Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 32 gości 

U ewangelizatora ważną rzeczą jest uszanowanie odmienności drugiego człowieka, aby nie dostosowywać go do siebie, ale siebie do niego: żebyśmy się umieli włączyć w jego sposób reagowania, myślenia, zrozumieć jego potrzeby, jego styl życiowy. Z tego względu osoby zaangażowane w ewangelizację muszą same być wewnętrznie wolne, muszą zerwać łańcuch swoich nastrojów, uprzedzeń, kompleksów i schematów myślenia.

kard. Stefan Wyszyński



 

Bez rewolucji

Podejrzewam, że większość z nas to ci, którzy od dziecka chodzą do kościoła. Żyjemy bowiem w kraju, gdzie ludzie chadzają do kościoła. Uczestniczyliśmy w lekcjach religii, bo dwadzieścia lat temu wszyscy uczestniczyli. Nawet może mówiliśmy wierszyk przy okazji Pierwszej Komunii, bierzmowanie też przyjęliśmy – choć wybierając imię myśleliliśmy raczej o tym, jak rozśmieszyć kolegów (Kunegundą, Alfonsem czy Kwadratem) – niż o podjęciu współpracy ze świętym patronem.

 

Okres dojrzewania średnio burzliwy, bez większych konfliktów z rodzicami czy szkołą. Pierwsze imprezy, bywało różnie, ale bez poważnych przegięć – jak większość, „przecież wszystkiego w życiu trzeba spróbować”. I tak wielu z nas minęła wczesna młodość, radośnie i beztrosko – oczywiście z perspektywy dorosłych. Każdy nastolatek bowiem uważa, że ma mnóstwo problemów (i ma).

 

Szczęściarze, którzy z tych „niewinnych” sytuacji wyszli cało. To znaczy: w porę pomyśleli, czy na pewno wszystkiego trzeba spróbować. Zaczęli zadawać pytania i kwestionować „bo wszyscy…”.

 

Młodego człowieka charakteryzuje to, że szuka prawdy, sensu i buntuje się przeciwko temu, co zastaje. Błogosławiony bunt, bo on właśnie skłania do poszukiwań, odnajdywania prawdziwego siebie. Wśród mnóstwa bardzo istotnych pytań, pojawia się wtedy: „A po co do kościoła? Księża? Często zawiedli. Więc po co? Bo mama każe? Bez sensu! Ale Bóg istnieje, wiele razy się o tym przekonałem, więc chyba jest. Warto by się upewnić, żeby bez potrzeby nie tracić jednej godziny w tygodniu”. I nie dlatego, że mama każe i babcia prosi, ale z potrzeby przekonania się, poznania prawdy – szuka Go. Bywają chwile, że Go ma. Delektuje się jego obecnością, traci czujność i… On znowu umyka. Znowu Go szuka. Znajduje. Uczy się, co robić, by Go nie tracić. Więc coraz częściej na coraz dłużej z Nim jest. Odkrywa, że On zawsze przy nim był – nawet, gdy on Go nie szukał. I w procesie stopniowego odkrywania, że „fantastyczny jest ten Bóg” zaczynamy się nawracać. Bez fajerwerków, każdy w swoim tempie.

 

Przestajemy beztrosko hodować marihuanę w doniczce na oknie, dochodząc do wniosku, że dotychczasowe przekonanie, iż THC jest dużo mniej szkodliwe niż nikotyna – to wkładanie ręki w paszczę lwa. Nigdy nie wiadomo, ile odgryzie...

 

Poza tym częstowanie nią przyjaciół prowokuje do zadania sobie pytania: co ze mnie za przyjaciel, skoro szkodzę tym, na których mi zależy. Potem zaczyna nam być głupio, że nieprzygotowani do egzaminu liczymy na to, że ktoś da ściągnąć. Przestajemy kłócić się z panią w bibliotece, że „ja tylko zapomniałem…”, „to młodszy brat wylał herbatę na okładkę, a pies ją pogryzł” – uczciwie płacimy karę, bo, wypożyczając książkę, godziliśmy się na przestrzeganie ustalonych zasad. Sumienie nas gryzie, gdy nie kasujemy biletu w tramwaju albo korzystamy z ulgowego, choć legitymacji studenckiej dawno już nie mamy. Zaczynamy się zastanawiać, czy to dobrze, że Tomkowi powiedzieliśmy, że Kaśce nie układa się z Jankiem, i że w ogóle to ona jest głupia. Po co tyle słów szkodzących innym? A ta dziesiąta para spodni, buty jak u wszystkich w tym sezonie – to po co? Lewe zwolnienie lekarskie przed świętami, żeby umyć okna – mamie i babci, zrobić zakupy. Może jednak przygotowanie do świąt polega na czymś zupełnie innym? Uczciwe odpowiadanie na te, z pozoru banalne, wątpliwości i wybieranie rozwiązań, które podpowiada nam coraz wrażliwsze sumienie, prowadzi do wypracowania w sobie postaw dojrzałych i odpowiedzialnych. Wypracowania – bo to ciężka praca tak się sobie przyglądać i krytykować to, co powszechnie krytyki nie wzbudza.

 

Przychodzi dorosłość, przestajemy być odpowiedzialni tylko za siebie. I okazuje się, że… znowu musimy się nawracać. Bo kto ma wstać w nocy do płaczącego dziecka?

 

Nosić na rękach kilka godzin, gdy boli brzuszek? Uśmiechnąć się, gdy ręce opadają, bo jedno ma czkawkę, drugie po raz dziesiąty chce usłyszeć swoją ulubiona bajkę, a trzecie właśnie musi wyjść na rower, natychmiast! A jeszcze chcielibyśmy mieć siłę, żeby się do siebie przytulić... Uczymy się przekraczać siebie, prześcigać się w okazywaniu sobie szacunku. Trudne to straszliwie. A licząc tylko na własne siły – błyskawicznie dołączymy do grona tych biedaków, którzy słysząc: „z jedną przez całe życie”, „wychowanie dzieci”, „poświęcenie dla dobra rodziny” – odpowiadają: „Masakra! Nie, dzięki”.

 

Do końca życia będziemy się nawracać. Codziennie nowe sytuacje wymagać będą od nas więcej niż bycie OK – zapraszając do wierniejszego naśladowania Jezusa, uczciwego i bez kompromisów. Powoli stajemy się doskonali? Nic podobnego! Nawet z najwrażliwszym sumieniem, pytającym nie tylko o czyny, ale i o intencje i myśli, możemy się wyłożyć. Pan Bóg nas podnosi, a my… pokornie nawracamy się dalej.
Może się zdarzyć, że ten od „masakry” zauważy, że jesteśmy szczęśliwi. Trochę dziwni, ale OK. A ten komplement z jego ust – wprawdzie nie szczyt naszych duchowych aspiracji – to jednak dużo. Jeśli jeszcze okaże się, że nasze życie choć trochę zainspirowało go do zastanowienia się nad sobą – to już bardzo dużo.

 

 

 

  Szum z Nieba nr 105/2011

 

Polecamy niesamowitą książkę o. Józefa Kozłowskiego SJ "Nawrócić się, aby żyć".

Więcej - kliknij tutaj.