Nie jestem sam - świadectwo życia Bartka

Bartek, 29 lat, student reżyserii. Poszukiwał swojej tożsamości, uzdrowienia i szczęścia w New Age i rebirthingu. Znalazł rozbicie i pustkę. To się zmieniło, kiedy spotkał Jezusa.

Kiedy był małym chłopcem, jego ojciec wyjechał do Stanów Zjednoczonych do pracy. Miało być na krótko. Został pięć lat. Dołączył do niego także starszy o osiem lat brat Bartka. Był dla niego bardzo ważny. Prawdziwy autorytet. Bartek został sam z mamą i bólem samotności...

 

Wtedy zaczął wąchać klej. Fajnie było wyłączyć świadomość. Jak we śnie. Halucynacje, omamy słuchowe, to był dla Bartka wielki pozytyw. W końcu mama zorientowała się, co się dzieje i naskarżyła jego bratu.

– Brat zadzwonił do mnie i powiedział po prostu, że jeśli z tym nie skończę, to on przyjedzie i „skopie mi tyłek”. Przestałem to robić ze strachu przed bratem. Czułem przed nim respekt – opowiada Bartek.

Po jakimś czasie dla odmiany zaczął palić marihuanę. Podczas jednej z rozmów telefonicznych z bratem wydało się, że nie o papierosy chodzi.

– Brat domyślił się, że palę co innego i... rozpłakał się. Powiedział, że mogę słuchać heavy metalowej muzyki tak jak on, nosić długie włosy tak jak on, ale nie mogę popełniać takich głupich błędów jak on. No i rzuciłem marihuanę, tak po prostu. Ale wtedy,  nieoczekiwanie pojawiły się „skutki uboczne”. Straciłem zdolność spontanicznego reagowania na otoczenie. To co wcześniej było dla mnie naturalne, czy odruchowe teraz sprawiało trudność. Tak jakbym zapomniał, kim jestem. Czułem jakbym wciąż miał włączoną „superczułą samoświadomość” – cokolwiek robiłem – widziałem siebie „z boku” i oceniałem, że to, co robię, jest nieprawdziwe, nienaturalne albo po prostu żałosne. Taki „samooceniacz”, „krytyk” był ze mną wszędzie, cały czas. To może wydawać się błahostką, ale jeśli od momentu wstania rano z łóżka do zaśnięcia wieczorem nie jesteś w stanie na 30 sekund zapomnieć o sobie, ale wciąż oceniasz każde swoje słowo i każdy gest, to na prawdę życie może obrzydnąć.

 

Po kilku miesiącach zmagań ze sobą postanowił coś z tym zrobić. W tamtym czasie jego mama zaangażowana była w ruch New Age. Bartek zaczął więc z nią jeździć na spotkania, konferencje i warsztaty. Stosował różne techniki, czerpiące głównie z religii Wschodu. Założeniem tego ruchu jest przyjęcie myślenia, że człowiek jest w centrum wszechświata i sam siebie może uzdrowić wieloma sposobami np.  poprzez afirmacje, czy rebirthing (ang. „odradzanie”).

– Mnie szczególnie wciągnął rebirthing – wspomina Bartek – technika, która polega na ćwiczeniu oddychania, i ma prowadzić do wewnętrznej integracji i zasklepienia ran doznanych w życiu. Innym słowy: z założenia człowiek ma stać się szczęśliwszy przez ćwiczenie oddychania. Faktycznie otwiera się na energię, która do niczego dobrego nie prowadzi.

I tak po dwóch latach zajmowania się tym, uświadomił sobie, że jest jeszcze bardziej nieszczęśliwy, niż był wcześniej.

 

– Pewnego wieczoru szedłem z kimś ulicą. Było ciemno, padał deszcz, a ja powiedziałem: „Moje życie tak właśnie wygląda – jakby cały czas padał w nim deszcz i było szaro” – opowiada Bartek.

Miał wtedy siedemnaście lat. W końcu, w okolicach Bożego Narodzenia coś w nim pękło. Przed Wigilią zamknął się w pokoju i po prostu zaczął płakać. Przez cztery godziny. To był płacz z głębi serca, z samego dna.

