Dwaj bracia, dwa powołania

Pytam dwóch braci: Jacka i Marka o ich powołanie i wybór życiowej drogi. Obu znam od dawna. Przez lata bardziej byłam zżyta z Jackiem i przyglądałam się jego „podchodom” do pięknej Asi. Podobał mi się jego upór w dążeniu do celu. Jacek (obecnie doktor nauk technicznych) cel osiągnął – Asia jest jego żoną, mają trójkę wspaniałych dzieci. Marek po ukończeniu studiów wstąpił do zakonu franciszkanów. I tak został o. Florencjuszem.

 

Kiedy i jak zrodziło się wasze powołanie?

 

Jacek: Pierwsze świadome decyzje dotyczące mojego powołania podejmowałem jeszcze podczas studiów. Był to czas niezwykle intensywnej przemiany duchowej w moim życiu (uzdrowienia i nawrócenia), która zaowocowała świadomym zaangażowaniem w Kościele katolickim. Uświadomiłem sobie wówczas, że jedynym miejscem realizacji mojego powołania jest właśnie Kościół, w którym sam Chrystus stawia mnie i powołuje, choć nie wiedziałem jeszcze do czego. Skierowałem wówczas moje kroki do jednej ze wspólnot Odnowy w Duchu Świętym, spotykającej się przy kościele Ojców Jezuitów w Łodzi. Szybko zostałem animatorem, trafiłem do zespołu Mocni w Duchu, a w końcu zostałem liderem wspólnoty modlitewnej.

Z tamtego okresu pamiętam jedno ze spotkań animatorów, na którym pojawiła się dziewczyna, której dotąd nie znałem. Na jej widok zrodziła się w mojej głowie myśl zupełnie zaskakująca, podobna do tej, którą wypowiedział Adam na widok Ewy w Raju: „Ta oto jest kością z mojej kości i ciałem z mojego ciała”. Nie mogę powiedzieć, że zakochałem się od pierwszego wejrzenia, ale ta myśl często do mnie wracała i powoli kształtowała rodzące się uczucie. Tym bardziej, że coraz częściej, kiedy wracałem wieczorami do pustego domu po pełnym aktywności dniu, zauważałem, że nagle zostaję ze wszystkim sam. Coraz wyraźniej zacząłem dostrzegać potrzebę założenia rodziny i towarzyszący temu Biblijny głos: „Nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam”.

Wracałem myślami do tej dziewczyny ze spotkania animatorów, którą z racji naszego wspólnego zaangażowania w zespole Mocni w Duchu, spotykałem dość często. Nieśmiałe próby zwrócenia na siebie jej uwagi przynosiły jednak przez długi czas skutek raczej odwrotny. Było to dla mnie powodem wewnętrznych zmagań i weryfikacji powołania. Ostatecznie jednak zyskałem silne przekonanie, że stanąłem przed decyzją, która zaważyć może na moim przyszłym życiu. Wiedziałem, że muszę spróbować zawalczyć o pragnienie, które mam w sercu. Doszedłem do wniosku, że w końcu niewiele mogę stracić (poza zrobieniem z siebie głupka). Postawiłem wszystko na jedną kartę. Zrezygnowałem więc ze spraw, które mnie od celu oddalały. Między innymi nie pojechałem na prestiżowy staż zagraniczny w ramach studiów doktoranckich, który co prawda przyniósłby ogromne korzyści materialne i zawodowe, ale całkowicie rozmywałby i oddalał realizację mojego powołania do założenia rodziny. 

 

o. Florencjusz: Pierwsze sygnały dotyczące mojego powołania do zakonu miałem już w szkole średniej. Czułem „pociąganie” mnie przez Pana Boga. Zawsze zależało mi na tym, żeby się dużo modlić, co także było znakiem, choć ja tego jeszcze w ten sposób nie postrzegałem. Gdy wybierałem się na studia, stwierdziłem, że najchętniej studiowałbym teologię, miałem bowiem humanistyczne zacięcie i ta tematyka mi odpowiadała. Ale w końcu po perswazjach taty wylądowałem na Politechnice na wydziale elektrycznym. Studiując, dużo się modliłem, mój brat nawet wkurzał się, że mu robię z pokoju kaplicę. Często uczestniczyłem we Mszy świętej.

