Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości 

Miłość wymaga, by ewangelizator był pogodny i radosny: Nie może wyglądać jak skwaszony ogórek, musi przezwyciężać siebie, a w momentach ciężkich, gdy już nie możemy dać sobie rady ze sobą i jesteśmy specjalnie trudni dla ludzi, jest jeszcze wyjście: albo się pomodlić, albo iść się przespać. Ale ludziom lepiej w takich sytuacjach na oczy się nie pokazywać, by nie powiedzieli o nas: A to jędza!

kard. Stefan Wyszyński (Warszawa, 6.08.1964)

 

Bp Joseph Grech

Bp Joseph GrechBiskup Joseph Grech jest z pochodzenia maltańczykiem, ale święcenia kapłańskie przyjął w Australii. Od 1993 r. jest duszpasterzem Odnowy Charyzmatycznej w Melbourne, a w 2001 r. został członkiem ICCRS jako reprezentant Oceanii. Jest bardzo żywiołowym mówcą. W 2002 r. prowadził w Częstochowie Konferencję dla Liderów. W 2007 r. będzie głównym gościem Forum Charyzmatycznego w Łodzi.

 

Poniżej rozmowa z Księdzem Biskupem przeprowadzona w 2002 r.

- Zainspirowało mnie to, co Ksiądz Biskup powiedział o formacji kleryków w swojej diecezji – że jednym z jej elementów jest Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym. Skąd taki pomysł?

W ostatnim czasie nie mieliśmy nowych powołań, więc od chwili objęcia swojej diecezji, ok. 18 miesięcy temu, starałem się pracować w kierunku powołaniowym. Dzięki Bogu w tym roku były już trzy, wiem już o jednym w przyszłym roku i przygotowujemy dwóch młodych ludzi do przyjścia do seminarium za dwa lata. Jestem całkowicie świadomy, że seminarzyści, którzy poszli w tym roku, dają z siebie wszystko. Potrzebuję księży, którzy będą „płonęli” dla Chrystusa, bo takich kapłanów potrzebują wierni. Do tego konieczna jest osobista relacja z Chrystusem i przeżywanie z pasją swojej wiary, skoro Bóg tak nas ukochał, że zesłał nam Jezusa. Przeżywanie wiary z pasją można porównać do zakochania. Gdy się zakochasz – serce ci tańczy, nie można kochać i pozostawać biernym, gdy dzieje się coś tak ważnego. I nawet gdy przeżywasz trudne chwile w danej relacji, coś istotnego wiąże cię z tą osobą.

Dla mnie wiara to coś bardzo podobnego – żywa relacja z Jezusem Chrystusem, który jest w nas zakochany i pragnę zachęcać do niej innych. Co lato zapraszam swoich seminarzystów, by w pierwszym tygodniu wakacji zamieszkali u mnie. Mamy mszę, modlitwę brewiarzową, jemy razem posiłki, rozmawiamy, dzięki czemu mogę ich uczyć tego, co sam umiem. Przede wszystkim jak służyć w mocy Ducha Świętego, ponieważ właśnie my, księża mamy być przykładem takiej służby. Przez pierwszy tydzień takich wakacji przeprowadzam nowym klerykom Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym – staram się zmieścić cały kurs w ciągu tygodnia. Na zakończenie modlę się nad nimi w kaplicy o chrzest w Duchu Świętym. Choć wcześniej wyjaśniam im jego znaczenie, to nie mówię o skutkach. Zaczynamy się modlić. Nagle ktoś mówi: „Zaraz zemdleję. Nie wiem, co się ze mną dzieje”. Uspokajam: „Nie bój się, już ci mówię, co się dzieję”. Inny po chwili: „Nie wiem dlaczego, ale zrobiło mi się strasznie gorąco”, więc wyjaśniam, co się dzieje. Doświadczając tego tak namacalnie, później rozpoznają owoce tego wydarzenia, więc zmienia się ich podejście do życia duchowego. Widzę, jak coraz mocniej opierają swoje życie o to, czego uczy Pismo Święte i Kościół, nie boją się modlić z ludźmi, mówić do nich z serca, są wytrwali w modlitwie. Stają się takimi księżmi, jakich potrzebuje moja diecezja, a wierzę, że i cały Kościół. Spragnieni świętości i żarliwi w sprawach Boga – nie wstydzą się tego przed innymi.

