Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 58 gości 

Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo on budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jeszcze jest apostołem? Uczniowie, którzy opuścili Mistrza, już Go nie wyznawali. Dodali odwagi oprawcom.
kard. Stefan Wyszyński (Stoczek Warmiński, 5 października 1954 r.)

 

Tchnąć wiatr w żagle - Maria Jurczyńska

W marcu 2012 r. odbyło się Sympozjum na temat życia i działalności Marii Jurczyńskiej w XVI rocznicę jej śmierci i w XX-lecie istnienia Domu Rekolekcyjnego w Żarach. 


W spotkaniu z Marią Jurczyńską odczuwalna była żywa Boża obecność: że On jest w różnych okolicznościach życia: i wojnie, i w pokoju. Zupełnie jak w spotkaniu z Mojżeszem, który rozmawiał z Bogiem, a przez to stawał się pośrednikiem między Nim a ludźmi.

 

Obecność Boga w naszym życiu jest jednocześnie obecnością Jego nieskończonej miłości, która pochyla się nad każdym człowiekiem. W Piśmie świętym możemy zobaczyć, jak On jest wierny człowiekowi, jak kocha go do końca – ciągle, na różne sposoby szuka człowieka – przychodzi, daje swoje serce, próbuje przekonać do siebie i do swojej miłości. Przekonać do tego, by człowiek mając wolną wolę – zaufał Mu. By podobnie jak Maryja powiedział Bogu: „tak”. Choć On patrząc na grzech i niewierność człowieka, będąc zdradzanym i odrzucanym – mógłby człowieka zostawić i odwrócić się od niego – nie robi tego, ale kocha do szaleństwa – wbrew wszystkiemu. Tej miłości nie da się pojąć przez pryzmat ludzkiej sprawiedliwości czy rozumowania. Dlatego Bóg szuka serca człowieka. Kiedy stwarzał go na swój obraz i podobieństwo – podzielił się z nim swoim sercem i w każdym z nas jest kawałek Jego bijącego serca. Jesteśmy stworzeni z miłości i do miłości – po to żyjemy. Bóg pragnie być realnie obecny w naszym życiu i prowadzić z nami nieustanny dialog. A my bardzo często zagłuszamy Go naszymi problemami, ofiarami lub… modlitwami, które nie mają nic wspólnego z prowadzeniem dialogu. Wtedy przychodzimy do Boga, ale w relacji nic się nie dzieje. A On pragnie rozmowy, po prostu zauważenia tego, że jest.

 

Gdy byłem już w seminarium duchownym – dzięki koledze poznałem siostrę Marię z Żar. Zachęcony – pojechałem na spotkanie z nią. Ona pokazała mi swoim życiem (podczas wielu spotkań, rozmów, wspólnej modlitwy) – co to znaczy, że Bóg jest, że jest realnie obecny „tu i teraz”. W jej życiu wszystko miało odniesienie do Boga. Była wrażliwa na Jego poruszenia i natchnienia – podobnie jak w przypadku apostołów, którzy byli w swoim życiu prowadzeni przez Jezusa. Aby tak żyć – trzeba mieć przemienione serce. Szczególnie – jeśli chodzi o posłuszeństwo. Serce, które nie jest przemienione, nie jest pokorne – nie będzie posłuszne, bo „pycha się wpycha”. Gdy człowiek zapomina o Bożej obecności, to automatycznie stawia na pierwszym miejscu siebie – swoje poglądy, racje, swoje „ja”. Wtedy robi, co sam uważa. Ktoś kto ma przemienione serce – postępuje tak, jak Bóg mu mówi, słucha Jego racji. Taką osobą była siostra Maria, która także wtedy, gdy doświadczała osobistego krzyża – choroby, odrzucenia, niezrozumienia – trwała przy Bogu, a On kształtował jej serce, także przez te trudne wydarzenia, by mogła żyć z Nim w jedności. Dodam na marginesie, że w naszym życiu to doświadczenie własnej słabości bardzo często pozostaje niewykorzystane. Wtedy – zamiast zawierzenia Bogu – rodzi się w nas frustracja i rozczarowanie sobą, a niejednokrotnie złość na siebie. Jednak nie cierpimy wtedy z powodu naszego braku miłości do Boga, ale z powodu zburzonego obrazu samych siebie, który skrupulatnie budowaliśmy – mocnych, pobożnych, dojrzałych duchowo. A Bóg pragnie, aby człowiek choć trochę spokorniał – to jest ta łaska ukryta w takich wydarzeniach – byśmy zaczęli bardziej ufać Bogu, a mniej sobie, byśmy dojrzewali w swojej słabości. Pan Jezus – już za nie umarł, już je pokonał. Siostra Maria – w swojej idei apostolstwa miłości – to właśnie starała się przekazać tym, których spotykała. Miała w swoim pokoju obraz przedstawiający serce Pana Jezusa i zawsze, wracając do domu, szła, by się z Nim spotkać. Tam oddawała Mu wszystko, pytała, co Jemu się nie podoba. A On mówił jej o swojej miłości. Powiedział także, dlaczego właśnie ją powołuje w tak szczególny sposób: bo ona nigdy nie mówiła Mu „nie”. Choć żyła normalnie, w zwyczajnym domu, jako matka i żona pięciorga dzieci. I w tym, w czym żyła – jej serce było otwarte na Boga, Ducha Świętego i Jego poruszenia. O to właśnie chodzi w chrześcijaństwie i w naszym życiu – aby Duch Święty mógł w nas swobodnie działać – wcale nie o to, byśmy byli niewiadomo kim, ale by On mógł posługiwać się tą „gliną”, którą jesteśmy. Dopiero wtedy możemy doświadczyć pełni szczęścia. Faktycznie – to nasza pycha, a nie okoliczności, komplikuje nam życie i sprawia, że jest ono trudne i ciężkie (wcale nie dlatego, że Bóg tak chce i że taka jest Jego wola). Kiedy patrzymy na świętych – widzimy, że w ich życiu nie brakowało cierpienia, a jednak byli oni bardzo szczęśliwymi ludźmi i nie zamieniliby swojego życia na żadne inne.

