Jedyny punkt odniesienia - świadectwo życia Jacka

– Co z tego, że byłbym wirtuozem muzyki, jeśli byłbym łajdakiem? Co z tego, że miałbym wszystko, a nie miałbym Boga? Dziś nie mam nic, a mam wszystko – mówi Jacek, mąż, ojciec czwórki dzieci, którego dwie córki walczą o życie. – Od stycznia przestałem mieć plany – mówi. – W jednym miesiącu nagle okazało się, że dwie moje córki są bardzo ciężko chore, że są na granicy życia i śmierci. Ta wiadomość okazała się zbyt wielkim ciężarem dla żony, ona też się rozchorowała.

 

 

Z faceta, który prowadził własną firmę, dość szybko stał się kimś, kto żyje z „łaski” innych ludzi. Zbiera pieniądze na operację, rehabilitację i leczenie dla młodszej Paulinki i diagnozowanie starszej z córek, Kasi. Gdyby nie ci, którzy wspierają go finansowo – nie byłoby go stać ani na ich leczenie, ani na to, aby być z nimi tak jak tego wymagają – czyli stale. Musiał zrezygnować z pracy. Zamknął firmę, oszczędności szybko się skończyły. Jacek zawiesił plany na przyszłość.
I choć nieraz zdarzało mu się podnieść pięść do góry w geście sprzeciwu: „Przecież nie tak miało być!”, to choć nie rozumie dlaczego jest jak jest, przyjął, że taka jest wola Boga. Robi, co może, resztę Jemu zostawiając.

 

– Nie można służyć dwóm bogom – tłumaczy – Albo przyjmuję Jezusa we wszystkim, co mi daje i do czego mnie zaprasza, albo Go nie przyjmuję wcale. Gdy Jezus wezwał apostołów, by porzucili swoje sieci, nie tłumaczył im szczegółowo, po co mają to zrobić ani co ich czeka. Nie wiedzieli, do czego ich ta zgoda doprowadzi. Nie wiem, co by było, gdyby powiedzieli „nie”, ale Jezus nie negocjował z nimi, nie dawał opcji do wyboru. Mówił im: „Pójdź za mną”. Alternatywą była odmowa. Dla mnie oznacza to, że droga, którą proponował, była jedyną, jaką warto było wybrać.


Jacek zaczynał jako świetnie zapowiadający się muzyk. Dla kariery, gotów był poświęcić wszystko, także rodzinę. I wolność, bo stracił ją, szukając siły i wybawienia od problemów w magii.

 

– Byłem bardzo związany z muzyką – opowiada. – Ona kształtuje wewnętrznie, jest zmysłowa, pobudza uczucia i wzmaga zdolność do ich przeżywania. Była całym moim światem, szybko stała się moim bogiem. Jak się dobrze gra – a ja grałem dobrze – człowiek zaczyna wystarczać sam sobie. Przeżyłem rodzaj „odlotu” w poszukiwaniu czegoś, co jest absolutne i doskonałe. Z jednej strony było to na swój sposób fascynujące, ale w konsekwencji straszne, bo nie wiedzieć kiedy straciłem wolność. Kiedy stałem na scenie i grałem, to było jak narkotyk. Coś co zmienia postrzeganie rzeczywistości, daje „kopa”, ale z czasem okazuje się, że „wysysa” wszystko co dobre. Nie dawałem nikomu niczego, żyłem wyłącznie dla siebie – mówi Jacek.

