Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości 

W ewangelizacji nie rezygnuje się z nikogo, nie okazuje się niechęci nikomu, pogardy nikomu, odwetu nawet nieprzyjaciołom – nigdy policzka lewego nie szczędzi się, chociaż się dostało w prawy. Nie pokazuje się zębów nikomu, nie wpada się w jakiś nastrój złości, gniewu, niecierpliwości. To jest droga trudna, bo to jest też droga krzyżowa. To jest krzyżowa droga, ale zbawcza.

kard. Stefan Wyszyński (Choszczówka, 8.05.1975)

 

Powrót do pierwszej miłości

Mając niespełna 18 lat wstąpiłam do zakonu – pełna nadziei i głęboko przekonana, że właśnie tu znajdę prawdziwą Miłość swojego życia. Tak też się stało.

Czas formacji w postulacie i nowicjacie był dla mnie prawdziwym błogosławieństwem. Potem przyszły pierwsze śluby i pierwsze obowiązki na nowej placówce, wśród chorych dzieci.

 

Praca – modlitwa – praca, tak mniej więcej minęły pierwsze lata mojego życia zakochanego do szaleństwa w Bogu. Byłam młoda, pełna zapału, a Bóg ciągle pokazywał mi, że najważniejszą rzeczą w życiu zakonnym jest wiara i wierna służba Jemu.

Życie biegło bardzo szybko. Nie zauważyłam, kiedy to się stało, ale stopniowo obowiązki i podjęte studia zaczęły mi zabierać czas przeznaczony na modlitwą i kontakt z Bogiem.

 

Moje drogi zaczęły się rozmijać z tymi, które Bóg dla mnie przygotował. Podjęłam życie na własną rękę i niepostrzeżenie stałam się kowalem własnego losu. Tak zaczął się mój osobisty dramat, który trwał 20 lat. W końcu – nadal będąc w zakonie – doszłam do głębokiego przekonania, że jestem osobą praktykującą, ale… niewierzącą. Wiedziałam, że Bóg jest, ale nie odczuwałam Go sercem. Nie zależało mi, żeby w to uwierzyć. Swoje obowiązki wykonywałam wiernie, byłam odpowiedzialna, nie dawałam przełożonym powodu do niezadowolenia, robiłam wrażenie osoby statecznej i ułożonej. Oszukiwałam siebie i Boga. A On czekał – czekał cierpliwie, cicho i nie narzucał się, widząc jak bardzo odchodzę od Niego. Teraz dostrzegam, że stawiał na mojej drodze różne drogowskazy, często bardzo widoczne – ale po co mi one były? To pytanie często mi towarzyszyło: po co mi Bóg, przecież świetnie radzę sobie sama?

 

Co pewien czas dostawałam zaproszenie na rekolekcje ignacjańskie. Powtarzałam sobie wtedy: „Rekolekcje ignacjańskie, jezuici? To przecież wielkie nieporozumienie. Pojadę na rekolekcje, ale na pewno nie na ignacjańskie!”. Byłam w tym bardzo konsekwentna – moja ucieczka trwała 20 lat.

Pewnego dnia trafiłam na Mszę o uzdrowienie. Znalazłam się na niej „przypadkowo”, ale to właśnie tam Bóg pokazał mi mocno, jak bardzo mnie kocha i jak cierpliwie, od lat na mnie czeka.

 

Od tej Mszy moje życie znów zaczęło nabierać blasku, powoli wracała mi nadzieja, że można powstać nawet z największego upadku. Jezus postawił na mojej drodze wspaniałych ludzi z Odnowy w Duchu Świętym, którzy swoim życiem pokazali mi, że Bóg nigdy mnie nie zostawił. Co ciekawe, każdy z nich opowiadał, ile dały mu rekolekcje ignacjańskie...

 

Nie było wyjścia – w końcu zdecydowałam się pojechać na te rekolekcje. A tam Bóg powalił mnie na ziemię i na zgiętych kolanach uczył mnie na nowo żyć.

 

Na Fundamencie Jezus dał mi najwspanialszą lekcję, ucząc mnie miłości, tej z krzyża. Po tylu latach ucieczki i walki, na nowo odnalazłam swojego Najwspanialszego Faceta – Jezusa. Teraz już nie wyobrażam sobie życia bez Niego! To On, pomimo moich upadków, tuli mnie do swojego serca i mówi: „Moja kochana córeczko...”.

Jestem bardzo szczęśliwa, bo wiem, że On jest zawsze przy mnie i zawsze będzie mnie kochał jednakową miłością – nie zważając na moje słabości i upadki.

s. Barbara

 

 

Szum z Nieba nr 105/2011

 

Polecamy książkę o. Remigiusza Recława SJ "Kobiety szalone dla Jezusa", przeznaczoną do modlitwy szczególnie dla kobiet, pomocną w odnowieniu swojej relacji z Jezusem.

Więcej - kliknij tutaj