Zupełnie nowa miłość

Na rekolekcje ignacjańskie do Porszewic Zbyszek pojechał… pożegnać się z Jezusem. Miał zamiar opuścić rodzinę, a zamieszkać ze swoją „nową miłością”. Jako człowiek wierzący nie chciał jednak odchodzić od Boga bez pożegnania. W końcu spędził z nim czterdzieści lat życia, a to zobowiązuje.

Ten związek próbował zakończyć wiele razy. Miał dosyć podwójnego życia i lęku, że żona się domyśli, że przeczyta SMS-y, że ktoś zobaczy go z tą kobietą...

 

W Wielkim Poście i Adwencie uciekał od niej – nie dzwonił, nie przyjeżdżał, wyłączał komórkę. Albo oświadczał: „To już koniec. Daj mi spokój, więcej się nie spotkamy”. Ale już następnego dnia żałował tej decyzji. Po pięciu latach takiej szarpaniny, jego dziewczyna uprzedzała wypadki: „Za tydzień rozpoczyna się Adwent – znowu zwariujesz?”. A Zbyszek nieodmiennie szedł do spowiedzi i wierzył, że tym razem uda mu się zerwać. Chciał znów budzić się z czystym sumieniem. Przecież miał silne przekonania i kochał Boga! A że błądzi? No cóż, tu zostawiał sobie uchyloną furtkę. Ale Adwent mijał – i wszystko wracało do normy.

 

*
W styczniu 2009 r. – po latach szarpania się i zrywania – podjął wreszcie decyzję, że odejdzie, ale od żony. Pomimo że kocha Chrystusa, nie jest jednak w stanie żyć bez tej kobiety, przecież próbował. Od miesięcy budził się rano i zamiast porannej modlitwy – słyszał w sercu racjonalny monolog, np.: „Zbyszek, w Dzienniczku s. Faustyny Chrystus wyraźnie powiedział, że nawet największym grzesznikom – jeśli będą choćby uczestniczyć w odmawianiu koronki do Bożego miłosierdzia – wszystko będzie odpuszczone. A przecież ty dziesiątki, jeśli nie setki razy odmawiałeś tę koronkę, chodziłeś na Mszę, spowiadałeś się! Nawet jeśli teraz odejdziesz z domu, to myślisz, że On cię nie przyjmie? Na co ty czekasz? Chcesz całe życie tkwić w tym chorym związku z żoną, której już nie kochasz? I siebie unieszczęśliwiasz, i ją. Twoje dzieci są już samodzielne, mają prawie po 20 lat”. Uwierzył temu głosowi. Nie chciał być nieszczęśliwy. Nie chciał siedzieć w domu, zabijając czas oglądaniem telewizji, podczas gdy serce wyrywało mu się do tamtej kobiety. Poza tym, wszyscy wszystko już wiedzieli, więc… klamka zapadła.

 

Gdy kolega zaproponował mu udział w rekolekcjach ignacjańskich – w zamkniętym ośrodku, w ciszy, z codzienną Eucharystią – Zbyszek ucieszył się. Postanowił godnie pożegnać Chrystusa, chodząc na Mszę i przystępując do Komunii, bo przecież potem nigdy już nie będzie mógł. W końcu zrywał przysięgę małżeńską złożoną przed Bogiem.

 

*
14 lutego przyjechał do Porszewic. Wieczorem o. Remigiusz ogłosił, że za 10 minut będzie obowiązywać milczenie, więc jeśli ktoś chce jeszcze coś przekazać rodzinie – teraz jest na to czas.
Zbyszek zadzwonił do swojej dziewczyny: „Słuchaj, jeszcze tylko siedem dni jestem na rekolekcjach ignacjańskich, a ósmego dnia już jestem z tobą. Ale musisz być świadoma, że nie będzie łatwo, bo wychodzę z domu tak jak stoję”. „Dobrze, wiem i zgadzam się na wszystko” – usłyszał jej uspokajający głos. Nagle w telefonie zapadła chwila ciszy, po czym nieoczekiwanie jakiś zachrypnięty, starczy głos wrzasnął: „Gdzie ty jesteś? Na rekolekcjach ignacjańskich?! Po co ci to? Wracaj natychmiast!”. Zbyszek oniemiał. Przemknęła mu myśl, że to szatan przemówił z tamtej strony. Szybko się rozłączył, czując gęsią skórkę na całym ciele…

 

*
We wtorek rano obudził się z poczuciem, że coś się zmieniło. Po raz pierwszy od pięciu lat nie pomyślał natychmiast o tamtej kobiecie. A przecież dotąd, przez cały dzień drążyły go myśli: co zrobić, żeby z nią być, jak odejść z domu, kiedy?