- Co zmienił chrzest w Duchu Świętym w życiu kapłańskim Księdza Biskupa?

Uważam się za szczególnie pobłogosławionego, ponieważ o chrzest w Duchu Świętym modlił się nade mną mój proboszcz. Zauważyłem, że rzadko widzimy księży modlących się nad sobą. Swobodnie czujemy się modląc się nad innymi, błogosławiąc ich, ale rzadko modlimy się nad sobą nawzajem. Mój proboszcz był dla mnie prawdziwym ojcem, więc kiedy rozpocząłem swoją drogę kapłańską – natychmiast wziął mnie na bok i pomodlił się nade mną. Co się wtedy zmieniło? To, że czułem ciepło w sercu za każdym razem, gdy przychodziłem do Jezusa. Mogę to porównać jedynie z sytuacją zakochania: nie da się wytłumaczyć, dlaczego serce ci tańczy i śpiewa. Dlatego moja posługa zmieniła się, ponieważ jako wikariusz – oprócz normalnego sprawowania sakramentów – spędzałem większość swojego czasu modląc się z ludźmi, zakładając grupy modlitewne. To była moja posługa. Gdy jesteś tak blisko ludzi, widzisz moc Bożą przejawiającą się w różnorodny i zdumiewający sposób. Mam nadzieję, że teraz będąc biskupem nie utracę tego daru – nadal czuję się młody sercem, ponieważ... to jest sprawa miłości. W miłości wiek nie gra roli, nawet dobiegając setki nadal będziesz nią podekscytowany. Tylko tak mogę to wyjaśnić.

- Kto był pierwszą osobą, która zauważyła zmianę?

Moja mama. Dawniej byłem bardzo nieśmiały (to co widzisz dzisiaj, to efekt Bożego „cudu”, bo naprawdę byłem straszliwie nieśmiały). Mój ojciec zmarł gdy byłem małym dzieckiem, a byłem najstarszy z rodzeństwa. Wraz ze śmiercią ojca coś we mnie umarło. Opanowała mnie nieśmiałość, nie potrafiłem nawiązywać relacji z innymi, więc uciekałem w książki. Nigdy nie miałem problemów na egzaminach, ale z ludźmi... Toteż gdy po doświadczeniu chrztu w Duchu Świętym odwiedziłem mamę na Malcie, zapytała: „Co się z tobą stało?” Opowiedziałem i pomodliliśmy się razem. Ale sam byłem już świadomy tej zmiany, ponieważ Pan daje zdrową pewność siebie człowiekowi, który pracuje w Jego dziele. A polega ona na docenieniu tego, kim jesteś jako syn lub córka Boża. Odtąd nic nikomu nie musisz udowadniać, np. że jesteś godny miłości, bo wiesz, że jesteś. Bóg cię stworzył, kropka. A On nie robi byle czego, on stwarza ludzi dobrych. Czasami uświadomienie sobie tego zajmuje trochę czasu, ze względu na nasze zranienia z przeszłości, ale poznanie Jezusa jest uzdrawiające! Ja również, z powodu śmierci ojca, musiałem przejść przez proces uzdrowienia, ale było to wspaniałe doświadczenie. Dlatego dziś już nie boję się wchodzić w relacje z ludźmi, ponieważ wiem, że jeśli to mnie się przydarzyło, to jest to możliwe także dla nich. Nie jestem wyjątkiem, proces uzdrowienia dotyczy wszystkich.

- Co było największym wyzwaniem dla Księdza w jego posłuszeństwie Duchowi Świętemu?

Największym wyzwaniem jest samo posłuszeństwo! Ale podam przykład. Kiedy wykonujemy jakąś pracę przez kilka lat i zaczynamy się czuć w niej bardzo wygodnie, to gdy poproszą nas o zrobienie czegoś innego, stawiamy opór. Nie pamiętamy wtedy, że gdy Bóg powołuje nas do czegoś, czego nie chcemy podjąć, to obdarza nas swoim błogosławieństwem. O tym w ogóle bardzo często zapominamy.

