Wszystko można przebaczyć

Mój mąż przez ponad 12 lat chorował na chorobę Parkinsona. Ostatnie dwa lata już nie wstawał, więc była to dla mnie służba dzień i noc. Opuszczały mnie siły, bo pielęgnowanie go wymagało dużo wysiłku fizycznego, a ja jestem drobnej budowy, ale trwałam na modlitwie.

 

Pewnego dnia, podczas wykonywania codziennych czynności pielęgnacyjnych przy mężu, zobaczyłam w jego wyniszczonym ciele – samego Chrystusa… Nagle rozlała się we mnie wielka miłość! To był punkt zwrotny w moim życiu, w jednej chwili przebaczyłam Tadziowi, że mi wyrządził tyle krzywdy, że mnie zdradzał (aż do czasu swojej choroby), choć był ode mnie o 20 lat starszy. Sama też poprosiłam go o przebaczenie, bo czasami chciałam sobie samej udowodnić nie wiadomo co i dlaczego. To naprawdę była wielka łaska dla nas obojga, ponieważ wtedy Jezus zamieszkał w naszym domu. Wtedy też postanowiłam sobie, że do końca życia będę pomagać innym ludziom.

 

Mąż, odkąd został dotknięty chorobą Parkinsona, miał trudności z mówieniem – po prostu bełkotał. To było dla niego trudne, ponieważ wcześniej, jako adwokat, nigdy nie miał problemów z wypowiadaniem się. Ale gdy w pierwsze piątki miesiąca kapłan przynosił mu Pana Jezusa – na ten czas mąż zawsze odzyskiwał mowę. Ten dzień był zawsze dla nas nadzwyczajny. Mogliśmy porozmawiać ze sobą, a mąż ubolewał nade mną – że nie zasłużyłam na to, abym tak cierpiała przy nim. A ja mu powtarzałam: „Przecież ja cię kocham, pokochałam cię w twoim cierpieniu!”. Widziałam w tym wszystkim wyraźną obecność Chrystusa.

 

Po pewnym czasie moja słabość fizyczna była coraz bardziej odczuwalna. Ktoś z rodziny zaproponował mi, żebym zwróciła się o pomoc do oo. Bonifratrów, ponieważ jest tam oddział opieki paliatywnej. Następnego dnia przyjechała do nas siostra karmelitanka w towarzystwie osoby świeckiej z Odnowy w Duchu Świętym. Ta pani, widząc moje zaangażowanie przy chorym, powiedziała: „Ty chyba będziesz w Odnowie…”. Nie bardzo wiedziałam, co to jest ta „Odnowa”, ale te słowa bardzo mnie poruszyły. Ta wizyta była też dla mnie znakiem Bożej opieki nad nami, ponieważ przez 3 miesiące do śmierci męża, panie przyjeżdżały mi pomagać przy chorym i wypożyczyły mi też łóżko regulowane pilotem. To był przełom – Jezus był w naszym domu i w naszych trudnościach namacalnie obecny!

 

Miałam 60 lat, kiedy mąż zmarł.

 

Ponieważ byłam przepełniona obecnością Jezusa – nie czułam się samotna. Czułam, że On jest we mnie, jest przy mnie i że to On mnie prowadzi. Cały czas dźwięczały mi w uszach słowa tej kobiety, że trafię do Odnowy. Dowiedziałam się, że spotkania odbywają się przy kościele jezuitów na ul. Sienkiewicza. Niecałe pięć miesięcy po śmierci męża wybrałam się tam i zaczęłam swoją przygodę w Odnowie – od Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym.

 

Podczas Seminarium odbyła się modlitwa nade mną. Klęcząc w kościele, miałam problemy, żeby wstać, bo kręgosłup miałam bardzo osłabiony posługą przy mężu. Kiedy modlono się nade mną – czułam, że ta modlitwa przenika mnie, moje serce, wnętrze i daje mi wszystko, co najlepsze. Wiedziałam, że to sam Pan Jezus do mnie przychodzi! A potem „poszłam za ciosem” – w pierwszych dniach września odwiedziłam grupę „Zwiastowanie” i tam już zostałam.

 

W tym samym czasie Pan Bóg stopniowo zaczął mi pokazywać moją misję osobistą. Gdy po śmierci męża ciągle jeździłam na jego grób – modląc się tam, kiedyś usłyszałam taki wewnętrzny głos:

„Ty tu tak często na cmentarz nie przychodź, po prostu zajmij się Halą” .

Kiedy wróciłam do domu, wykonałam telefon do szwagierki i opowiedziałam jej o tym wydarzeniu. Odpowiedziała bez wahania: „Skoro Tadzio tak powiedział, to tak trzeba”.  Sama była lekarzem, ale gdy przyszła choroba i cierpienie – nagle została unieruchomiona i bezradna. Podjęłam więc opiekę  nad nią – zajmowałam się nią przez następne 9 lat, do końca jej życia.

 

W tym samym czasie zachorowała na chorobę nowotworową moja koleżanka, Danusia, której właściwie matkowałam (nawet zwracała się do mnie per „mamuś”). Po jej śmierci zaopiekowałam się też jej mamą – wiekową panią, która złamała kość szyjki udowej. Potem podjęłam opiekę nad mamą drugiej koleżanki, ponieważ gdy starsza pani zachorowała – jej córka wpadła w depresję i nie potrafiła sobie poradzić z normalnymi obowiązkami domowymi. Przychodziłam więc do chorej raz w tygodniu, a koleżanka miała w tym czasie „wolne”, żeby nabrać sił. Służyłam pomocą fizyczną i duchową, miałam też tę szczególną łaskę, że w dniu śmierci starszej pani mogłam jej towarzyszyć modlitwą – odchodziła do Pana w godzinie Miłosierdzia…

 

Po niej byli następni chorzy. Nie szukałam ich, to Pan Bóg mi ich dawał, a zarazem dawał mi odwagę w głoszeniu tym ludziom  Chrystusa. Dostałam ten charyzmat podczas wylania darów Ducha Świętego. Ale nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie ta wielka łaska zobaczenia Jezusa Chrystusa w moim chorym mężu i przebaczenie mu…

Maria

 


Szum z Nieba nr 105/2011

 

 

 

Wszystkich, którzy doświadczają trudu przebaczenia zapraszamy do przejścia tej szczególnej drogi ku przebaczeniu - poprowadzi nas w tym mała książeczka o. Roberta DeGrandisa "Modlitwa przebaczenia".

Więcej - kliknij tutaj.