Moje sam na sam z Bogiem

Osobistej modlitwie trzeba pozostać wiernym. To że Pan przemawia do mnie – małego, zwykłego człowieka jest niewątpliwie łaską. Ale ja muszę dać Mu przestrzeń, żeby cokolwiek usłyszeć.

 

Co mamy czynić ...

Odnowę w Duchu Świętym trudno jest zdefiniować. Niektórzy twierdzą, że to jeden z wielu ruchów kościelnych. Inni – iż to nie żaden ruch, ponieważ trudno jest znaleźć założyciela, struktury organizacyjne są stosunkowo różnorodne, a wreszcie historia wskazuje na rozwój niezależny od działań jakiejś konkretnej grupy stojącej na czele. Zwolennicy tej koncepcji wolą nazywać Odnowę „nurtem łaski” przepływającym przez Kościół, mającej odnowić go duchowo. Rzeczywiście – znakomita większość najważniejszych inicjatyw charyzmatycznych w ciągu czterdziestu pięciu lat jej istnienia wskazuje na duchowe zaangażowanie, np. różne formy modlitwy wstawienniczej, ewangelizacja, wspólnotowa modlitwa chwały z objawianiem się wielu charyzmatów, odkrycie na nowo Słowa Bożego, stawianie czoła mocom ciemności itp. Jednak pomimo tego ludzie z Odnowy mają swoje problemy – nie zawsze potrafią odnaleźć się w realnym życiu: czy to z powodu trudności z realizacją powołania życiowego, czy z powodu kłopotów z pracą, czy problemów w relacjach z innymi ludźmi – i tak można by jeszcze długo wymieniać. Ważniejsze niż samo wymienianie jest to, że osoby nie potrafią zdiagnozować, dlaczego tak się dzieje. Często w swoich posługach duchowych pytają Boga, „co mamy czynić” i ... otrzymują konkretne odpowiedzi. Natomiast w tzw. codziennym życiu nie wychodzi to za bardzo.

 

Pewna słabość

Z mojego doświadczenia, ale i z relacji ludzi o podobnych problemach, widzę pewną zgodność. Trudno zarzucić charyzmatykom (którzy, przypomnijmy, są w głównej mierze zaangażowani w działania duchowe) brak modlitwy. Jest jednak w tym wszystkim zauważalna pewna słabość. Otóż rozmawiam z pewnym naukowcem z Odnowy, który właśnie zaangażowany jest w pisanie rozprawy habilitacyjnej, i skarży się, że go to wykańcza i ma wszystkiego dosyć. Cieszy się cotygodniowym spotkaniem modlitewnym, bo tam spotyka się „z innym życiem” w porównaniu z codziennością zatopioną przed ekranem komputera, na którym powstaje najważniejsze jak dotąd jego dzieło. To co robi na co dzień, nie cieszy go już wcale. Rozmawiam z piękną dwudziestokilkuletnią dziewczyną przeżywającą rozterki dotyczące wyboru stanu życia. Niby wie już, jaki jest jej wymarzony mąż, z którym chciałaby mieć dużo dzieci. Cały czas jednakże nie jest pewna, czy aby na pewno nie powinna poświęcić swoich, pielęgnowanych od lat marzeń o udanym małżeństwie. W końcu, jak mówi, „wciąż się modli”, każda chwila jej życia „wypełniona jest wołaniem do Pana”. Może to oznaczać, że „przeznaczone” jej jest życie zakonne? Nie daje jej to spokoju i odbiera radość choćby z tego, że ma ogromne powodzenie u chłopaków. Skarży mi się też pewna doświadczona animatorka. Wiek prawie 50, uczestniczka różnych konferencji, spotkań, bardzo zaangażowana w życie swojej grupy modlitewnej. Ale oto jej dorastająca i prawie samodzielna życiowo córka, którą sama wychowywała przez lata, przeżywa okres buntu wycelowanego przede wszystkim w Kościół. Animatorce odbiera to całą radość posługiwania i powoduje w niej nieustająca zgryzotę i niepokój co do przyszłości jedynej córki. Można by jeszcze wspomnieć o doświadczeniu pewnego wieloletniego uczestnika spotkań modlitewnych, któremu przestało się układać z żoną. Jest bardzo zapracowany, ponieważ chce zarobić na wymarzony dom poza miastem. Z tego powodu nawet rozluźnił swoje związki z grupą modlitewną. Jednak im bliżej jest celu (czyli zgromadzenia odpowiednich funduszy), tym odleglejsza wydaje mu się najbliższa osoba. Próbuje się modlić w tej intencji, ale efektów nie widzi – żona zaczyna mówić o rozwodzie. Poza tym cały czas w myślach przewalają mu się sceny z życia zawodowego, pochłaniającego go w całej pełni. W takiej sytuacji praktycznie nie potrafi się skupić na niczym duchowym. Właściwie stoi przed decyzją, by zaprzestać modlitwy, skoro tego nie czuje. Kiedyś było inaczej ... Wszystkie te rozmowy, tak różne w swoim wydźwięku, miały jednakże wspólny mianownik. Otóż doszło w nich do pytania: „A co na to Pan?”. Wszak miałem do czynienia z ludźmi z Odnowy, czyli żyjącymi duchowo. Odpowiedzi brzmiały kolejno: „nie mam czasu na modlitwę w domu!”, „co mi jest jeszcze potrzebne, skoro cały czas się modlę?”, „to jak ja mam się modlić?”, „nie mogę się skupić i nie widzę efektów mojej modlitwy”. Okazało się więc, że we wszystkich przypadkach duchowi ludzie błąkają się w ciemnościach. Żyją duchowo i nawet bywają zaangażowani w różne posługi, a jednocześnie nie mają pojęcia, że Bóg może do nich mówić na temat ich życiowej sytuacji i problemów, które nikogo nie omijają na tym świecie. Brakuje spotkania sam na sam z Panem i porozmawiania w ważnych dla nich sprawach.