 

Bóg przez te trudne wydarzenia chce oczyszczać nasze serce, chce byśmy stawali się bardziej Jego, byśmy nie dzielili życia i spraw na „nasze” i Jego. Tak jak w przypadku apostołów – Jezusowi chodziło o to, by oni szli za Nim, a On za nimi. Nie było tak, że oni mieli genialny plan, a Jezus na to przystawał. Działanie apostołów wynikało z tego, co mówił do nich Jezus, jak planował i jak decydował. Ten „zwrot” ma się dokonać w życiu każdego z nas i taki dokonał się w życiu siostry Marii – tak zawierzała swoje życie Jezusowi i Duchowi Świętemu. Dzięki temu – sam od niej wiele otrzymałem, także we wspólnym służeniu (prowadzeniu rekolekcji czy posłudze modlitwą wstawienniczą). Gdy Maria rozmawiała z osobami, które do niej przychodziły – nie wypowiadała ani jednego zbędnego zdania. Każde zadane pytanie trafiało w sedno życia danego człowieka, podobnie jak udzielane rady. Czasem aż ciarki przechodziły, gdy się tego słuchało. W jej słowach była mądrość, moc i obecność Boga. Od niej, po raz pierwszy w życiu, dowiedziałem się, że trzeba się spowiadać z niewierności Duchowi Świętemu. I tutaj nie chodzi jedynie o nazywanie zaniedbanego dobra, ale o utrzymywanie osobowej relacji z Nim, nastawienie serca i słuchanie. Taka postawa daje nam wolność – zamiast bić się ze sobą i myślami w różnych trudnych sytuacjach – po prostu możemy zdać się na Boga. Oczywiście to nie zwalnia z używania rozumu, ale uzdalnia do używania rozumu oświeconego wiarą. Dla mnie to oznacza uznanie obecności Jezusa we wszystkim, i tego, że On ma swoje zdanie na każdy temat. My możemy Go o to zdanie zapytać, ale możemy je także zignorować. Tego właśnie nauczyłem się od siostry Marii. Do tego momentu Jezus był dla mnie Kimś nieosiągalnym, Kimś – kogo trudno dotknąć. Dzięki jej posłudze, jej modlitwie, ale także doświadczeniu Odnowy Charyzmatycznej – Jezus mógł wejść do mojego życia i do mojego serca, a ja teraz mogę Go doświadczać przez cały czas. Wiem, że w każdej chwili mogę (choć nie muszę) z Nim porozmawiać, zapytać Go o wszystko, prosić o wszystko. Mogę doświadczać Jego miłości. Mogę pozwolić, by w każdej sekundzie życia czymś mnie obdarowywał – łaską, miłosierdziem, sobą. Ale On jednocześnie oczekuje, abym i ja odpowiedział miłością na to obdarowanie. Nie tylko mówił „dziękuję” (to dużo za mało), ale i dawał serce a wszystko, co robię – robił z miłością. Zewnętrznie to niewiele zmienia, bo obowiązki wypełniam te same, ale chodzi o postawę serca. To droga do bliskiej więzi z Jezusem, której uczyła siostra Maria. Uczyła także dostrzegania Boga w różnych okolicznościach i sytuacjach, które człowieka spotykają. Zdarza się, że gdy coś nie dzieje się po naszej myśli (nie realizują się nasze plany i zamiary) – denerwujemy się, oskarżamy innych, skupiamy się na zewnętrzności (nie taka rodzina, nie taki sąsiad, mąż, człowiek z pracy, korek na ulicy). A przecież we wszystkim – w takim czy innym wymiarze – jest obecny Bóg, który jest ponad wszelkim złem. Zauważmy, że w krzyżu, który był złem i cierpieniem – ukryte było największe dobro tego świata. Cała rzecz w tym, by umieć je zauważyć. Nieraz, gdy ktoś przychodził do siostry Marii i skarżył się jej, ona pytała: „A czy Pan Bóg o tym wie?”. Gdy ktoś odpowiadał, że wie, ona mówiła: „A to znaczy, że On to wszystko ogarnie, Ty Mu zaufaj”. Takiego właśnie zaufania uczyłem się od tej kobiety. W wielu trudnych okolicznościach – razem szukaliśmy woli Bożej.