Pamiętam dzień, gdy wracałem z Eucharystii – w głowie pojawiła mi się nagle myśl, że nie ma nic większego ponad to, by sprowadzać Chrystusa na ołtarz. Ale niezależnie od tego wpadłem na wspaniały pomysł założenia rodziny i mój kierownik duchowy musiał się „napracować”, abym te plany zdecydował się jednak uzgodnić z Panem Bogiem. Stało się to wreszcie na II Tygodniu rekolekcji ignacjańskich, na które zdecydowałem się wyjechać w przerwie poświątecznej, zarywając Sylwestra z moją ówczesną narzeczoną…

Na jednej z kontemplacji ewangelicznych (powtarzałem ją trzy razy) dotarło do mnie jasno, że Pan Bóg wzywa mnie do kapłaństwa w Zakonie św. Franciszka. Potem przeszedłem jeszcze dwa lata pustyni: walki z sobą, ale również z Panem Bogiem. Przez ten czas pytałem siebie: „Czy na pewno?”. Musiałem też jakoś „odkręcić” moje narzeczeństwo… Ostatecznie postanowiłem, że muszę wstąpić do zakonu, aby sprawdzić, czy to rzeczywiście moje powołanie. Wstąpiłem i od trzech lat jestem kapłanem.

 

Co was zachęcało, a co zniechęcało do dalszej drogi?


Jacek: Największym zniechęceniem w dążeniu do realizacji powołania była… moja wybranka, która jasno, choć nie wprost, dawała mi do zrozumienia, abym poszukał sobie innego obiektu westchnień. Zawarłem ze sobą taką umowę, że dotąd będę próbował, dopóki wprost nie powie mi, żebym dał sobie spokój. Ostatecznie, nie usłyszałem tego od niej. Mimo to nie było łatwo, bo przez długi czas nie odpowiadała na moje starania. Osoby z mojego otoczenia wspierały mnie jednak w dążeniach. Okazało się później, że wiele osób zachęcało również Asię do podjęcia bliższej relacji ze mną.

 

o. Florencjusz: Pan Bóg stawiał na mojej drodze wielu mądrych i dobrych kapłanów. To mi bardzo pomogło. Pomagały mi też osoby ze wspólnoty, a w szczególności te, których, będąc liderem, nie bardzo chciałem słuchać… Natomiast moja rodzina była kompletnie zdezorientowana. Myśleli, że to moja kolejna fanaberia, a szczególnie tata miał nadzieję, że to mi przejdzie… Stało się jednak inaczej. Ta sytuacja nie była łatwa ani dla mnie, ani dla nich. Ale widocznie było to potrzebne.

 

Skąd braliście siły, by walczyć z trudnościami?

 

Jacek: Z dzisiejszej perspektywy widzę, że determinację, którą wówczas w sobie odnajdowałem, zawdzięczam łasce Bożej. Złożyło się na to wiele rozmów z Nim na temat mojego powołania, podczas których rozważałem różne opcje, również drogę zakonną. Co ciekawe, wielu z moich znajomych było przekonanych, że w końcu i tak zostanę księdzem. Jednak w miarę rozeznawania mojej drogi, byłem coraz bardziej przekonany, że mam założyć rodzinę i to z konkretną osobą, którą poznałem podczas owego spotkania dla animatorów. Nigdy nie odchodziłem zniechęcony z modlitwy w tej intencji. Przeciwnie – czułem się zmotywowany do działania i nawet cieszyło mnie, gdy otrzymałem kolejnego „kosza” od Asi, bo najważniejsze było dla mnie to, że w ogóle walczę. Dane mi było wówczas „uwierzyć nadziei wbrew nadziei”, co nie było łatwe, bo co innego słyszałem na modlitwie, a co innego spotykało mnie w rzeczywistości. Obecnie jestem przekonany, że bez Bożej pomocy moje życie potoczyłoby się w zupełnie inaczej.

 

o. Florencjusz: Nie chcę mówić banałów, ale jak człowiek się modli, to po prostu Pan Bóg daje siły. I tyle. W pewnym momencie zresztą On na tyle mocno wszedł w moje życie, że mógłbym powiedzieć, podobnie jak w przypadku św. Pawła, że nie da się „wierzgać przeciw ościeniowi”. Pan Bóg działał na różne sposoby, ale po tym, kiedy dał mi już jasno poznać moje powołanie, wyposażył mnie także w wewnętrzny upór – czułem, że pomimo tych wszystkich „burz na powierzchni” cokolwiek się stanie, muszę spróbować odpowiedzieć na Boże wezwanie.