Pewnego wieczoru spakował swoje rzeczy i powiedział, że odchodzi od żony i dzieci. Była druga w nocy. Miał dość, chciał zacząć żyć na własny rachunek, wolny od rodziny.
– Miałem już troje dzieci, a zachowywałem się jak obłąkany – wspomina.  – Jako młody, zdolny muzyk myślałem, że zawojuję cały świat, a wszystko, co robię, jest doskonałe. Nie interesowało mnie nic poza czubkiem własnego nosa. Wewnątrz siebie cały czas „grałem”, byłem wypełniony dźwiękiem. Żyłem jakby w innym wymiarze, w innym świecie – tłumaczy.
Jeszcze jako student, otrzymał angaż w Orkiestrze Kameralnej Radia i Telewizji w Poznaniu. A to przynosiło duże jak na tamte czasy profity: był stan wojenny, a Orkiestra była jednym z niewielu eksportowych zespołów. Żyło mu się całkiem nieźle.

 

Problemy pojawiły się, kiedy jego brat uciekł do Kanady. Jacek nie dostawał zgody na koncertowanie za granicą, w kolejnych miejscach pracy miał kłopoty z tego powodu, nieraz musiał odejść. Nie docierało do niego, że powodem problemów jest wyjazd brata. Myślał, że zwariował.
– Szalałem. Stałem się agresywny, żeby nie powiedzieć brutalny. Postanowiłem uciec z domu po kolejnej awanturze. W drzwiach zatrzymała mnie wówczas najstarsza córka, mówiąc, że mnie nie puści – opowiada. – Najbardziej jednak ucierpiała moja żona Bożenka. Ona w tym wszystkim wiernie mi towarzyszyła.

 

Jacek został z rodziną, choć niewiele to zmieniło. Zaangażował się w okultyzm, magię i podobne praktyki. Stwierdził, że jeśli nie może „przebić się” siłą swojego talentu, to przebije się talentem połączonym z magią.
– Zacząłem uprawiać magię w bardzo szerokim zakresie – wyznaje. – Zetknąłem się z realnym istnieniem diabła i demonów. Założenie było takie, że ta rzeczywistość miała mi służyć. Ale czy diabeł i demony mogą służyć człowiekowi? W konsekwencji zacząłem mieć jeszcze większe problemy ze sobą – stwierdza Jacek. – Oddawałem się na służbę piekłu. Nienawidziłem tego, a jednak ta rzeczywistość zaczęła mnie wciągać coraz bardziej. Zacząłem zwyczajnie wariować. Ale mimo tego wszystkiego, co robiłem, nie potrafiłem wyprzeć się bóstwa Jezusa.

Nie umiałem zaprzeczyć, że Jezus jest Bogiem, choć moi nauczyciele magii nakłaniali mnie do tego. A ja miałem odczucie, że jestem cały czarny, ale bóstwo Jezusa we mnie pozostaje jasnym punktem. Jakiś wewnętrzny instynkt pociągał mnie w stronę nieba – wyznaje.

 

Jacek odkrył, że prawdziwy chrześcijanin, wzorem Jezusa, szuka woli Ojca. Magik natomiast mówi: „Chcę, aby było tak, jak ja chcę”.
– Służąc diabłu zacząłem tracić wolną wolę i to przestało mi się podobać. Zacząłem więc po swojemu odprawiać egzorcyzmy. Byłem tak zniewolony, że nawet Pisma świętego i wizerunku Jezusa używałem do magii, np. by czynić uroki – wyznaje Jacek. – Aż nieoczekiwanie zobaczyłem na jednym z wizerunków Jezusa, że On ze zgrozą patrzy na to, co ja robię. Zdziwiłem się bardzo. Jak to? W moim przekonaniu robiłem dobrze. Przecież chciałem wyrzucać złe duchy. Na „chybił trafił” otworzyłem wtedy Pismo święte na fragmencie, w którym Jezus mówi, że nie każdy, kto woła do Niego „Panie, Panie”, wejdzie do Królestwa Bożego, ale ten, kto pełni wolę Ojca. To słowo mnie poraziło, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bliski jestem potępienia. Nie muszę chyba dodawać, że magia w karierze mi w ogóle nie pomogła – uśmiecha się.