 

Najtrudniejszy z takich momentów nastąpił krótko przed jej śmiercią, gdy zachorowała na ciężkie zapalenie płuc. Modliliśmy się, robiliśmy wszystko, co jest możliwe, ściągnęliśmy znajomego lekarza. Nie dawał nadziei, ale zostawił recepty. Maria na to odparła, że zapyta Pana Jezusa, co ma zrobić. Modliła się, sięgnęła po Słowo Boże i stwierdziła, że On nie chce, by brała te leki. Poprosiła o Mszę świętą i sakrament namaszczenia chorych. Na drugi dzień była zdrowa. Pokierowała się bardziej głosem Boga, niż zdrowym rozsądkiem (choć oczywiście nie umniejszała jego znaczenia). Dla Marii to nie było działanie na „chybił trafił”, ale oparcie się na Bogu, by Mu zaufać, by postawić wszystko na „jedną kartę”. Po ludzku była osobą lękliwą, ale jeśli chodzi o wolę Boga – nigdy się nie wahała – dla niej nie było nic ważniejszego. I nawet, gdy była bardzo chora – gdy nie mogła spać, gdy się dusiła – pozostawała otwarta na Ducha Świętego. Podobnie przeżywała myśl o swojej śmierci – że idzie na spotkanie z Kimś, kogo bardzo kocha. Czy myśl o takim spotkaniu może smucić? Uprzedzała, że nie chce, by nosić po niej żałobę. To co trudne staje się łatwe, gdy człowiek przekracza próg, by doświadczyć realnej obecności Jezusa. Jeśli tego nie ma – łatwo Go sprzedać nawet za butelkę piwa, bo nie jest On kimś ważnym czy cennym. Życie w prawdziwej relacji z Bogiem nigdy nie jest nudne, nigdy nie jest szare. Oczywiście nie zawsze płynie „na fali”, ale zawsze z Nim. W kontekście spotkania siostry Marii zacząłem sam sobie zadawać pytanie: jak często w ciągu dnia przywołuję Ducha Świętego? Dzięki temu doświadczam, że im bardziej Go przywołuję – tym bardziej jest obecny w moim życiu i przymnaża pokoju, radości, światła, miłości, Bożej łaski. To powoduje, że nasze życie nabiera „napędu” jak łódka z żaglem przy dobrym wietrze. Jeśli nie – to tak jakbyśmy napędzali ją wiosłami przy użyciu własnych sił. Czy nie czuć wtedy różnicy?

 

Maria Jurczyńska (1919-1996) zwana siostrą Marią (żona i matka pięciorga dzieci), od końca lat 70. zaangażowała się w Odnowę w Duchu Świętym. Była liderką grupy Odnowy w Żarach i Koordynatorką Odnowy w diecezji gorzowskiej. Zakładała i wspierała rozwój wielu grup modlitewnych, prowadziła rekolekcje w seminariach diecezjalnych i zakonnych, służyła setkom osób (duchownych i świeckich) w kierownictwie duchowym i modlitwą wstawienniczą.

Wejdź na: www.domrekolekcyjnyzary.pl

 

 

 

 

Szum z Nieba nr 112/2012

 

 

 

 

 

 

Szczególnie polecamy książkę autorstwa Marii Jurczyńskiej - Modlitwa wstawiennicza - tutaj!

 

 

 

 

(zamieszczono 2012-08-05)