 

– Kiedy siedziałem taki zapłakany i zasmarkany, zobaczyłem nagle na szafie obrazek z Jezusem. W moim domu nikt nie był wierzący, ale kiedy chodziłem na religię w szkole, jak wszystkie dzieci, dostałem ten obrazek od księdza – wspomina Bartek. – Mama go znalazła przy sprzątaniu, nie chciała wyrzucić, więc przyczepiła na szafie. Tamtego dnia po raz pierwszy skupiłem na nim wzrok. I poprosiłem tego „gościa” z obrazka, aby mi pomógł.

I nic się nie zmieniło…

Ale po trzech miesiącach, w okolicach Wielkanocy, Bartek poczuł, że chciałby odwiedzić na Mazurach kuzyna, którego nie widział od trzech lat. Namówił mamę na wyjazd. Gdy się spotkali, okazało się, że kuzyn przez trzy lata miał problemy z narkotykami, ale nawrócił się. Przestał brać.

 

– Kiedy mi o tym mówił, pomyślałem: „No fajnie, że twoje życie się zmieniło”, ale nie załapałem, o co mu dokładnie chodzi – opowiada Bartek. – Kuzyn zaprosił mnie wtedy na kolację do swoich znajomych baptystów. Podczas posiłku jeden z nich zapytał, czym się zajmuję. Powiedziałem, że rebirthingiem. On mi na to, że to jest szkodliwe i niebezpieczne. Ja mu odpowiedziałem: „Ale jak mogę z tego zrezygnować, jeśli jest to jedyny sposób, by uzdrowić siebie i być szczęśliwym?”.

 

Wtedy ten człowiek rzucił banalne zdanie: „Jezus cię uzdrowi”, a ja przez pół sekundy poczułem, że to jest właśnie to, czego szukałem przez te ostatnie lata. Nagle dotarło do mnie, że nie jestem sam, że nie muszę tego całego bałaganu wewnętrznego dźwigać i naprawiać sam. Moje nawrócenie trwało pół sekundy.

 

Wtedy zapragnął swoje życie oddać Bogu, ale była jedna rzecz, której nie był pewien. Od lat grał w kosza i pisał sobie afirmacje, które mówiły: „ja Bartek staję się coraz lepszym koszykarzem”. Widział tego efekty, bo faktycznie grał lepiej. Zastanawiał się, czy te afirmacje porzucić. Wtedy przypomniało mu się, że ktoś mu kiedyś powiedział, że w Biblii są odpowiedzi na wszystkie pytania. Kuzyn Bartka miał Biblię w domu, więc Bartek wziął ją z pytaniem w sercu, co zrobić z afirmacjami.

– Akurat otworzyłem ją w miejscu gdzie było napisane: „Nie będziesz dwóm panom służył na raz, bo jednego będziesz kochał, a drugiego nienawidził”. Przyjąłem to jako zachętę Boga, by pójść za Nim w stu procentach. Jak kilka dni wcześniej jechałem na Mazury, całą drogę słuchałem „kryształowej ciszy” (muzyki związanej z New Age). Jak wracałem do domu, całą drogę czytałem Biblię – kwituje Bartek.

 

Na niemal każdej stronie odnajdywał odpowiedzi na pytania, które sobie zadawał i na które odpowiedzi szukał w New Age.

– Od tamtej pory poszedłem za Bogiem. Zniknęła szarość i deszcz z mojego życia, a pojawiły się kolory i radość z tego, że żyję tu i teraz. Nie oznacza to, że Bóg od razu mnie uzdrowił, a lęk całkowicie zniknął, ale moje życie nabrało tempa i kolorów.

 


To był czas pierwszego zachłyśnięcia Bogiem, czas chodzenia z głową w chmurach, ale z czasem On zaczął uczyć Bartka mocniej stać na ziemi i działać, odkrywać marzenia i realizować je. Gdy Bartek kończył liceum, powoli zaczął myśleć o tym, co dalej. Od jakiegoś czasu coraz więcej myślał o kierunku artystycznym, interesował go teatr i film, bał się jednak za tymi myślami pójść. Ktoś zachęcił go wtedy do rekolekcji. Choć wcześniej uważał coś takiego za dziecinadę, tym razem zapisał się. I tam, na zakończenie pewna kobieta powiedziała świadectwo o tym, jak Bóg uwolnił ją od lęku przed brakiem pieniędzy.

– Wtedy uświadomiłem sobie swój lęk, że jak pójdę w stronę sztuki, to nie będę miał pieniędzy. No i zdecydowałem, że nie pozwolę, aby ten lęk mnie zatrzymał – wspomina Bartek.

