Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 40 gości 

Miłość wymaga, by ewangelizator był pogodny i radosny: Nie może wyglądać jak skwaszony ogórek, musi przezwyciężać siebie, a w momentach ciężkich, gdy już nie możemy dać sobie rady ze sobą i jesteśmy specjalnie trudni dla ludzi, jest jeszcze wyjście: albo się pomodlić, albo iść się przespać. Ale ludziom lepiej w takich sytuacjach na oczy się nie pokazywać, by nie powiedzieli o nas: A to jędza!

kard. Stefan Wyszyński (Warszawa, 6.08.1964)

 

Uratowany synek

Pięć lat temu oczekiwaliśmy z żoną narodzin naszego drugiego dziecka, Magda była wtedy w siódmym miesiącu ciąży.
Był 30 kwietnia 2007 r., byłem w kościele na Mszy, gdy nagle przybiegła do mnie teściowa, mówiąc: „Biegnij do domu, bo Magda zaczęła krwawić!” Do kościoła mam blisko, więc w mig byłem na miejscu. Natychmiast pojechaliśmy do szpitala. Ale po drodze, w samochodzie żona wystraszyła się: „Nie czuję ruchów dziecka”. Powiedziałem: „Będzie dobrze” – i zaczęliśmy się modlić.

 

W szpitalu lekarze stwierdzili, że odkleiło się łożysko i trzeba wykonać cesarskie cięcie. Syn ważył 2 200 g i pielęgniarka powiedziała, że wszystko jest w porządku. Wróciłem do domu szczęśliwy. Nagle znów zadzwonił telefon. Tym razem była to żona, z wiadomością, że dziecko przestaje samo oddychać i trzeba natychmiast je chrzcić. W drodze do szpitala obdzwoniłem wszystkich znajomych księży, ale nikogo nie było. W końcu dodzwoniłem się do swojego proboszcza, ale ks. Jana też nie było na miejscu. Był w położonym niedaleko Sanktuarium Matki Boskiej Łaskawej i powiedział, że on będzie się modlić, a ja mam chrzcić. I przez telefon pokierował mnie, jak mam to zrobić.

 

Synek dostał na imię Cyprian. Zaraz po chrzcie zabrano go do innego szpitala, a ja poszedłem do najbliższego kościoła, aby się modlić. Wychodząc stamtąd, spotkałem znajomą siostrę zakonną, więc opowiedziałem jej o naszym zmartwieniu. Na co ona: „Jak Bóg cię bardzo kocha!”. Pomyślałem sobie: „Co ona za bzdury opowiada, jak mi tu dziecko umiera…” Wróciłem do szpitala. Lekarze powiedzieli, że stan synka jest nadal bardzo ciężki i możliwe, że trzeba będzie przetaczać krew. Siedziałem przy nim i modliłem się na różańcu. Za Cypriana odprawiane były Msze i modliło się wielu ludzi, także księży i sióstr zakonnych. Po czterech dniach odłączyli go od respiratora i sam zaczął oddychać, ale był jeszcze jeden problem, bo się nie wypróżniał. Na szczęście później to się ustabilizowało. Po siedmiu dniach synek zaczął jeść, a po czternastu… wypisali nas ze szpitala! Choć urodził się 6 tygodni za wcześnie, jego stan zdrowia zaczął się bardzo szybko poprawiać.  

 

Gdy po jakimś czasie poszliśmy z dzieckiem na pierwsze badanie kontrolne, lekarz patrząc na opis szpitalny i na Cypriana – zapytał, czy to naprawdę jest to dziecko. Bo to  niemożliwe, że tak dobrze wygląda i jest taki zdrowy.
Dzisiaj Cyprian ma 4 lata i, dzięki Bogu, jest zdrowym i pięknym chłopcem…

Krzysiek

 

  Szum z Nieba nr 104/2011

 

Polecamy różaniec z modlitwą o uzdrowienie o. Józefa Kozłowskiego SJ

Więcej - kliknij tutaj.