Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 62 gości 

W ewangelizacji nie rezygnuje się z nikogo, nie okazuje się niechęci nikomu, pogardy nikomu, odwetu nawet nieprzyjaciołom – nigdy policzka lewego nie szczędzi się, chociaż się dostało w prawy. Nie pokazuje się zębów nikomu, nie wpada się w jakiś nastrój złości, gniewu, niecierpliwości. To jest droga trudna, bo to jest też droga krzyżowa. To jest krzyżowa droga, ale zbawcza.

kard. Stefan Wyszyński (Choszczówka, 8.05.1975)

 

Z dziennika seminarzystki

Szczęśliwy ten, komu odpuszczona została nieprawość, którego grzech został puszczony w niepamięć. Szczęśliwy człowiek, któremu Pan nie poczytuje winy, w którego duszy nie kryje się podstęp. Ps 32, 1-2

 

W marcu tego roku rozpoczęłam Eksternistyczne Seminarium Odnowy w Duchu Świętym prowadzone przez o. Jezuitów w Łodzi. Informację o nim otrzymałam z Niemiec i miała być ona skierowana do innej osoby, jednak to ja się na nie zapisałam i sama byłam tym faktem zaskoczona. Całe to „Boże studium” złożyłam w intencji bliskiej mojemu sercu osoby. Ponieważ jestem osobą trochę rozkojarzoną, zabrałam się z dużą osobistą dyscypliną do przeżywania tych 60 dni zgodnie z podręcznikiem i Pismem świętym. Na początku myślałam, że nie dam rady – tyle książek na raz i to o tematyce religijnej. Jednak ku mojemu zdziwieniu – książki dzień po dniu stawały się moją rzeczywistością. Działo się u mnie dokładnie tak, jak opisywał autor podręcznika seminaryjnego. Odkrywałam tajemnice mojego życia, które wcześniej opisał o. Józef Kozłowski SJ, jakby o nich wiedział. W kwietniu przyjechałam do Łodzi na I sesję Seminarium – przyjęcie daru nawrócenia i uzdrowienia. Doświadczenie nawrócenia przekroczyło całkowicie moje wyobrażenia dotyczące grzechu, przebaczenia i pojednania. Zrozumiałam, że mimo moich częstych spowiedzi świętych i przyjmowania sakramentów, moja modlitwa i wiara były jakieś niekompletne i zawężone. Zrozumiałam, co znaczy dotrzeć do korzenia własnego grzechu i jego konsekwencji. To była bardzo trudna droga Wszystkie moje spowiedzi były szczere, a jednak zalegały gdzieś na dnie serca zapomniane grzechy, które zamknięte w najgłębszych szczelinach, pozostawiły we mnie ogromne zranienia. Aby tam dotrzeć, musiałam odpowiedzieć na pierwsze postawione mi w podręczniku pytanie:

 

Po której stronie jesteś?

Ja – zamknięte drzwi, a po drugiej stronie Bóg, czy też ja – otwarte drzwi, a po drugiej stronie Bóg? Na sposób wewnętrzny zobaczyłam siebie, ale ten obraz nie pasował do żadnego z przedstawionych w książce. Ujrzałam krętą drogę niekończących się ruin, a drogę przecinały łuki z rozsypanych kamieni. Tych przejść było wiele, nie miały bram. Stałam sama w tym gruzowisku. Absolutna cisza i jasne światło zalewające tę kamienną pustynię aż po horyzont. Było tak jasno, że chciałam tam iść, czułam zachętę, ale nikt nic nie mówił. Ta zalegająca cisza… Miałam wiele pytań i wielu rzeczy nie rozumiałam. Kłóciłam się z Bogiem, wypominałam to i owo, ale po jakimś czasie przyszedł spokój i wyciszenie. Wszystko zaczęło się od miłości.

 

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. (1 List do Koryntian 13, 1)

Ty wiesz, Panie Jezu, że Cię kocham, dlaczego jednak wciąż pojawia się „ale”? Stawiając to pytanie, doświadczyłam nieoczekiwanie światłości podobnej do tej, która zalała ruiny mojego życia. To „ale” było kamieniem, barierą, warunkiem stawianym Bogu. Wtedy zauważyłam, że w miłości Bożej nie ma żadnego warunku, żadnej bariery, żadnego „ale”. Wtedy też odkryłam w sobie stawianie na swoje „ja”: ja muszę, ja zrobię, wciąż ja…

 

Odkryłam mój główny grzech – stawianie na „ja” – mój egoizm i jego konsekwencje. Często zapominałam, że działam bez zawierzenia Bogu. Dlatego zamieniłam się z Nim miejscami. Teraz Ty, Panie, jesteś na pierwszym miejscu, a ja za Tobą.

