Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 63 gości 

Miłość wymaga, by ewangelizator był pogodny i radosny: Nie może wyglądać jak skwaszony ogórek, musi przezwyciężać siebie, a w momentach ciężkich, gdy już nie możemy dać sobie rady ze sobą i jesteśmy specjalnie trudni dla ludzi, jest jeszcze wyjście: albo się pomodlić, albo iść się przespać. Ale ludziom lepiej w takich sytuacjach na oczy się nie pokazywać, by nie powiedzieli o nas: A to jędza!

kard. Stefan Wyszyński (Warszawa, 6.08.1964)

 

To nie lęk jest moim Panem

Nie ma ludzi, którzy niczego się nie boją. Jeśli tak twierdzą, to znaczy, że boją się przyznać, że jest inaczej, lub brakuje im zdrowego rozsądku. Spotkanie z własnym lękiem może być w naszym życiu doświadczeniem Dobrej Nowiny, bo Bóg ma moc nas od niego uwolnić. On może wszystko! Nie zdarzyło się jeszcze, by ktoś, kto Mu zaufał – źle na tym wyszedł.

 

Uczucia i emocje są poza wartościowaniem moralnym, ponieważ nie są zależne od nas. Po prostu pojawiają się lub nie, a my nie mamy na to wpływu. Nie są też częścią naszej tożsamości, częścią nas samych. Dlatego nie trzeba się z nich spowiadać, a niestety wiele osób to robi. Zdarza się, że na pewnym etapie rozwoju duchowego trudno jest rozpoznać konkretny grzech, a do spowiedzi wypadałoby co jakiś czas chodzić, a wtedy o czymś mówić. Lepiej jest wówczas przyznać: „Boże, nie wiem co się ze mną dzieje, ale nie widzę grzechu w sobie”, niż spowiadać się z uczuć. Zdarza się też, że grzechy główne: zazdrość i gniew mylimy z uczuciami. Tymczasem to nie o nie chodzi, ale o naszą postawę i decyzje. Czy podtrzymuję te uczucia w sobie i idę za nimi? Czy czując do kogoś gniew, wchodzę także w złe myślenie o tej osobie, osądzanie, złorzeczenie? Czy przyjmuję wrogą i zamkniętą postawę wobec tej osoby? Z drugiej strony – czy pielęgnuję dobre i pozytywne uczucia? Na przykład, czy dbam, by mieć postawę zakochania w żonie lub mężu? Czy mówię jej komplementy albo czy doceniam jego starania? To nie zawsze jest łatwe, ale na tym właśnie polega praca nad sobą i odpowiedzialność za to, co się w nas dzieje.

 

Podobnie jest z lękiem. On nieraz jest dobry, ponieważ jest naszym naturalnym obrońcą. Lęk przed egzaminem skłania nas do intensywniejszej nauki, lęk przed wypadkiem – do wolniejszej jazdy, lęk o rodzinę – do lepszego dbania o nią. Jednak, kiedy lęk zaczyna nas paraliżować, sprawia, że przestajemy się rozwijać i przyjmujemy postawę zachowawczą. Dlatego jeśli czuję, że gdzieś w życiu zatrzymałem się i stoję w miejscu – dobrze postawić sobie pytanie, czy to nie lęk mnie zatrzymał. A jeśli mam tego świadomość, ale nic z tym nie robię – to wtedy grzeszę.

 

U źródła lęku tkwi brak zaufania Bogu i skoncentrowanie na sobie. Aby to przerwać – trzeba zwrócić się ku Miłości i na nowo spojrzeć na Jezusa. Jeśli tego nie robię i patrzę na siebie i mój lęk – to on staje się większy niż wszystko inne na świecie i zaczyna nade mną panować, mieć większą moc w moim sercu niż Bóg, a moja postawa czyni Go bezsilnym.

 

Nie jest łatwo wyjść z lęku. Apostołowie także tego doświadczyli – idąc za Jezusem, przestraszyli się krzyża. Mówiąc o lęku – dotykamy tajemnicy naszego życia, dlaczego poddając się mu, uciekamy przed wolą Boga – z jednej strony potrafimy być życzliwi, pomocni, dobrzy, z drugiej – potrafimy skrzywdzić człowieka. To jest tajemnica naszej słabości, z którą możemy jedynie stanąć przed Bogiem, przyznać się do niej i prosić o moc Ducha Świętego słowami: „Panie, ratuj!”. To są właśnie te sytuacje, gdy zwracamy wzrok na Boga, pokonując w ten sposób lęk.

