Mama

Nie ma sprawy, z którą Maryja sobie nie poradzi. Nie ma problemu, którego nie przedstawi Bogu, ani człowieka, którego odrzuci. Nie ma też prośby, na którą Bóg odpowie Jej „nie”, bo Ona zawsze mówiła Bogu „tak”.

W liceum Bogiem specjalnie nie zawracałem sobie głowy. Żyłem sam sobie, a On był, ale w „innej galaktyce”. Byłem przekonany, że spotkam Go dopiero po śmierci, a tymczasem życie należy do mnie. W pewnym momencie jednak zacząłem szukać czegoś więcej, bo to, co dawał świat, nie nasycało mojego serca.

 

Znajomi, imprezy, muzyka, nauka dla samej wiedzy, materializm powodowały, że wewnętrzny głód stawał się coraz silniejszy. Nic nie dawało prawdziwej satysfakcji, ani siły na co dzień. Nic nie było warte, by temu poświęcić życie. Praca – po co? Dla pieniędzy? Owszem, są ważne – sycą ciało, ale nie duszę. Dlatego pojawiło się we mnie pragnienie Boga. Podświadomie czułem, że On ma dla mnie prawdziwy pokarm i w Nim jest sens mojego życia.

 

Pewnego wieczoru, kładąc się spać, pomyślałem o Bogu i chyba pierwszy raz w życiu szczerze się pomodliłem. Powiedziałem do Niego kilka zdań i od tej pory zacząłem przed snem z Nim rozmawiać. A wtedy – czułem się w środku bardzo dobrze, pełen pokoju i satysfakcji. Zapragnąłem pójść do kościoła, aby i tam Go spotkać. Nieśmiało wszedłem do łódzkiej katedry, usiadłem w ławce i mówiłem do Niego w sercu i myślach. Chwilę posiedziałem w ławce. Potem poszedłem w stronę ołtarza. Minąłem kaplicę. Tam był wystawiony Najświętszy Sakrament – mój Bóg, do którego chwilę wcześniej w sercu mówiłem. Jednak nie wiedziałem, kim jest Ten, do którego się zwracam. Przyklęknąłem tylko dlatego, że zauważyłem tabliczkę, na której było napisane, aby to zrobić. Poszedłem dalej, za ołtarz, a tam był obraz Matki Bożej, w Jej jasnogórskim wizerunku. Było to dla mnie niezwykle ciekawe doświadczenie, ponieważ nie wiedziałem, kim jest Bóg, ale wiedziałem, kim jest Jego Matka. Pewnie dzięki wielkiemu nabożeństwu do Maryi, które było w mojej rodzinie, szczególnie u prababci, nawet jako chrześcijanin sceptyk czułem, że do Mamy mogę zawsze przyjść. Więc poszedłem. Zacząłem regularnie do Niej zaglądać. Opowiadałem, czego mi potrzeba, czego się boję, co mnie cieszy. Ku mojemu zdziwieniu, wszystko, co Jej oddawałem, po czasie układało się w sposób najlepszy dla mnie. Jednak Maryja nie zatrzymała mnie tylko dla siebie, ale oddawała Jezusowi. Po pewnym czasie, kiedy już narodziłem się na nowo, z Ducha – zacząłem świadomie przychodzić przed Najświętszy Sakrament. Wiedziałem już, że tam jest Jezus, mój Bóg. Maryja mi to powiedziała.
 

Odkąd zacząłem rozmawiać z Maryją, droga mojego życia zmieniła kierunek. Stając się uczniem Jezusa, poznałem Elę. Zaczęliśmy się spotykać, zakochaliśmy się w sobie i nasz związek się rozwijał. W pewnym momencie zauważyłem jednak, że to pierwsze zakochanie zaczyna mijać i przestraszyłem się nieco. Po raz kolejny z pomocą przyszła Maryja, która jest najlepszą swatką i najlepszym doradcą małżeńskim. Ona kocha narzeczonych, singli, młodych, starszych, małżonków – po prostu wszystkich. I pomaga jak tylko może, byle tylko człowieka uratować.

