Siła nie jest we mnie

Jestem żołnierzem zawodowym. Zawsze myślałem, że jestem silnym człowiekiem, że wszystko mam w życiu poukładane, zaplanowane, pod kontrolą. Jeździłem na misje, byłem na wojnie w Iraku, w Afganistanie i w wielu innych miejscach. Zdarzało się, że żegnałem  kolegów, którzy nigdy już nie wrócili do swoich rodzin. I jakoś dawałem sobie radę.

 

W pewnym momencie jednak przyszedł kryzys. Po powrocie z wojny w Afganistanie, gdzie zginął jeden z moich kolegów – coś we mnie pękło. To było pod koniec 2009 r. Nieoczekiwanie pojawiły się problemy ze zdrowiem, „wypalenie” zawodowe, zaczęły się psuć relacje w rodzinie, do tego doszło niezrozumienie ze strony przełożonych… Wszystko było „nie tak”. Jeszcze próbowałem z tym jakoś walczyć, ale po swojemu.
Generalnie zawsze byłem człowiekiem wierzącym, ale moja wiara była powierzchowna. W niedzielę chodziłem do kościoła, dbałem o modlitwę, ale to nie było zbyt szczere i prawdziwe. Nie było w tym otwartości na Boga, którego obecności w moim życiu raczej nie dostrzegałem. I w tym wszystkim gdzieś się pogubiłem.

 

W czasie mojego kryzysu postanowiłem pojechać do Torunia (mojego rodzinnego miasta), odwiedzić mamę, tatę i pozostałą rodzinę. Moja mama zawsze była moim przyjacielem i bardzo ważną osobą w moim życiu. I właśnie tam postanowiłem się wyspowiadać, po kilku latach przerwy. Dotychczas konfesjonał traktowałem z lękiem i rezerwą, a o spowiedzi myślałem w kategoriach: przecież chodzę do kościoła, analizuję moje życie, przepraszam Pana Boga za moje słabości… Z drugiej strony wiedziałem, że pewnych rzeczy i tak w sobie nie zmienię, więc jaki jest sens, by je w kółko wyznawać? Nie rozumiałem, że podczas spowiedzi rozmawiam z Bogiem, a kapłan jest tylko pośrednikiem. W końcu jednak odważyłem się – przygotowałem się do spowiedzi i poszedłem do kościoła akademickiego u ojców jezuitów.

 

Nieoczekiwanie podczas spowiedzi zapłakałem nad moim życiem. Zobaczyłem, jak daleko byłem od Pana Boga i jakim byłem egoistą – wymagałem od wszystkich, ale nie od siebie. Moralizowałem żonę, unosiłem się gniewem, chciałem „na siłę” wychowywać syna, ale sam nie robiłem porządku ze swoim życiem.

 

Podczas tej spowiedzi „olśniło” mnie, że najpierw muszę zmienić samego siebie. I dopiero, gdy Pan Jezus zamieszka w moim sercu, wtedy będę mógł na lepsze zmienić rodzinę i świat wokół siebie.

 

Ojciec jezuita, który mnie spowiadał, polecił mi książkę „Z grzechu do wolności”. Kupiłem ją w przykościelnym sklepiku i wróciłem z nią do domu. Miałem silne postanowienie, by naprawić błędy popełnione w życiu. Książka mnie naprawdę ujęła – po prostu otworzyła mi oczy na moje życie. Przede wszystkim uświadomiłem sobie, że dotąd widziałem „drzazgę” w oku bliźniego, a „belki” w swoim nie widziałem. Próbowałem wszystkich wokół ustawiać i organizować. Moja żona czasem się śmiała, że to moje „skrzywienie zawodowe” – chciałem mieć w domu porządek jak w wojsku. Ale w tym wszystkim zacząłem tracić kontrolę nad tym, co dzieje się w moim życiu, straciłem radość, nie doceniałem tego, co mam dobrego. Odkąd Pan Bóg to przemienił, umiem cieszyć się nawet z prostych rzeczy: z jazdy na rowerze, ze spaceru z żoną i synem. Nauczyłem się cieszyć każdym dniem, bo przecież nie wiem, czy jutro się obudzę. Zrozumiałem, że Bóg nie jest gdzieś wysoko i daleko, ale blisko – w moim życiu, tuż obok. Zobaczyłem, że On jest obecny, kiedy modlę się z żoną, i w człowieku, który potrzebuje pomocy. Dlatego zacząłem szukać Boga przede wszystkim w drugim człowieku. A przez to – pracować nad swoimi słabościami, aby ludzie także i we mnie widzieli Boga i mogli Go doświadczać. Zupełnie zmieniłem moje nastawienie do życia.