 

Usłyszeć głos Ducha Świętego

W tym miejscu należy poczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, każdy rodzaj podejmowanej modlitwy jest dobry. Kościół Rzymskokatolicki jest w tym względzie bardzo otwarty i pokazuje wiele możliwości. Znam osoby, które za swoją główną modlitwę osobistą przyjęły codzienną Eucharystię i jest to dla nich święty czas przeżyty na głębokim słuchaniu tego, co mówi do nich Bóg. Ale znam i takie, dla których liczy się przede wszystkim różaniec, rozumiany wręcz jako modlitwa kontemplacyjna. Są inni – rozkochani w Słowie Bożym. Zgłębiają je, bądź na medytacji, bądź na wiernym odprawianiu liturgii godzin, bądź na rozważaniu w myślach tego, co daje „Słowo dnia”. Jeszcze inni nie wyobrażają sobie świata bez adoracji Najświętszego Sakramentu. Można by tak wymieniać długo. Ważne przy tym, aby się nie pokłócić, co jest lepsze. Nie o to chodzi. Chodzi raczej o to, żeby usłyszeć w tej modlitwie głos Ducha Świętego.

 

Sposób przemawiania Boga do ciebie

Dla mnie osobiście bardzo „wstrząsające” było pewne kazanie, które usłyszałem na początku lat 90. Kaznodzieją był o. Józef Kozłowski, odprawiający wówczas cotygodniowe parafialne Msze św. dla dzieci w niedziele. Maluchy były oczywiście entuzjastyczne, gdy pytał, czy one odkryły już „sposób przemawiania Boga do nich”. Podnosiły rączki i wykrzykiwały. Ale widać było, że żaden z nich nie rozumiał nic z tego, co mówił kaznodzieja. Potwierdzały to ich odpowiedzi. Jednak dla mnie, siedzącego w głębi kościoła i słuchającego tego pytania, to było objawienie!!! Zacząłem sobie zadawać pytanie, czy ja wiem, jak przemawia do mnie Pan. I odtąd pytanie to jest obecne we mnie bardzo mocno. Pozornie nieudane kazanie dla dzieci stało się jednym z ważniejszych, które pozostawiło we mnie trwały ślad. Muszę odkryć sposób przemawiania Boga do mnie!!!

 

