Jak Bóg nawraca "nawróconych"

Niektórzy uważają, że wystarczy raz się nawrócić i już mamy spokój na całe życie. Inni sądzą, że są już po nawróceniu, więc osiągnęli taki poziom bezpieczeństwa duchowego, że zbłądzenie im nie grozi. Tymczasem niewiele potrzeba, aby nawrócony człowiek odłączył się od Chrystusa…

 

UNIKANIE MIELIZN

Po pierwszym nawróceniu staje przed nami bardzo ważne zadanie: troska o naszą relację z Bogiem. Podobnie dzieje się w małżeństwie – po decyzji o ślubie i samej ceremonii, małżonkowie podejmują się dbania o wzajemną relację. A jest to zadanie trudne, wystawione na ciągłe przeszkody, wymagające wysiłku związanego z przekraczaniem siebie i z próbą zrozumienia drugiej strony. W życiu duchowym ten wysiłek polega na nieustannym procesie łączenia wydarzeń życiowych – zarówno tych trudnych, jak i pięknych – z naszą wiarą. Jest to proces o tyle trudny, że wymaga nieustannej czujności. Niektóre doświadczenia mogą być tak bolesne, że zaczniemy od nich uciekać i we wszystkim, co nas spotyka – dopatrywać się „prześladowań za wiarę”, czyniąc z siebie wiecznych męczenników.

 

Może się też zdarzyć, że nasze słabości będą w nas tak dominować, że grzeszne wydarzenia życiowe zaczną osłabiać naszą wiarę i postawę wymagania od siebie. Do tej pory byliśmy ludźmi duchowymi, a teraz czujemy, że nie słyszymy Boga. Aby sobie z tym poradzić, zazwyczaj przyjmujemy wówczas maskę zewnętrzności. Przed innymi osobami ze wspólnoty wyglądamy niby porządku, ale unikamy głębszych rozmów lub konkretnych pytań, które są nam zadawane, a wobec których czujemy się niekomfortowo.

 

Innym razem będziemy podważać niezmienne decyzje, zatwierdzone sakramentem małżeństwa lub ślubami zakonnymi. Wtedy bardzo wyraźnie widzi się błędy w tych podjętych decyzjach i… konieczność rozwodu albo opuszczenia zakonu. W takich sytuacjach trzeba robić wszystko, aby nie koncentrować się na sobie. Niewskazane jest wówczas korzystanie z terapii, która właśnie odwrotnie – koncentruje nas na nas samych. A wtedy potrzebujemy zupełnie innego działania – wpatrzenia się w Chrystusa i zaparcia się siebie.

Zdarzają się też sytuacje, że człowiek nawrócony nie wytrzymuje własnych ograniczeń, które trzeba nieustannie konfrontować z doświadczeniem wiary i w konsekwencji – rezygnuje z tej konfrontacji, godząc się na podwójne życie. Czyli z jednej strony prowadzi, życie religijne i wspólnotowe, a z drugiej strony – życie w grzechu lub w braku przebaczenia. Konflikt wewnętrzny, że tak nie można, jakby stracił na sile. Taka osoba przyjmuje, że nic się nie da zrobić, bo taki jest dzisiejszy świat i przecież wszyscy tak robią...
 

ZGODA NA DROGĘ

Bardzo ważne jest, abyśmy po nawróceniu mieli świadomość, że nasze życie nadal jest drogą. Jezus mówi o sobie, że jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14, 6), więc nasze życie z Nim nie jest staniem w miejscu, ale drogą przeżywaną w Jezusie. Co to dla nas oznacza? Nieustanną zmienność: konieczność omijania przeszkód, doświadczanie zmiennej pogody, dostosowywanie się do nowego otoczenia itp. To wszystko w naszym życiu nieustannie się zmienia. Wiele wydarzeń jest nowych, inne z kolei przeżywamy tak często, że aż stają się rutyną. Zadaniem człowieka wierzącego jest łączyć to, co mi się przytrafia w drodze – z Chrystusem, który chce mnie przez to wszystko przeprowadzać. I to jest moje codzienne zadanie. Ale aby je podjąć – muszę mieć świadomość bycia zaproszonym do drogi.