 

Pojechaliśmy z Elą na Jasną Górę, na nocne czuwanie. Wtedy niepostrzeżenie Matka Boża udzieliła mi rady dotyczącej naszego związku i tego, co mnie trapiło. Rano, kiedy się obudziłem, wiedziałem, że powinniśmy z Elą podjąć codzienną modlitwę o miłość. Zrozumiałem, że bez łaski Bożej nie będziemy w stanie zbudować związku, opierając go na naszej własnej, ludzkiej miłości. Niby banalne, ale ja sam na to  wcześniej nie wpadłem. Na szczęście jest Mama. Efekt podjęcia tej szczególnej modlitwy był taki, że po kilku miesiącach śmialiśmy się z Elą, że musimy chyba ją przystopować, bo rosnąca, nieustannie świeża i radosna miłość rozsadzi nasze serca.

 

Kiedy ostatecznie zdecydowałem, że chcę poślubić Elę, zacząłem kombinować, jak by się jej oświadczyć. Chciałem, żeby zapamiętała ten dzień do końca życia, żeby było romantycznie i wyjątkowo. Przyznam szczerze, że ja bez całej tej oprawy obyłbym się bez problemu, ale wiedziałem, że Ela marzy o wyjątkowych zaręczynach. No i znowu Maryja, Mama, przyszła z pomocą. Ona lubi, kiedy jeden człowiek chce zrobić coś dobrego dla drugiego, i w tym pomaga. Przyszła mi myśl, że oświadczę się Eli w dniu jej urodzin, w kościele, w którym przyjęła chrzest, pierwszą komunię świętą i bierzmowanie. Dopiero po fakcie uświadomiłem sobie, że ten kościół jest pod wezwaniem Matki Bożej z Lourdes i przypomniałem sobie, że zanim wyjąłem pierścionek, najpierw klęczałem przed figurką Maryi i prosiłem o umocnienie. Otrzymałem je, oświadczyłem się, Ela była szczęśliwa, a ja pomyślałem – „zadanie wykonane”. Dzięki, Maryjo.

 

Największą jednak pomoc od Niej otrzymaliśmy w czasie przygotowań do ślubu. Postanowiliśmy, że na naszym weselu nie będzie wódki. Było wino, piwo, ale mocniejszych trunków nie chcieliśmy. Niestety, złamanie tradycyjnej konwencji i ogólnie przyjętego schematu wesela spowodowało, że w mojej rodzinie powstał poważny konflikt. Obawiano się, że goście nie będą usatysfakcjonowani, a my wyjdziemy na dziwaków. Równolegle pojawiło się wiele innych problemów, długotrwałe strapienie duchowe i stres. Nie umiałem sobie z tym poradzić. Wtedy przyszła nam myśl, aby podjąć nowennę polegającą na tym, że do dnia naszego ślubu, przez dziewięć pierwszych sobót miesiąca, czyli dni poświęconych Niepokalanemu Sercu Maryi, będziemy jeździć na Jasną Górę i ofiarowywać Matce Bożej wszystkie nasze sprawy. I tak odwiedzaliśmy Ją na Jasnej Górze. Za każdym razem jechałem tam strapiony i zawsze, ale to zawsze, wracałem z nadzieją, spokojem i wiarą. Później, w trakcie naszego wesela, mój tato podszedł do nas i powiedział, że dobrze zrobiliśmy, podejmując te mało popularne decyzje. A moja mama żałowała, że wesele tak szybko minęło, bo wspaniale się bawiła. Jestem przekonany, że bez pomocy i wstawiennictwa Maryi ten trudny czas pozostawiłby jedynie bolesne wspomnienia.

 

Na własnej skórze przekonałem się, co znaczy opieka Mamy Maryi, nie tylko w sprawach, o których napisałem, ale w wielu innych sytuacjach. Dzisiaj, w perspektywie Bożego Narodzenia, widzę, że Ona nie tylko ponad dwa tysiące lat temu urodziła światu Jezusa, ale kilka lat temu urodziła Go we mnie. I uczyni to dla każdego, kto tego zapragnie. Ja, dzięki Niej przeżyłem w swoim sercu  osobiste Boże Narodzenie.

 

 

(Artykuł zamieszczono 2011-11-30)

 

 

  Szum z Nieba nr 108/2011

 

 

Polecamy książkę Patti Mansfirld "Matka oczami matki".

Więcej - kliknij tutaj.