W środę był już skupiony wyłącznie na rekolekcjach… W czwartek w intencji rekolektantów odprawiana była Msza o uzdrowienie. Uczestnicy mieli stworzyć trzyosobowe grupki modlitwy wstawienniczej. Każdy mógł powiedzieć dwójce pozostałych, o co mają się za niego modlić. Zbyszek uświadomił sobie, że to ostania szansa – prosić Ducha Świętego. A Bóg może zrobić wszystko i to natychmiast! Powiedział więc w sercu:

„Chryste, ja w ciągu tych pięciu lat wiele razy próbowałem po ludzku zakończyć ten związek, ale nie dałem rady. Teraz w otchłań Twojego miłosierdzia wrzucam wszystkie swoje grzechy i problemy, i zostawiam je Tobie. Odtąd ta relacja nie jest już moim problemem, ale Twoim. Nawet nie chcę w to wnikać, jak ją zakończysz. Te rekolekcje miały być moim pożegnaniem z Tobą, ale ja wcale nie chcę się z Tobą żegnać. Chcę Cię przeprosić i błagać o nowe życie. I proszę Ducha Świętego o nową miłość do mojej żony. Ale nie za to, że była ze mną przez 24 lata, że urodziła mi trójkę dzieci, że nigdy się ode mnie nie odwróciła, że jest dla mnie największym przyjacielem… Proszę Cię, Duchu Święty, o miłość narzeczeńską – najczystszą z najczystszych. I o pokój serca”. 

 

Po kilku minutach tej modlitwy zrobiło mu się bardzo ciepło. Zaczął mocno płakać... A gdy wrócił do pokoju – wiedział, że został wysłuchany!

 

*
W dniu zakończenia rekolekcji Zbyszka rozpierała energia: – Chciałem do wszystkich dzwonić i opowiadać całemu światu, że stał się cud! Dostałem nowe życie, nowe uczucia, nowe spojrzenie – to taki cud, jakby komuś ręka albo noga odrosła! Patrzyłem na żonę, która po mnie przyjechała, i zdałem sobie sprawę, że wprost uwielbiam w niej to, co jeszcze nie tak dawno mi się nie podobało!

 

W niedzielę powiedział do żony: „Gosia, na tych rekolekcjach prosiłem Ducha Świętego, żebym cię pokochał i był dla ciebie dobry. I to wszystko dostałem”. Nie uwierzyła: „O co ci chodzi? Chcesz coś więcej ugrać na sprawie rozwodowej?” „Jeśli mi nie wierzysz, to chodźmy do notariusza. Przepiszę na ciebie i na dzieci wszystkie nasze nieruchomości, żebyś wiedziała, że nie ma w tym żadnego krętactwa. Po prostu dostałem dar od Ducha Świętego – nowe życie”.

 

Po trzech tygodniach Małgosia uwierzyła. To też było działanie Ducha Świętego. Po jakimś czasie zaproponowała mężowi, żeby co wieczór odmawiali razem różaniec. – Odtąd codziennie klęczymy ramię w ramię i modlimy się – mówi z przejęciem Zbyszek. – To jest nasza pieśń, tego nie da się z niczym porównać. Czy wiesz, jaka to radość, gdy rano budzę się w łóżku obok kobiety, którą jeszcze nie tak dawno chciałem opuścić? Kocham ją!

 

*
Po rekolekcjach zmieniła się też jego miłość do Jezusa. Rozmawia z Nim nieustannie w ciągu dnia: dziękuje, że żyje, że oddycha, że może się pomodlić…
– Czuję taką wdzięczność, że tylko bym chodził i gadał z innymi o Bogu – śmieje się sam z siebie Zbyszek. – Moje dzieci mówią na mnie „moher”. A ja nie potrafię przestać mówić ludziom o tym, jaki skarb mają w zasięgu ręki. Wystarczy, że powiedzą: „Duchu Święty, jestem do Twojej dyspozycji” – i wszystko może się zmienić!

Po tym, jak całkowicie zaufał Jezusowi, widzi też zmianę w swoim podejściu do codziennych kłopotów. Żona mówi czasem: „Zbyszek, ja Bogu dziękuję, że ciebie mam, bo ty w ogóle nie masz problemów”. Rzeczywiście, gdy tylko się pojawiają, od razu oddaje je Bogu. – Chrystus jest zawsze z przodu, przede mną, więc czego mam się bać? – pyta retorycznie Zbyszek. – Robię wszystko, żeby tylko za Nim nadążyć. Już Mu nie odpuszczę. Czasem mam ochotę wyjść z domu i krzyczeć w niebo: „Panie, kocham Cię, kocham Cię, kocham!”.

 

*
Walka duchowa trwa nadal, ale teraz Zbyszek nie walczy już swoimi siłami. O trudnych momentach opowiada: – Kiedy dopada mnie pokusa, marazm i zły podpowiada mi: „Zadzwoń do tej dziewczyny. Nic złego nie zrobisz, po prostu zapytaj, co u niej słychać” – zdaję sobie sprawę, że tego nie mogę zrobić. Jak alkoholik, który do końca życia nie może sobie pozwolić choćby na jedno piwo. Zawierzyłem Chrystusowi. Wszystkie swoje problemy rzuciłem Mu pod stopy – nie chcę ich teraz znów brać na swoje barki. Więc uciekam w litanię do św. Józefa. Czasem na początku idzie mi jak po grudzie, stękam, męczę się, płaczę, ale gdy ją odmówię – wszystko puszcza.

Zbyszek widzi też działanie Ducha Świętego w relacjach z kobietami. Gdy tylko zauważa u którejś z nich przejaw zainteresowania – szybko się wycofuje. Już nie pozwala sobie na pytanie: „A może kiedyś pójdziemy razem na kawę?”. Wie, że musi być czujny. I wie, dla Kogo to robi. To naprawdę zupełnie nowa miłość…

© Szum z Nieba nr 101/2010

Polecamy książkę o. Józefa Kozłowskiego SJ "Z grzechu do wolności". Więcej - kliknij tutaj.