Panie, to Ty zalałeś światłem pustynię mojego życia, abym lepiej dojrzała wszystkie moje grzechy, a jako ich konsekwencje – moje zranienia. Muszę się spieszyć, bo gdyby nagle to światło zgasło – zostałabym w połowie ciemnej drogi sama, na gruzowisku własnego życia. A więc świeć, Duchu Święty, swoją światłością! Pomagaj, stawiaj dobrych ludzi na mojej drodze życia! O. Józef Kozłowski SJ w swoich książkach pokazał mi, jak głęboko tkwiły we mnie moje grzechy i jak mnie raniły. Na Mszy świętej o uzdrowienie w Łodzi, otrzymałam łaskę uwolnienia od grzechu i jego konsekwencji. Podczas modlitwy o uzdrowienie siostry duchowe odwróciły i otworzyły moje dłonie. Wtedy zobaczyłam Matkę Bożą, która kładzie na nich różaniec. Otrzymałam też łaskę „nowego czasu” – mój licznik życia ustawił się na zerze. Stary człowiek umarł, a mnie został darowany nowy czas, życie od początku. Czułam się szczęśliwa. Po powrocie do Wrocławia COŚ kazało mi zajrzeć do komputera. Przeczytałam, że we Wrocławiu odbędzie się Msza o uzdrowienie. Poczułam, że muszę tam być. Zdziwiłam się. Przecież dopiero co byłam w Łodzi na takiej Mszy. Zapytałam Boga, czy może ze mną coś jest nie tak. Jednak czułam, że mam iść.

 

Kiedy po raz pierwszy weszłam do kościoła p.w. Matki Bożej Różańcowej, stanęłam jak wryta. Tak – jak wryta – nie mogę znaleźć innego określenia. Zobaczyłam figurę Matki Bożej przy głównym ołtarzu, a obok Dzieciątko Jezus trzymające w swych dłoniach różaniec taki sam, jaki zobaczyłam i poczułam na swoich dłoniach w kościele o. Jezuitów w Łodzi! Siedziałam w ławce, modliłam się, rozglądałam po pięknej świątyni, aż przyszedł kapłan. Wtedy czas przestał dla mnie istnieć. Przeżyłam mocno jego słowa. Powiedział, że będzie namaszczać przybyłych na Mszę świętymi olejami przywiezionymi z Libanu, z grobu mnicha, pustelnika – św. Charbela Makhlouf. Każdy miał zastanowić się, o co chce prosić Jezusa, jakie rany chce uleczyć. Wtedy przyszła mi myśl: „Ach, ten nieustający ból głowy”. Nie umiałam prosić o więcej. Ksiądz przechadzał się po kościele, namaszczając kolejne osoby. Widziałam, jak ludzie omdlewają, przewracają się, ktoś kogoś łapie „w locie” – młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety w różnym wieku spoczywali w Duchu. To był już nie tylko szum z nieba, ale nieprawdopodobny taniec żywego kościoła, a włos nikomu z głowy nie spadł. Przyszła kolej na mnie. Kapłan podszedł do mnie, a ja poczułam, że stoję mocno na ziemi, że budowla mojego życia jest zbudowana na skale, że jestem silna. Ksiądz wręcz wcisnął w moje czoło święty olej. W tym czasie pomyślałam, kim są te osoby, które Pan Jezus właśnie w tej chwili uzdrawia, że musi je bardzo kochać.

 

Usiadłam w ławce, roztarłam święty olej po moich skroniach i nagle poczułam dziwne mrowienie w całym ciele, jakby jakiś prąd przechodził przeze mnie. To uczucie trwało długo. Czułam się, jakbym była po operacji. Wiem, jak to jest, bo przeszłam dwie. Byłam bardzo słaba. Pomyślałam, jak dobrze, że siedzę w ławce, bo nic mi się nie stanie. Wtedy usłyszałam głos kapłana: „Pewna osoba została uzdrowiona z silnego bólu głowy”.

To byłam ja! Przed Seminarium dostałam tak silnego ataku bólu głowy, że aż pogotowie zabrało mnie do szpitala. Bełkotałam, nie poruszałam głową. Wykonano badania, ale lekarze niczego nie wykryli, podali kroplówki. Głowa bolała mnie często i mocno. Obecnie, od momentu modlitwy o uzdrowienie w Łodzi i we Wrocławiu, głowa już mnie tak nie boli. Czuję tylko lekki ból od czasu do czasu. Poprawiły się także wyniki badań innych przewlekłych schorzeń. Panie Jezu, czuję jak bardzo Ci na mnie zależy. Chwała Tobie!

 

Joanna z Wrocławia


 

Szum z Nieba nr 118/2013

 

 

 

W temacie uzdrowienia szczególnie polecamy książkę Thomasa Forresta CSsR, Jose H. Prado Floresa "Uzdrowiciel mojej osoby" - tutaj!

 


 

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do serii książek Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym - tutaj



 

 

 

 

 

Aby dowiedzieć się więcej o formacji, jaką jest Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym zajrzyj na stronę Ośrodka Odnowy w Duchu Świętym - tutaj!


 

(zamieszczono 2013-08-09)