 

Najpierw zdawał na aktorstwo, na które się nie dostał. Dostał się za to na politechnikę z konkursu świadectw, ale nie skorzystał. Ostatecznie załapał się do… Instytutu Studiów nad Rodziną koło Warszawy.

– Poszedłem tam, bo wiedziałem, że ma tam być sporo zajęć z psychologii. Dopiero na legitymacji zobaczyłem, że jest to wydział teologiczny. Nigdy nie złożyłbym tam papierów, gdybym to wiedział – śmieje się. – Totalnie odpychało mnie od teoretyzowania na temat Boga, wolałem Go przeżywać. Teraz widzę, że tam nauczyłem się myśleć pragmatycznie, co bardzo mi się w życiu przydało.

Po kilku tygodniach usłyszał o castingu do teatru amatorskiego w Warszawie. Poszedł, dostał się.
Człowiek, który był reżyserem w tym teatrze, okazał się ateistą i antyklerykałem. Jego poglądy, a także sztuki, które wybierał, były wbrew sumieniu i poglądom Bartka. Musiał odmawiać grania w kolejnych spektaklach.

– Reżyser powiedział mi wtedy po przyjacielsku, że jeśli dostanę się do profesjonalnego teatru i tak będę się zachowywał, to mnie wyrzucą. Zrozumiałem wtedy, że jako aktor mogę się jedynie podpisywać pod tym, co inni chcą powiedzieć, sam jednak nie mogę  powiedzieć nic. To uświadomiło mi, że chcę być reżyserem. Poszedłem do studium filmowego we Wrocławiu, a teologie skończyłem zaocznie. W tym studium poczułem się jak ryba w wodzie, a mój poziom szczęścia gwałtownie wzrósł. Wiedziałem na pewno, że to jest to. Do tego okazało się, że robię fajne zdjęcia i wychodzi mi myślenie filmowe – przekonuje.

 

Na wydział reżyserii zdawał kilka razy. Po kolejnej nieudanej próbie, po ukończeniu studium, wyjechał do Anglii, do pracy. Tam zdecydował, że będzie się sumiennie przygotowywał do egzaminów, skoro mu naprawdę zależy. Po dwóch latach wrócił i dostał się na wymarzony kierunek.

 

– Tu też od razu nie było prosto – wyznaje Bartek. – Najpierw omal mnie dwukrotnie nie wyrzucili. Dopiero po jakimś czasie zaczęli doceniać moje prace. Po porażkach, jakich doświadczałem na pierwszym roku, zacząłem się zastanawiać, czy wszystko jest ze mną ok. Zacząłem „grzebać w sobie”. I to było na początku dobre, bo otworzyłem się na moje emocje, niedoskonałości itp. Przesadziłem jednak z tym analizowaniem i to wprowadziło ostatecznie jeszcze większy chaos w mojej codzienności. Ale Bóg rok po roku zaczął moje wnętrze coraz bardziej porządkować i harmonizować, a ja po prostu wziąłem się do pracy.

 

Bartek obecnie kończy czwarty rok studiów i ma za sobą kilka krótkometrażowych filmów. Niektóre z nich były wysyłane na festiwale. Wciąż zastanawia się, jak podchodzić do tworzenia sztuki.

– Moja wiara na pewno ma w tym procesie duży udział, nie czuję się jednak wezwany do podejmowania w sztuce tematów wprost religijnych, ale i nie takich, które byłyby sprzeczne z moją wiarą.

 

Bartek ciągle jeszcze pyta Boga o swoją tożsamość i nie zna pełnych odpowiedzi na związane z tym pytania. Wciąż zastanawia się, jaki ma być –  co w sobie akceptować, a co zmieniać. Boga uznaje jednak za pewnik w swoim życiu. Widzi Go jako Kogoś, kto powoli odkrywa kolejne części „mapy”, pokazując szerzej horyzont.

– Wiara w Niego daje mi pewność, że to, co najlepsze w moim życiu, jest jeszcze przede mną, że mój poziom poczucia szczęścia będzie ciągle rósł, a ja nie muszę być doskonały, aby być fajny – podsumowuje.

 

(Artykuł zamieszczono 2011-10-06)

 

 

 

Szum z Nieba nr 107/2011

 

Polecamy książkę "W stronę Życia", która jest przejmującym świadectwem życia i nawrócenia Dagi - pisana w formie pamiętnika. Czyta się jednym tchem! Nie przegap!  Więcej - kliknij tutaj.