 

Najgorsze są sytuacje, gdy lęk paraliżuje nas do tego stopnia, że nie możemy iść za Jezusem. Jest nam źle, czujemy się nieszczęśliwi, ale jest w nas niemoc, by uczynić krok do przodu. W skrajnych przypadkach poddajemy się lękowi na tyle, że to on zaczyna nas w życiu prowadzić. Prosty przykład: ktoś może bać się dentysty na tyle mocno, że nie leczy zębów, lub nie dba o zdrowie, bo boi się operacji. Tak też może być w posłudze we wspólnocie albo podczas realizacji powołania: ktoś może odczuwać tak silny lęk, że nie podejmie się żadnej posługi, choć jest do niej zapraszany, lub też nie zakłada rodziny, bo się boi, że nie podoła związanym z nią obowiązkom. To tworzy zamknięte koło: chcę realizować wolę Bożą, ale się boję.

 

Podobnie może się dziać w relacjach, szczególnie tych bliskich. W sytuacji, kiedy zostaniemy zranieni lub oszukani, bardzo trudno jest na nowo zaufać, a lęk przed tym zaczyna w tych relacjach rządzić: latami nie odzywam się do kogoś, unikam kontaktu lub rozdmuchuję emocje. Jednocześnie, gdy Bóg zaprasza do przebaczenia – mówię „nie”. I to nie chodzi o to, że człowiek nie chce przebaczyć, ale boi się to zrobić, czuje niemoc. Co wtedy zrobić? Jest jedna skuteczna metoda, o której już wspominałem: zwrócenie spojrzenia na Jezusa. I choć wydaje się to banalnie proste – nieraz okazuje się nie do wykonania.

 

Przykład? Spotkałem pewne małżeństwo. Mąż zdradził żonę. Chcieli się rozwieść. Przyszli o tym ze mną porozmawiać. Mąż okazywał trochę skruchy, ale żona był nieugięta w braku przebaczenia. Bardzo oburzyli się, kiedy powiedziałem im, że problem jest „standardowy”. Tak, bo jeśli w tej sytuacji spojrzą na Jezusa, a nie na siebie, to za tydzień będą się całować. Zaprosiłem ich na rekolekcje ignacjańskie. Odpowiadał im ten pomysł, ponieważ tam nie rozmawia się ze sobą. Przez pięć dni milczeli, prawie się nie widywali, siadali osobno. Kiedy rekolekcje się zakończyły, oni rzucili się sobie na szyję. Taki był owoc wpatrywania się w Jezusa. A przecież można było prowadzić długie walki ze sobą, rozważać argumenty za i przeciw, dyskutować. Jezus ustawił ich ponad tym.

 

Jako duszpasterz wspólnoty stosuję czasem metodę „wywoływania do tablicy”. Celowo „wyławiam” ludzi, o których wiem, że powinni się czegoś podjąć, ale nie robią tego, i nieoczekiwanie dla nich powierzam zadanie do wykonania. To sprawia, że człowiek, z zaufania do mnie, podejmuje to, o co go proszę, bo nie ma czasu się bać. Na przykład, gdy ktoś podchodzi do mnie i prosi o modlitwę wstawienniczą, to ja wyłapuję osoby, które nie posługują, choć powinny, i to właśnie im powierzam poprowadzenie takiej modlitwy.

 

Lęk sam w sobie nie jest tajemnicą. Tajemnicą jest człowiek, ja sam. Choć każdy z nas ma inną historię życia i inne doświadczenia, to sposób wchodzenia w lęk i życie nim jest u każdego powielany w podobny sposób. Zastanawiające jest to, że będąc tak blisko szczęścia i miłości – odwracamy się i szukamy innych możliwości. I choć kolejny raz się o coś rozbijamy, kaleczymy, to ciągle powielamy te same schematy działania. Tajemnicą jest, dlaczego tak właśnie robimy: jesteśmy tak blisko Jezusa, a jednocześnie tak daleko. W tym wszystkim jednak Bóg nas nigdy nie opuszcza.

