Prezent od Boga

Pierwsze pięć lat małżeństwa było dla nas czasem beztroskiego życia we dwoje i docierania się. Ale też i czasem wyczekiwania na pojawienie się dziecka. Kiedy mijały miesiące, a potem kolejne lata, w końcu zapaliła się czerwona lampka – coś jest nie tak. Długo nie mogliśmy się pogodzić z myślą, że problem niepłodności może dotyczyć także nas…

 

 

Rozpoczęliśmy leczenie, które oznaczało przede wszystkim walkę z własną niemocą. Piszę o walce, bo oboje z mężem bardzo nieprzyjemnie wspominamy czas uciążliwych, a nawet upokarzających procedur medycznych, diagnostyki i leczenia. Każda wizyta w klinice niepłodności była dla nas męką i stresem. Comiesięczne wyczekiwanie na cud zajścia w ciążę wykańczało psychicznie.

 

Jednak w tym czasie nie byliśmy sami. Teraz widzę, jak bardzo Bóg troszczył się o nas, powoli przemieniał i otwierał nasze serca na przyjęcie Jego woli w naszym życiu. Najpierw, podczas nieuleczalnej choroby mojego taty, nauczyliśmy się klękać razem do modlitwy wieczornej, co wcześniej było nie do pomyślenia. Następnie, niemal równolegle do rozpoczęcia leczenia niepłodności, zaczęliśmy uczestniczyć w Mszach świętych z modlitwą o uzdrowienie oraz w spotkaniach grupy Odnowy w Duchu Świętym w naszym mieście. Radosna modlitwa wspólnotowa, rozważanie Pisma świętego, uwielbianie Boga również w trudnych sytuacjach życia, pomagały nam przetrwać czas walki o poczęcie dziecka.

Wspólna modlitwa małżeńska i wzrost w wierze nie tylko uchroniły nasze małżeństwo przed kryzysem spowodowanym niepłodnością, ale niezwykle umocniły naszą miłość i jedność małżeńską.

 

W ostatnich – jak się później okazało – miesiącach leczenia przeżyliśmy Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym, a następnie pojechaliśmy na I tydzień rekolekcji ignacjańskich. Tam, za namową zaprzyjaźnionego księdza, chcieliśmy pomodlić się o otwartość i przemyśleć temat adopcji. I choć na początku rekolekcji zalecono wszystkim, by pozostawić swoje problemy, a skupić się na słuchaniu głosu Boga w swoim sercu, to jednak „wątek adopcyjny” nosiliśmy w naszych sercach przez całe rekolekcje. Wróciliśmy z nich całkiem odmienieni. Mimo że przeżywaliśmy je osobno – w ciszy i na modlitwie osobistej – wróciliśmy z niezwykłym poczuciem jedności, miłości i pokoju serca.

 

W tej jedności małżeńskiej ustaliliśmy, że nieprzekraczalną granicą naszych starań o biologiczne dziecko będzie propozycja zapłodnienia in vitro. Dlatego w dniu, w którym drugi prowadzący nas lekarz stwierdził, że poza tym zabiegiem nie widzi sensu dalszego leczenia, odetchnęliśmy z ulgą. Był to koniec koszmaru leczenia. Nie była to jednak łatwa decyzja, gdyż pragnienie posiadania biologicznego dziecka było w nas bardzo silne. Po chwilowym wahaniu, czy podjęta decyzja jest dobra, czy na pewno zrobiliśmy wszystko, aby mieć biologiczne dziecko i czy nie będziemy kiedyś żałować zaniechania procedury in vitro, utwierdziliśmy się w podjętej decyzji. Jak się później okazało, bardzo dobrej. Mieliśmy ogromny pokój serca i wewnętrzną radość mimo faktu, że być może nigdy nie urodzę dziecka.

 

Późniejsza debata publiczna w kwestii zabiegu in vitro, zdecydowany głos Kościoła w tej sprawie oraz docierające do nas informacje o problemach zdrowotnych koleżanek, które trafiły na intensywną terapię po szalonej stymulacji hormonalnej, jeszcze bardziej przekonały nas o słuszności podjętej decyzji.

 

Postanowiliśmy odpocząć i dać sobie czas na podjęcie ostatecznej decyzji o adopcji. „Odpoczynek” nie trwał długo, bo nad tym tematem zastanawialiśmy się już na rekolekcjach ignacjańskich, a dzięki książkom i forom internetowym mieliśmy dość wiedzy teoretycznej w tym zakresie.

 

W zimowe popołudnie – 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – udaliśmy się po raz pierwszy do Archidiecezjalnego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego. Ośrodek wybraliśmy nieprzypadkowo, gdyż zależało nam na tym, aby w najważniejszej dla nas kwestii – naszego dziecka – decydowały osoby wierzące, a cały proces przygotowania do adopcji był powierzony Bogu. I nie zawiedliśmy się. Z radością zobaczyliśmy, że każde spotkanie w trakcie warsztatów szkoleniowych rozpoczyna się modlitwą za rodziny, była też Eucharystia i wspólna Wigilia. W przeciwieństwie do wizyt w klinice, w Ośrodku od pierwszego spotkania czuliśmy się jak u siebie. Ciepła, rodzinna atmosfera, mili i życzliwi pracownicy – wszystko to sprawiło, że w nasze serca wstąpiła nadzieja, że w końcu zostaniemy rodzicami. Że gdzieś tam czeka na nas nasze dziecko. Procedura adopcyjna i warsztaty szkoleniowe były czasem radosnego oczekiwania na maleństwo. Każdego dnia modliliśmy się za wstawiennictwem św. Gerarda o dar macierzyństwa i ojcostwa.

 

Kiedy w końcu zadzwonił TEN telefon byliśmy podekscytowani. Po ośmiu latach małżeństwa dostaliśmy od Pana Boga najpiękniejszy prezent – małego synka – kolejny dowód Bożej interwencji w naszym życiu.

 

Chłopiec okazał się być wcześniakiem, który dostał po urodzeniu zaledwie jeden punkt w skali Apgar. Neonatolodzy nie potrafili powiedzieć, czy będzie widział, słyszał, chodził. W wielkim zaufaniu Panu Bogu przyjęliśmy go, wierząc, że z Jego pomocą damy radę. Tak też się stało. Msze święte, modlitwa rodziny, wspólnoty, zaprzyjaźnionych księży i nas samych szturmowały Niebo i przyniosły owoce. Synek kolejno wychodził ze wszystkich obciążeń, rozwijał się prawidłowo, tak jak jego rówieśnicy. Dzisiaj jest zdrowym, bystrym sześciolatkiem i rozpoczął już naukę w zerówce. Stanowimy szczęśliwą, zwykłą rodzinę, z jej radościami i troskami, i nie potrafimy sobie przypomnieć, jak to było, gdy naszego synka z nami nie było… Nie potrafimy sobie wyobrazić życia bez niego.

 

Każdego dnia dziękujemy Bogu za niego i naszą rodzinę, i za to, że On był z nami i nie pozwolił się załamać w trakcie leczenia oraz pomógł podjąć najważniejszą decyzję naszego życia – o przyjęciu dziecka, którym nas obdarzył. A Niebo szturmujemy nadal. Być może Pan Bóg ma dla nas jeszcze jakiś prezent…

Małgorzata

 

(Świadectwo zamieszczono 2011-12-06)

 

 

Szum z Nieba nr 108/2011

 

 

Polecamy książkę dla małżeństw: "Pocałunek złożony na duszy".

Więcej - kliknij tutaj.