 

Czytając książkę o. Kozłowskiego, zakreślałem te wszystkie myśli, które mnie poruszały, a później rozmawiałem o tym z moimi bliskimi. Zobaczyłem też z tyłu wymienione inne pozycje, które mnie zainteresowały, np. „Jezus Chrystus uzdrowiciel mojej osoby”. Jednak ciągle mi było mało i czułem, że to jeszcze nie jest to, czego szukam. I tak przystąpiłem do Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym. Zacząłem czytać książki do niego przeznaczone, robić notatki, codziennie się modlić, mimo że czasem brakowało czasu, ale z pomocą Bożą to się udawało. Pojechałem na pierwszą sesję. Na drugą okazało się, że nie mogę jechać z powodu pogrzebu w rodzinie, ale dołączyłem do kolejnej edycji Seminarium. I po raz pierwszy złożyłem publicznie świadectwo – po prostu chciałem powiedzieć wszystkim, jaki jestem szczęśliwy i jak bardzo moje życie się zmieniło.

 

Pan Bóg daje znaki obecności w moim życiu. Otwiera mi oczy na to, czego nie widziałem. Relacje z żoną zaczęły zmieniać się na lepsze, podobnie z rodziną (w wielu sytuacjach zaczęliśmy po prostu wszystko od nowa), ze zdrowiem wyszedłem „na prostą”…

 

W pracy zrozumiałem, że aby odzyskać dawną satysfakcję i wyjść z wypalenia zawodowego – muszę robić to, co lubię i muszę o to walczyć. Dzisiaj mam odwagę uciec  sprzed komputera i odzyskuję dawną radość i satysfakcję. Wiem, że nie mogę „zakopywać” swoich talentów. Zrozumiałem również, że praca nie może być dla mnie wszystkim – ona nie może pochłaniać człowieka bezgranicznie. Jest nieodłącznym elementem mojego życia, kształtuje mnie, ale nie może spychać na margines Boga i rodziny.

 

Pewnych rzeczy nawet nie jestem w stanie objąć słowami lub są one zbyt osobiste, by o tym mówić, ale Bóg czyni dla mnie wielkie rzeczy. Jestem teraz bardzo szczęśliwym człowiekiem. Dziękuję Bogu za sakrament pojednania i nie ma we mnie już żadnego lęku przed nim. Z otwartością mówię Bogu o swoich słabościach i proszę, by dał mi siłę, by je redukować, abym był lepszym człowiekiem i dawał świadectwo wobec tych, których spotykam na co dzień. I tylko w taki sposób mogę czynić ludzi lepszymi… A wiem, że siłę da mi przyjmowanie Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, bo tak naprawdę tylko On wszystko może przemienić.

 

Arkadiusz

 

 

Szum z Nieba nr 105/2011

 

Niezwykły autor, niezwykła książka! „Z grzechu do wolności” o. Józefa Kozłowskiego SJ pokazuje, jak bardzo Jezusowi zależy na tobie. Nie na abstrakcyjnym nawróceniu, ale na twojej bliskiej relacji z Nim i przemianie twojego życia. Tą książką Bóg uratował wielu ludzi z beznadziei wieloletnich grzechów i duchowego marazmu.

Więcej - kliknij tutaj.