 

W dzisiejszych czasach jest wielu ludzi zalęknionych, pytających o sens życia, mających jednocześnie ogromne poczucie jego bezsensu. Ludzi, którzy bez walki oddają swoje życie, bo uznają je za coś bezwartościowego, którzy nie chcą podejmować długoterminowych zobowiązań, wiązać się w jakikolwiek sposób. Są jednak i tacy, którzy oddają życie w walce o prawdę i miłość, oddają je za coś lub kogoś wartościowego. Życie oddane z powodu lęku – marnuje się, choć trud i zmaganie się jest podobne. Nie chodzi o to, by być w życiu czymś związanym, ale by pełnić wolę Bożą, która wymaga wierności i wytrwałości. A my mamy pokusę szybkiego szczęścia, bez trudu i wyrzeczeń, bez wysiłku. Szukamy wygranej w totolotka, idealnej żony, pracy – by wszystko było na pstryknięcie palcem. A konsekwencją takiego życia jest – lęk. Lęk przed krzyżem. Modlimy się do Jezusa, jednocześnie bojąc się, aby przypadkiem czegoś od nas nie wymagał.

 

Odzyskana wolność to jednocześnie zaproszenie do działania, w znaczeniu: czynienia miłości, bo na tym polega chrześcijaństwo. Ale nie działania według własnych pomysłów, ambicji, czy zachcianek, ale na wzór Jezusa i zgodnie z Jego wolą. On powiedział: „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9, 62). Gdy ktoś tak robi, zachowuje się jak kierowca, który, jadąc samochodem, odwraca się do tyłu, by z kimś porozmawiać. Bardzo łatwo wtedy zboczyć z trasy i rozbić samochód. My jesteśmy kuszeni podobnie – by odwracać głowę od Jezusa. A wtedy okazuje się, że bezwiednie idziemy już w zupełnie innym kierunku lub stoimy w miejscu. Pytamy wtedy: „Gdzie podział się Jezus? Odszedł ode mnie? Nie czuję Go”. A to nie On odszedł.

 

Wiele osób mówi mi: „Ojciec ma taką łatwość przemawiania”. A dziesięć lat temu, gdy byłem jeszcze na studiach, każda sytuacja, gdy musiałem stanąć przed grupą ludzi i do nich mówić, powodowała stres trudny do zniesienia. Lęk mnie paraliżował. Mówiłem często Bogu: „nie chcę tego robić”, ale to zwracanie się do Niego i zawierzanie tej sytuacji spowodowało, że uzyskałem wolność. To nie stało się od razu, dopiero po półtora roku, który był dla mnie czasem wewnętrznego zmagania. To też mi pokazało, że nie ma łatwego szczęścia, ale trzeba przejść przez pewien trud, by je osiągnąć. Teraz już nie mam takiego problemu.

 

Lęk powoduje także, że zawężamy nasze pragnienia i zadowalamy się minimum. Stwarzamy własny, alternatywny sposób na życie, który nie jest pełnieniem woli Bożej, ale ucieczką przed nią. Ulegam wtedy kłamstwu, że czegoś nie mogę zrobić, a Bóg zaprasza mnie do czegoś niemożliwego. A On nigdy nie daje człowiekowi zadania, którego ten nie mógłby zrealizować. Cała rzecz w tym, by nie działać samemu, ale przy pomocy Ducha Świętego, który jest odpowiedzią na naszą słabość. Pamiętajmy, że Bóg zawsze będzie stał po naszej stronie. Lęk jest tylko w naszej głowie i w sercu, nie jest czymś realnym. Realny jest krzyż Jesusa i Zmartwychwstanie. To jest jedyne, czemu powinniśmy ufać i za czym iść w naszym życiu, bo jedynie tam znajdziemy prawdziwe szczęście.

 

 

(Artykuł zamieszczono 2011-11-29)

 

 Szum z Nieba nr 108/2011

 

Polecamy książkę autora artykułu "Miłość do końca".

Więcej - kliknij tutaj.