Blizna

Spotkałam Jezusa. Przekonał mnie o tym, że żyje i że chce być obecny w moim życiu. W euforii wypływającej z nawrócenia wyobrażałam sobie, jak piękne życie odtąd mnie czeka. Od dziś będzie łatwiej. I wszystko się zmieni!
Owszem, zmienia się. Ale nie tak, jak to sobie wyobrażałam…

 

A dzieje się tak dlatego, że Jezus nie poprzestaje na obudzeniu mnie do nowego życia. On chce mi dać coś o wiele ważniejszego niż zaledwie świadomość Jego istnienia. Zaprasza mnie, abym za Nim poszła.

 

Nieodłącznym elementem tej drogi jest podejmowanie łaski uzdrowienia. Podejmowanie a nie podjęcie, bo uzdrowienie to proces – coś, co wymaga czasu i dokonuje się w czasie. Ale ten czas jest potrzebny mnie, a nie Bogu. Kiedy otwierają mi się oczy i budzi się we mnie nowy człowiek – widzę coraz więcej. To trochę tak, jakbym podczas nawrócenia zrzuciła z siebie łachmany. Na początku cieszę się, że nie mam ich już na sobie i przestają krępować mi ruchy. Ale z czasem zauważam, że pod spodem jest jeszcze wiele zaschniętego brudu, niezagojonych ran, szerokich blizn – często zachodzących jedna na drugą. Niektóre nadal bolą. O innych nie wiem, skąd się wzięły, ale mocno doskwierają. Gdybym swoim TAK powiedzianym Jezusowi nie zrzuciła z siebie łachmanów – może nigdy nie dowiedziałabym się, co noszę pod spodem? Może skupiłabym się tylko na tym, co widać. A On widzi wszystko. Widzi rany, widzi brud i to, co uzbierało się przez całe moje życie.

 

Ale patrząc na mnie, Jezus widzi przede wszystkim człowieka – piękno i dobro, które zamierzył dla mnie od początku Bóg. I razem za mną chce się do tego dokopać.

 

Z reguły nie dzieje się to w jednej chwili, więc On zaprasza mnie w drogę, aby mi tego pięknego człowieka we mnie pokazać. Kiedy tak rozmawiamy dzień po dniu – uświadamiam sobie, że ja widzę tylko to, co na zewnątrz. Nie znam swojego serca i nie potrafię dojść do tego, skąd u mnie tyle ran i brudu. Skąd uczucie beznadziei i rezygnacji. To On – na modlitwie, Eucharystii, przez drugiego człowieka – pokazuje mi, skąd ta blizna, która tak bardzo boli. Co stało się w moim życiu, że cała jestem brudna. Co powoduje, że teraz ciężko mi iść. Jezus wraca ze mną do trudnych sytuacji. Do wydarzeń, w których ktoś mnie zranił, odrzucił. Kiedy mama nie okazywała miłości, tata pił, mąż zdradzał. Kiedy sama brnęłam z jednej złej decyzji w gorszą. Dlaczego przypomina mi tę bolesną przeszłość? Tam właśnie pomaga mi przebaczyć. Oczyszcza. Leczy swoją miłością i miłosierdziem.

 

Jezus ściąga ze mnie kolejne warstwy cierpienia i grzechu. Nie wszystko chcę Mu od razu pokazać, nie o wszystkim jeszcze chcę rozmawiać. On cierpliwie i z szacunkiem czeka, aż będę gotowa.

 

W końcu dał mi wolną wolę! Szanuje mnie i daje mi czas. Niosę więc ze sobą bagaż poczucia krzywdy, winy i czuję, że jest mi ciężko. Ale wydaje mi się, że gdy Mu to wszystko oddam – zostanę z pustymi rękami. I już nie będzie wymówki, że wszystkie porażki życiowe spotkały mnie dlatego, że kiedyś zostałam bardzo skrzywdzona. Będę musiała wziąć odpowiedzialność za swoje nowe życie. Ale On mi cierpliwie tłumaczy, że bez tego obciążenia łatwiej mi będzie iść.

W końcu daję się przekonać. Przez cały ten czas wiele się uczę: o sobie, o Nim, o miłości i przebaczeniu. O tym, że najtrudniej przebaczyć sobie, a najłatwiej zrzucić winę na zły los. Uczę się brać odpowiedzialność za swoje życie. Zaczynam widzieć więcej i jestem coraz bardziej świadoma niebezpieczeństw, których kiedyś nie omijałam. Idę do spowiedzi. Warstwy brudu znikają oczyszczone Jego Miłosierdziem, a przez blizny przenika światło – kiedyś przykryte łachmanami.

 

Uzdrowienie to nie jednorazowe wydarzenie. To nie granica, po przekroczeniu której nie będzie mnie już dotykać cierpienie, a życie stanie się lekkie.

 

To droga, na której uczę się miłości bez kompromisu i bezgranicznego zaufania Bogu. Czas, gdy wzrasta moja wiara w Jego moc i mądrość. Stopniowo odkrywam swoją tożsamość i pogłębiam relację z Tym, który mnie kocha ponad wszystko. To droga od smutku do radości, od nienawiści do miłości. Z grzechu – do wolności. I tak naprawdę ważne jest to, że tą drogą idę za Jezusem. Pewnie nieraz się potknę, wdepnę w kałużę albo skręcę w niewłaściwą stronę. W końcu to droga. Ważne, żebym zawsze rozpoznała Jego głos, gdy mi wskazuje właściwy kierunek. I pamiętała o tym, że to On wskazuje mi drogę – a nie ja Jemu. I że Jego plan wobec mojego życia jest Boski, a mój tylko ludzki.

A na końcu tej drogi jest ZBAWIENIE, a nie moja doskonałość...

 

 

  Szum z Nieba nr 104/2011

 

Polecamy w tym temacie małą, pomocną w modlitwie o uzdrowienie książeczkę o. DeGrandisa "Modlitwa przebaczenia".

Więcej - kliknij tutaj.