 

Ważna jest tu także cierpliwość wobec siebie. Bez wątpienia, na naszej drodze z Chrystusem natrafimy na przeszkody i wydarzenia, które nas zirytują. Po nawróceniu oczekujemy od siebie właściwego reagowania w trudnych sytuacjach. Chcemy sobie radzić z każdą słabością i nie mieć pokus związanych z powrotem do starego człowieka. Pragniemy w zaufaniu przeżywać każdy czas strapienia, nie osądzać, nie porównywać się z nikim, mieć przejrzysty sposób działania i we wszystkim kierować się czystą intencją. Mamy wielkie pragnienia… a życie bywa brutalne i czasem bardzo wyraźnie pokazuje nam, jak nie jesteśmy w stanie sprostać temu ideałowi wiary. Zły duch pozbawia nas wówczas marzeń i pragnień. Wmawia, że życie jest zbyt trudne, a Chrystus był idealistą, którego wymaganiom dziś sprostać się nie da. Co robić w takiej sytuacji? Z jednej strony – pielęgnować swoje marzenia i pragnienia, a z drugiej – być cierpliwym i miłosiernym wobec samego siebie. Jezus, Źródło Miłosierdzia zaprasza nas do bycia miłosiernym nie tylko wobec innych, ale także wobec nas samych. W niektórych przypadkach – szczególnie u perfekcjonistów – cierpliwość i miłosierdzie wobec samych siebie jest niezwykle trudne. Jednak fakt ten nie zwalnia nas od podejmowania takiego wysiłku.

 

PRZYJĘCIE MISJI

Jest jeszcze jeden rodzaj nawrócenia, wobec którego stają ludzie już nawróceni. Pierwszym nawróceniem było odwrócenie się od grzechu. Drugim natomiast jest nawrócenie ku misji. Ono łączy nas bardzo mocno z Kościołem – stajemy się wówczas odpowiedzialni za Ciało Chrystusa, które w Nim tworzymy. Zaczynamy angażować się w dzieła ewangelizacyjne i charytatywne Kościoła. Podejmujemy też różne zaangażowania w naszych wspólnotach.

 

Od tego momentu zły atakuje już nie tylko nas samych, ale także naszą skuteczność apostolską i misyjną. Wykorzystując wszelkie słabości i porażki – podważał będzie autentyczność naszego działania. W takich sytuacjach pozostaje nam trwać w zaufaniu Chrystusowi, że to On nas zaprosił do swojego dzieła i On nas w tym prowadzi – nawet wtedy, gdy wymykamy się z Jego ręki.

 

Najważniejsze, abyśmy we wszystkim zachowali spokój, a jednocześnie nie pozostawali uśpieni. Jesteśmy w ręku Boga i to On nas poprowadzi po drodze wiary. Ale Bóg będzie też nas wytrącał z rutyny, ospałości i wewnętrznej zgody na podwójne życie. Zły zaś przeciwnie – zrobi wszystko, abyśmy stali się ociężali, aby Jezus nie mógł się nami posługiwać, a ostatecznie, abyśmy nie byli w jedności z Chrystusem – nie tylko tutaj na ziemi, ale także i w życiu wiecznym.

 

 

 

  Szum z Nieba nr 105/2011

 

Wystygłeś w relacji z Bogiem? Twoja modlitwa ogranicza się do załatwiania bieżących spraw, jakby Jezus był poborcą podatkowym? Sięgnij po książkę o. Remigiusza Recława SJ „Bóg kocha mnie takiego, jaki jestem” i daj sobie czas na rozmowy z Jezusem, a On zrobi resztę.
Więcej - kliknij tutaj