Dla mnie największym wyzwaniem było, gdy po kilku kadencjach pełnoetatowego duszpasterzowania Odnowie Charyzmatycznej w naszej archidiecezji w Melbourne – poproszono mnie, żebym zajął się seminarium. Miałem opory, bo w Odnowie im więcej ludziom dajesz – tym bardziej pragną Boga. A w seminarium? No cóż, nie zawsze... Ale gdy poszedłem tam, dokąd pierwotnie nie chciałem, zobaczyłem jak Bóg błogosławił mnie i mojej posłudze. Zdecydowanie też zmalała moja tendencja do „walczenia” z Bogiem (bo to nie jest tak, że On zawsze wygrywa), oczywiście nadal czasami „walczę”, ale już rzadziej.

- W jaki sposób broni się Ksiądz Biskup przed przepracowaniem, wypaleniem? Ludzie bardzo zaangażowani w posługę innym mają tendencję do tracenia równowagi w przyjmowaniu na siebie kolejnym obowiązków.

To dobre pytanie, ponieważ rzeczywiście czasami czuję się straszliwie zmęczony. Dlatego od czasu do czasu postanawiam: „Jutro spędzam dzień na odpoczynku”. Staram się dbać o sport gdy tylko mogę i o to, by co tydzień mieć dzień wolny. Jest to równie ważne jak posługa. Największą trudnością w takim zachowaniu harmonii jest poczucie winy: „Nic dziś nie zrobiłem. Muszę być cały czas zajęty, bo inaczej marnuję czas”. To pułapka. Mam nadzieję, że już przez nią przeszedłem.

Dlatego gdy przyjeżdżając tu na konferencję, myślami nadal jestem w swojej parafii (o mój Boże, powinienem zrobić to i tamto) – zatrzymuję się: „O czym ty mówisz, przecież nie jesteś niezastąpiony. Gdybyś jutro umarł, w parafii nadal wszystko będzie się toczyć po swojemu”. Myślę, że jest to też kwestia dyscypliny: gdy pracujesz, rób to jak najlepiej, ale potem potrzebujesz odpoczynku. Dlatego ważne jest planowanie go. Potrzebujesz też dobrych przyjaciół oraz czasu spędzonego na robieniu rzeczy, które cię inspirują. Na przykład ja mam słabość do samolotów, więc czasem jeżdżę na lotnisko, biorę lornetkę i przez godzinę obserwuję starty i lądowania. To mi pomaga utrzymać równowagę pośród wielu wyczerpujących zajęć.

- Jaka jest Księdza misja osobista, istota Księdza powołania?

Zachęcać ludzi, by pragnęli więcej w swojej relacji z Bogiem. Nie poprzestawali na małym, ale odważyli się na wielkie marzenia związane z Nim. I nosili w sobie wielkie pragnienia, ponieważ Bóg się z nami nigdy nie zabawia, nie marnuje naszego czasu. Nie po to tyle przecierpiał na krzyżu za ciebie i za mnie, żeby poprzestawać na drobnych zmianach. Ale wiem, że mam się zajmować także małymi rzeczami i wykonywać je bardzo dobrze (patrz św. Teresa z Lisieux), a nawet wyjątkowo dobrze. To także element mojej misji, przekładalny na wszystko, co robię. Więc gdy rozmawiam z kimś, muszę poświęcać mu całą uwagę, bo tego wymaga jego godność jako stworzenia Bożego. Nie rozmawiam przecież z byle kim, rozmawiam z człowiekiem, z dzieckiem samego Boga. Świadomość godności każdego z nas pomaga mi rozmawiać z tymi, których nie lubię, którzy są uciążliwi, których bym najchętniej udusił...

Także podczas tych pięciu dni spędzonych w Częstochowie wiedziałem, że Bóg pragnie, abym dał z siebie jak najwięcej. On zawsze pragnie czegoś wielkiego dla wszystkich, więc nie wystarczy, że będę miły, elokwentny i pocieszający. Mam pomóc innym zapłonąć.

Rozmawiała: Anna Lasoń-Zygadlewicz

© Szum z Nieba nr 54/2002

 

Artykuły Ks. Biskupa Josepha Grech dostępne w sieci:

- - - - - Nie siłą naszą, lecz mocą Ducha Świętego - - - - -

 

 

Dim lights Embed Embed this video on your site