliśmy już nacieszyć się sobą… Czuję taką wdzięczność do Pana Boga! Wielką rzecz uczynił dla mnie – coś, co wydawało mi się niemożliwe. Wcześniej nie wyobrażałam sobie tak bliskiej relacji z mężczyzną, że można z nim o wszystkim porozmawiać. Wynikało to z mojej złej relacji z tatą, więc ogólnie miałam kiepskie wyobrażenia na temat mężczyzn. Przyznam, że pewne uprzedzenia jeszcze nadal są – jeszcze nie wszystko w mojej relacji z ojcem jest uzdrowione, choć Pan Bóg już zaczął ją zmieniać. A mąż zaskoczył mnie tym, że jest wrażliwym mężczyzną, pozytywnie nastawionym do świata, i stara się o mnie dbać. Dawniej myślałam, że mężczyźni są nieczuli i w ogóle nic nie przeżywają. A na przykładzie mojego męża Pan Bóg pokazuje mi, że wcale tak nie jest. Jeśli to świadectwo będą czytały osoby, które mają mój dawny problem i nie widzą możliwości zmiany – chciałabym im coś powiedzieć. Wiem, że życie z takimi skłonnościami jest ciężkie. Wiadomo: nie z każdym można o tym porozmawiać, ludzie pytają o związki i co im wtedy powiedzieć? Ja nie chciałam tak żyć i bardzo zależało mi na tym, żeby to zmienić. Teraz wiem, że Pan Bóg może wszystko! Tylko trzeba chcieć to uzdrowienie przyjąć, bo jeśli nie będziemy o nie prosić i szukać go – Bóg za nas tego nie zrobi. Kasia

.

Dim lights Embed Embed this video on your site


.

Szum z Nieba nr 130/2015

 


 

 

Zachęcamy do wysłuchania płyty o. Tadeusza Kotlewskiego SJ - Akceptacja siebie". Konferencje dotykając różnych wymiarów naszego życia poprowadzą nas drogą akceptacji siebie. Więcej tutaj!

 

 

 

 

 

(zamieszczono 2015-07-30)