Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 46 gości 

W ewangelizacji nie rezygnuje się z nikogo, nie okazuje się niechęci nikomu, pogardy nikomu, odwetu nawet nieprzyjaciołom – nigdy policzka lewego nie szczędzi się, chociaż się dostało w prawy. Nie pokazuje się zębów nikomu, nie wpada się w jakiś nastrój złości, gniewu, niecierpliwości. To jest droga trudna, bo to jest też droga krzyżowa. To jest krzyżowa droga, ale zbawcza.

kard. Stefan Wyszyński (Choszczówka, 8.05.1975)

 

Młodzi, tożsamość i Duch Święty

Czym jest przyjaźń człowieka z Bogiem? Na jednym z ostatnich spotkań naszej grupki młodych doszliśmy do wniosku, że przyjaźń z Bogiem polega na tym, że czujesz się przy Nim dobrze i nie musisz niczego udawać.
Jak żyć z Bogiem i zachować swoją tożsamość? Naszym zdaniem jest to możliwe, jeśli jesteś naprawdę sobą – czyli jesteś szczery przed Bogiem.

Oto jak niektórzy z nas wyrażają swoją tożsamość przy Nim:

 

 

ooOlaBoga

Zawsze wydawało mi się, że chrześcijanin to taki ktoś wsadzony w foremkę. Strasznie się bałam, że idąc za Bogiem, nie będę mogła być sobą. Fajnie, że Bóg sam jakoś to przełamał. Teraz myślę, że jeśli chcę, to mogę żonglować dla Boga i dla Niego to jest „full” i Jemu to wystarcza. Tak naprawdę przy Nim nic nie muszę, mogę być sobą.

Przestaje być tak naprawdę sobą, kiedy chcę sama budować relacje i stawiam na swoim, przez co staję się mniej dla Boga. Wtedy za wszelką cenę chcę się w coś wstrzelić, bo wydaje mi się, że w danej sytuacji tak będzie lepiej. A żeby być autentyczną – potrzebny mi jest On, tak na horyzoncie.

 

 

Marta

Mnie też się wydawało (a jestem stosunkowo niedawno po nawróceniu), że stereotypowy chrześcijanin to np. kobieta, starsza i w bereciku. Nie miałam wcześniej za dużo do czynienia z katolikami, więc wydawało mi się, że jak się wbiję w to środowisko, to będę musiała zakładać kiecki po kostki, koniecznie w kratę, i najlepiej się nie malować.

Nie potrafiłam też zgodzić się na to, że Bóg przychodzi w ciszy, bo wydawało mi się, że podczas refleksji w milczeniu moje myśli wstępuję na taką drogę… no, w iluzję… po prostu nie pozwalałam się kształtować. Teraz już wiem, że przy Bogu można zachować szaleństwo, niekoniecznie oszołamiając się czymś z zewnątrz. I tyle. Chwała Panu!

 

 

Janek

Dla mnie to, o czym rozmawiamy, czyli zachowywanie własnej tożsamości, jest drogą. Bóg cały czas mnie uczy. To prawda, co mówi ten slogan, który wszyscy powtarzają – że ja jestem słaby, a Bóg mnie kocha za nic, tak po prostu. Dojrzewam do tego i myślę, że całe życie będę dojrzewał. Widzę też, że jakieś etapy w tym dojrzewaniu są już za mną, ale generalnie najważniejsze, to zachować spokój i niczego nie poganiać. Dojrzewam sobie, więc jest OK. Amen!

 

 

Agata

Ja mam taki problem, że nie wiem, kim jestem. Może ostatnio zaczynam się trochę tego uczyć, ale generalnie nadal nie bardzo wiem. Najważniejsze jest to, żeby Bóg był w tym wszystkim i żebym ja była szczera.

Miałam kiedyś taki moment, że stanęłam przed Bogiem z pretensjami, pytając, kim ja jestem?! Chyba to było dobre, bo wcześniej nie potrafiłam być taka szczera, tylko starałam się odklepać modlitwę, żeby być „dobrą chrześcijanką”. Wszystko robiłam ze strachu przed tym, że pójdę do piekła. Nie miało to wiele wspólnego ani ze szczerością, ani nie współgrało z moją tożsamością. Wcześniej bym się nie przyznała do tego, że zdarza mi się zabluźnić na modlitwie, ale pewien ksiądz mówił o tym na rekolekcjach i teraz wiem, że Bóg się za to na mnie nie obraża. Więc myślę, że to jest już jakiś postęp w byciu szczerą przed Bogiem.

 

 

Bart

U mnie sprawa tożsamości przewija się od wielu lat. Uświadamiam sobie, że tym, co pomaga mi nie zatracić siebie i nie wbijać się w jakieś chrześcijańskie „maski”, to niezapieranie się własnych uczuć. Jeśli wydaje mi się, że Bóg czegoś ode mnie chce, a ja nie mam na to ochoty, albo nie czuję tego – to tego nie robię! Albo mówię Bogu: „Jak chcesz, to mnie przekonaj”. A wtedy On rzeczywiście mnie przekonuje. Tak coś robi, tak mi coś pokazuje, że mówię: „OK, dobra. Teraz już rozumiem”. I wtedy czuję w sobie pragnienie zrobienia tego.

Wiem, że uczucia są ważne w rozeznawaniu. Jednak uczucia nie są wszystkim, bo jak Bóg coś powie i wiem, że to jest dobre – to pomimo lęku czy innego negatywnego odczucia wchodzę w to, bo te stany nie mają prawa mnie zatrzymać. Ale jak będę je ignorować w sobie – wówczas będę zakładał maski.
Nooo… Jest jeszcze jedna rzecz, ale w to Bóg mnie dopiero niedawno wprowadził. Chodzi o takie totalne oddanie się Jemu – nawet w kwestii zastanawiania się nad tym, jak być sobą. Ale to jest dla mnie na tyle świeże, że nic mądrego nie powiem, poza sloganem, że ostatecznie, by być sobą – trzeba zapomnieć o sobie. Po prostu ufać, że nawet jeśli czegoś nie rozumiem i nie znajduję odpowiedzi, to Bóg w odpowiednim czasie wszystko mi wyjaśni. Zresztą, to w ogóle jest największy czad! Ale tego dopiero się uczę… Alleluja!

 

Oprac. Malwina Kocot i Bartek Żmuda

Szum z Nieba nr 103/2011