No przecież uwielbiam...

Gdy dowiedziałem się o sesji „Uwielbienie uwalnia serce”, moja pierwsza reakcja była niechętna: „Przecież uwielbiam. Wiem jak. Robię to”. Nawet nie zastanawiałem się nawet nad tym, czy iść– bo po co. Jednak na kilka dni przed sesją pojawiło się we mnie oczywiste przeczucie, że muszę tam się znaleźć. Zapisałem się.

 

Posługa modlitwy wstawienniczej, w którą jestem zaangażowany we wspólnocie, została powołana do współpracy z Marią Vadią. Mieliśmy stać na tyłach sceny i tam służyć modlitwą osobom przychodzącym, w ten sposób odciążając także Marię, do której zawsze na takich sesjach ustawiają się kolejki.

 

Pierwszy dzień był dla mnie nie lada wyzwaniem.

Przyszedłem entuzjastyczny, otwarty na Boga, spragniony Jego działania i posługi. Na uwielbieniu nie byłem skoncentrowany, gdyż uważałem, że tu nic nowego się nie dowiem. Ale wraz z kolejnymi konferencjami wzrastało we mnie zrezygnowanie… Pojawiały się myśli, które odbierały mi radość spotkania. „To już na pewno nie jest prawda” – gdy Maria opowiadała o kolejnym uzdrowieniu podczas wychwalania Pana. „Ludzi sami to sobie wymyślają” – gdy słyszałem kolejne świadectwa uzdrowień. „Jej się coś pomyliło, takiego Boga nie ma” – gdy słyszałem świadectwa z życia Marii, jak Bóg działa w codzienności. Pod koniec dnia, gdy nadszedł czas modlitwy wstawienniczej, byłem już całkiem zrezygnowany. Zastanawiałem się nad celowością mojej posługi, skoro nawet nie potrafiłem Boga wychwalać jak inni?

 

Wbrew sobie i wbrew tym myślom – poszedłem na modlitwę.

Posługiwałem jak potrafiłem, otwierałem się na Boga i Jego Słowo. Ale jednocześnie z każdą kolejną osobą mój stan się pogłębiał… Wtedy podszedł do nas jeden z kapłanów, prosząc o modlitwę. Gdy skończyliśmy go omadlać, postanowił dołączyć do naszej pary jako trzeci wstawiennik. A we mnie pojawiła się myśl: „Skoro jest was trzech, to teraz ty możesz poprosić o modlitwę nad sobą”. Po krótkiej walce wewnętrznej, czy to ma sens i czy Bóg może coś zaradzić mojej acedii – zdecydowałem się pójść za tym głosem. Ojciec i mój współtowarzysz modlili się nade mną o wiarę, abym się otworzył na uwielbienie. W pewnym momencie usłyszałem pytanie kolegi: – Maciek, Bóg się pyta, czy ty w ogóle wierzysz w Pismo Święte? Bo jeżeli nie wierzysz w podstawy, to jak chcesz uwierzyć w to, co się tutaj dzieje? W tym momencie wszystkie kajdany spadły, serce zabiło mi mocniej. I szczerze odpowiedziałem: „Nie, Panie, nie do końca wierzę w Pismo Święte”. Poczułem się wolny – ta prawda wyzwoliła mnie od smutku! Zacząłem prosić Pana o pomnożenie wiary. I zrozumiałem, że to będzie współpraca, bo mam do wykonania konkretne zadania, które Pan przede mną postawił.

 

Po modlitwie czułem się jak nowy człowiek!

Z ogromną lekkością w sercu i radością mogłem wychwalać Pana. Robiłem to, pomimo że wciąż pojawiały się pytania, czy te wszystkie uwolnienia i uzdrowienia ogłaszane przez Marię i potwierdzane przez uczestników są prawdą. Ten brak wiary nadal mi towarzyszył, ale już nie był dla mnie przeszkodą. Wiedziałem, że Bóg mnie dotknął i prawda mnie wyzwoliła. Gdy Pan pokazuje prawdę, nawet tę najboleśniejszą – równocześnie z nią pojawia się nadzieja i miłość. Nadzieja, bo wszystko jest w rękach Pana i Jemu nie przeszkadza mój brak wiary. A miłość w moim przypadku - przejawiła się w posłudze. Od tej pory pragnąłem omodlić jak największą ilość osób i jak najgoręcej. Wiedziałem już, że moje granice nie ograniczają Boga.


A ludzie przychodzili na modlitwę z różnymi problemami.

Czasem ze sprawami po ludzku nie do rozwiązania… Miałem kilka niesamowitych doświadczeń, gdy podczas wywiadu zadałem pytanie, a osoba omadlana zaczęła płakać z radości, że nigdy tak nie pomyślała o tym problemie i teraz ma ogromny spokój. Ja sam z siebie tego nie mogłem wiedzieć! Kilkukrotnie Bóg posłużył się też moim doświadczeniem, nie tylko charyzmatem prorockim, abym podzielił się, jak ja przeżyłem podobną sytuację. Zrozumiałem wtedy, że nie jestem tylko bezwładnym narzędziem w Jego ręku, ale On bardzo polega na mnie i czeka,że podzielę się tym, co noszę w sobie. Łaska Pana była z nami, a my byliśmy z Nim. Osoby omadlane przez nas otrzymywały dar języków – mimo że nigdy nie modliły się językami!– dar śmiechu, łez (czasem oba naraz), dar zaśnięcia w Duchu Świętym. Były też osoby, które nie chciały się otworzyć na charyzmaty i łaski, pomimo zaproszenia. Ale wierzymy, że Bóg będzie działał w nich cały czas i ta modlitwa była dla nich początkiem przemiany. A cała sesja była początkiem mojej przemiany – i wierzę, że Bogu na chwałę, a ludziom na pożytek.

Maciek


 

Zachęcamy do książki Wojciecha Werhuna "Uwielbienie tego da się nauczyć" - więcej tutaj!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

oraz do konferencji z sesji "Uwielbienie uwalnia serce" - więcej tutaj!

 

 

 

Dim lights Embed Embed this video on your site

 

 

 

 

 

 

(zamieszczono 2015-03-20)