Trud wierności

Drugie zastrzeżenie jest następujące: trzeba w osobistej modlitwie pozostać wiernym. To że Pan przemawia do mnie – małego, zwykłego człowieka jest niewątpliwie łaską. Ale ja muszę dać Mu przestrzeń, żeby cokolwiek usłyszeć. Wygląda na to, że cały czas toczy się walka o wytrącenie chrześcijanina z jego rozmowy z Bogiem twarzą w twarz. I nie chodzi o niewiadomo jakie ataki duchowe. Jestem pewien, że niektórzy demonizują rzeczywistość w tym względzie. W moim przypadku trudnością na samym początku było to, że miało być regularnie i codziennie. Już samo pomyślenie sobie o czymś takim powodowało reakcję negatywną. Jak młody student, pełen życia, mieszkający w akademiku (czyli „oazie wolności”) może narzucić sobie rygor stawania przed Bogiem na koniec dnia przez godzinę (bo na godzinkę umówiłem z Panem)? Była przecież nauka, imprezy, spotkania z ludźmi, gra w brydża do późna w nocy i wiele innych, ważnych przecież spraw. Jak po tym wszystkim miałem się regularnie modlić, skoro cechą charakterystyczną młodości jest ... nieregularność? Ale mimo wszystko zacząłem i gdy już zacząłem, to okazało się to możliwe. Później jednak pojawiło się niepokojące pytanie, jak mam się modlić. Jest przecież tyle rodzajów modlitwy, o których nasłuchałem się dobrych nauczań. A ja w ciągu umówionej z Bogiem godziny nie byłem w stanie nawet dotknąć wszystkiego tego, co było niewątpliwie dobre. Wtedy z pomocą przyszło wspomniane już kazanie ze wskazówką: „wybieraj taki rodzaj modlitwy, w którym usłyszysz przemawiającego do ciebie osobiście Boga!”. I wtedy wiedziałem, iż trzeba się skupić na Biblii, a potem jeszcze doszedł ignacjański rachunek sumienia. Te dwa elementy pozostały na stałe do dziś, choć wszystkie inne ulegały i ulegają zmianie. Później momentem ataku duchowego było spotkanie z pewną natarczywą niewiastą, przekonującą mnie gorliwie do różańca. Mimo prób nie odnajdywałem się w tym, lecz z drugiej strony słuchałem powtarzającego się nalegania sprowadzającego się do tezy, że bez różańca, to w ogóle nie będę w stanie wyprosić u Boga żadnej łaski. Wprowadzało to przez długi okres poważne zamieszanie w moje życie duchowe. Nie wątpię, że ta osoba chciała dobrze, tyle że swoją misyjną gorliwość wykorzystała niezbyt trafnie. Następnym punktem zwrotnym był ślub, czyli znowu coś dobrego. Spotkałem osobę wierzącą i modlącą się, ale ... inaczej niż ja. I trzeba było jakoś się dogrywać. A poza tym pogodzić życie modlitewne z ... małżeńskim. Teraz inaczej już wyglądały wieczory i czas przed snem. Okazało się to nie lada wyzwaniem, z którym zapewne boryka się wielu małżonków, szczególnie młodych stażem. Gdy dodatkowo z czasem pojawiły się dzieci, to raptem czasu zrobiło się jeszcze mniej. To wszystko pokazuje, że sam-na-sam każdego człowieka z Bogiem jest zagrożone zawsze! I pozostanie mu wiernym, co do umówionego czasu modlitwy, jest poważnym wyzwaniem. Łatwo się z tego zwolnić raz, potem drugi, a potem jest już tylko łatwiej. Powrót natomiast zawsze kosztuje – to konkretny wysiłek. Po każdym potknięciu czy upadku było mi trudniej niż przed.

 

Droga powrotu

Powracając teraz do wspomnianych osób z trudnościami, przesadą byłoby twierdzenie, że brak modlitwy osobistej lub pewna nieudolność w tej materii było główną przyczyną ich kłopotów. Na pewno nie. Natomiast fakt, że nie podejmowały kroków, aby z trudnych dla siebie sytuacji wyjść, to już realny problem. Z kolei dróg wyjścia nikt godny zaufania nie wskazywał, albo nikt tego Kogoś, kto władny był podpowiedzieć dobre rozwiązanie, nie słuchał. A przecież byli to ludzie z Odnowy, podejmujący życie duchowe!

 

Ucieczki od życia

Na zakończenie wspomnieć warto o jeszcze jednej pułapce. Ważne jest, by pamiętać, że człowiek świecki nie może przesadzać z czasem poświęcanym na modlitwę. Może dla niektórych jest to obrazobórcza teza. Wszak co może być piękniejszego od przebywania „w cieniu Najwyższego” (Ps 91,1). Ale jeśli ktoś wybrał życie świeckie, to jest stworzony do życia w tym świecie, a nie obok niego. Jest przeznaczony do aktywności i działania. Niektórzy nietrafnie interpretują historię o Marii, która „obrała najlepszą cząstkę” i Marcie, krzątającej się wokół stołu (Łk 10, 38-42). Trzeba wykonywać określone obowiązki, a nie „uciekać” od nich, mówiąc, że właśnie muszę się pomodlić, czyli uczynić coś najważniejszego i najlepszego. Jeśli rodzice nie zrobią dzieciom kanapek do szkoły, nie sprawdzą odrobionych lekcji i nie załatają wydartych kolan w spodniach, to dzieci będą chodziły głodne i zaniedbane. A to będzie odpowiednim świadectwem o „rozmodlonych” rodziców.

Dariusz Jeziorny

 

 

Szum z Nieba nr 111/2012

 

 

 

 

Polecamy konferencję autora artykułu  -  "Osobista modlitwa charyzmatyka" (Seria Charyzmatyka) - tutaj!

 

 

 

 

 

(zamieszczono 2012-06-05)