 

A jak realizuje się wasze powołanie do ojcostwa?

 

Jacek: Jestem ojcem trójki wspaniałych dzieci i jestem z tego dumny. Mam nadzieję moje ojcostwo realizować tak, aby moje dzieci kiedyś mogły powiedzieć to samo o mnie. Nie chcę i nie wyobrażam sobie dzisiaj innego życia. Zgodziłem się na to powołanie i w pełni je przyjąłem już w chwili, gdy je odkryłem. Ta droga wymaga ode mnie ciągłego rozwoju, podejmowania nowych wyzwań i zmagań, zdobywania nowych doświadczeń. Jest to jednak proces zupełnie naturalny i wpisany bardzo głęboko w życie rodziny, a owoców, które ten trud rodzi, nie oddałbym za żadne skarby. W rodzinie i byciu ojcem spełnia się moje powołanie, o którego realizację walczyłem. Po tym, co przeszedłem, aby zdobyć miłość mojego życia, to, co jest teraz, to już łatwizna. W końcu przecież nie jesteśmy w tym sami, ale mamy nieustanne błogosławieństwo „z góry”.

 

o. Florencjusz: W sumie to jestem „młodym ojcem”, z krótkim stażem. Mam dzieci, a i owszem – prowadzę Młodzież Franciszkańską i Oazę Dzieci Bożych. Jest też młodzież w szkole, w której uczę, choć to dla mnie „trudna działka”, bo te dzieci są zbuntowane i trudno znaleźć sposób dotarcia do nich.
Z początku trochę inaczej wyobrażałem sobie moje duchowe ojcostwo – jako kierownictwo duchowe, głębokie rozmowy itp. Tymczasem ono jak na razie sprowadza się do bardzo prostych rzeczy: umiejętności bycia z dziećmi, przynoszenia słodyczy, pogrania w coś, powygłupiania się, przygotowania jasełek, czy zorganizowania wyjazdu na wakacje. A czasem do zwykłego przytulenia czy połaskotania maluchów. Nie powiem, zdarza mi się też czasem pokrzyczeć na nie, by przywołać je do porządku… Największą radość mi sprawia, gdy młodzi mówią do mnie „tato”. To oznacza, że nie jestem dla nich „zwykłym ojcem”, ale kimś więcej.
Takie ojcostwo ma jednak i drugą, trudniejszą stronę. Ledwie zbuduje się z kimś więź, a już musisz się rozstawać. To jest bolesne, jednak wpisane w moje powołanie i myślę, że również w Boże plany.

 

Jakie są wasze marzenia?

 

Jacek: Kilka lat temu zrodziło się w nas marzenie posiadania własnego domu na wsi. Dzieci są tak przekonane, że wkrótce się to zrealizuje, że nieustannie pytają, kiedy w końcu się przeprowadzimy. Mają też różne zmartwienia z tym związane. Bartek (nasz najstarszy syn), który z zamiłowania jest ogrodnikiem, ma nadzieję, że przeprowadzka nie wypadnie zimą, bo wtedy padną mu wszystkie kaktusy, a ma ich całkiem sporo. Michasia (najmłodsza z naszej trójki) zaniepokoiła się ostatnio, kiedy uświadomiła sobie, że plecak, który ma, zmieści niewiele rzeczy i co ona zrobi, kiedy będziemy się wyprowadzać. Tak więc problemy mają całkiem realne, choć dom przez cały czas pozostaje jedynie w sferze marzeń. Ale kto wie?

 

o. Florencjusz: Jeśli chodzi o moje marzenia jako ojca – to przede wszystkim chciałbym, aby „moje dzieci” nie zagubiły się w życiu, aby były szczęśliwe. Każdy ojciec na pewno o tym marzy i tego pragnie dla swych dzieci. Chociaż ja, jako kapłan, postrzegam to szczęście przez pryzmat duchowy. Chciałbym je nauczyć, aby nigdy w swoim życiu nie odeszły od Chrystusa, aby zawsze w Nim szukały szczęścia. Trudne to zadanie, jak się pracuje z młodymi ludźmi, przed którymi cały świat stoi otworem, proponując zarówno to, co dobre, jak i to, co złe. Ale jeśli się uda – dla mnie właśnie to będzie największym szczęściem.

 

 

  Szum z Nieba nr 106/2011

 

 

Polecamy książkę dla każdego ojca rodziny: "Powrót starszego brata" N. Lozano. Więcej - kliknij tutaj.