Wtedy postanowił zmienić kierunek. Poszedł na spotkanie modlitewne do jednej z grup Odnowy w Warszawie. Stwierdził, że skoro u diabła nie znalazł pomocy, to może znajdzie ją u Boga. Skoro jego „kreowanie się na bóstwo” nic nie dało, to oznacza, że musi być ktoś mocniejszy i do Niego należy się udać.
– Mój umysł był wtedy jeszcze bardzo „przekręcony” uzależnieniem od muzyki i magii – tłumaczy Jacek. – Ludziom często wydaje się, że mogą włożyć rękę do innego wymiaru i bez konsekwencji wyciągnąć ją z powrotem. A droga wyjścia jest bardzo trudna. Nie na darmo Jezus mówi, że tylko On jest Drogą, Prawdą i Życiem – mówi Jacek.

On postanowił pójść tą drogą. Zaczął porządkować swoje życie, podjął duchową walkę, by wyjść z uzależnień i odwrócić się od zła. Stał się praktykującym katolikiem. Dla rodziny zrezygnował z muzyki, także dlatego, by mieć środki na utrzymanie. W tym celu przekwalifikował się. Skończył studia z zakresu zarządzania finansami przedsiębiorstw i zabrał się za tworzenie firm. Na początku dobrze mu szło. Były lata dziewięćdziesiąte, rynek szeroko otwarty. Założył hurtownię, która sprowadzała towary z zagranicy. Firma kwitła.

– Mnie wydawało się, że to wszystko zawdzięczam sobie. Nie widziałem też nic złego w tym, że część towarów pochodziła z przemytu. Aż nieoczekiwanie firma splajtowała. Otwierałem kolejne i z nimi działo się podobnie.
Ciągle zaczynał więc od nowa. Miał do tego dobrą rękę. Ale w tym czasie dwoje z sześciorga jego dzieci zachorowało i umarło. 
– A ja dalej planowałem życie po swojemu. Choć moja nowa firma całkiem dobrze się rozwijała, a ja miałem wiele twórczych pomysłów biznesowych, często odczuwałem duchową jałowość i wewnętrznie uciekałem przed Bogiem. Niby wszystko było pod kontrolą, także relacja z Bogiem. Aż do stycznia tego roku.

Obecnie ważny jest każdy dzień, bo jest w nim Bóg i to On stał się dla mnie najważniejszym punktem odniesienia. On ratuje mnie i moją rodzinę, dba o nas.

 

Dzięki łasce Bożej i pracy, którą w to wkłada, nastąpił ogromny postęp w leczeniu i diagnostyce dzieci. Będąc prawie nieczynny zawodowo, ma możliwość udziału w organizacji nowego przedsiębiorstwa, które tym razem stara się budować na Bogu. Ważnym elementem jego pracy duchowej jest nieustająca modlitwa za tych, których spotyka na swojej drodze.
– I tak naprawdę nie jest dla mnie ważne, czy takie życie wybrałem sam, czy tylko zgodziłem się na nie – przekonuje Jacek. – Chcę służyć Bogu, budując Jego dzieła, a nie swoje. Chcę dzielić się darami, które otrzymałem. Naczynie, by dobrze służyło, musi być dobrze przygotowane i oczyszczone do przyjęcia darów – twierdzi.
Czy Bóg nie mógłby tak po prostu uzdrowić jego dzieci?
– Oczywiście, że mógłby – uważa Jacek – ale skoro tego nie robi, widać ma w tym cel. Dlaczego Noe budował arkę przez wiele lat? Albo czemu Bóg nie postawił go na szczycie wysokiej góry na czas potopu? Może po to, by go ukształtować? Aby był znakiem dla ludzi, którzy patrzyli na jego pracę? Mnie nieraz ludzie pytają, jak to możliwe, że jednego człowieka może spotkać tyle nieszczęść. A ja po prostu trwam w Bogu i to daje mi siłę. Nie ma innej drogi.

 

 

 

Szum z Nieba nr 106/2011

 

 

Polecamy książkę "Życie według Ducha". Więcej - kliknij tutaj.