Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości 

Ewangelizując, sami potrzebujemy nieustannego nawrócenia, odświeżenia naszych sił, dynamizmu i zapału do głoszenia. Bóg nas powołuje, abyśmy byli długodystansowcami. Sprinter biegnie szybko, ale też szybko się męczy. Bóg potrzebuje nas na długie dystanse. Ważne, że idziemy do przodu. Nie chodzi o szybkość, ale aby ciągle iść – obojętnie gdzie teraz jesteśmy. Musimy nawzajem uczyć się od siebie, pytając się, czy metody działania innych wspólnot można zastosować również w naszych.
Michelle Moran


 

Jesteś człowiekiem do zadań specjalnych

Gdy o. Józef Kozłowski (jezuita, niestrudzony ewangelizator i charyzmatyk) modlił się wstawienniczo za osoby, których życie było zagrożone – zawsze prosił Boga, aby mogły wypełnić wolę Bożą do końca. Jak ważne więc musi być, zwłaszcza w obliczu rzeczy ostatecznych, to całkowite wypełnienie woli Bożej. I tu rodzi się pytanie: jak mam rozpoznać tę Bożą wolę, czyli: co jest moją misją, jakie zadania mam podjąć w swojej drodze do zbawienia?

 

Każdy człowiek, na mocy sakramentu chrztu, jest zaproszony do pójścia za Chrystusem, aby uczestnicząc w Jego trudzie i cierpieniach – mieć też udział w Jego chwale. Święty Ignacy określa to tak: „Człowiek został stworzony, aby Boga, naszego Pana, wielbił, okazywał Mu cześć, służył Mu – o dzięki temu zbawił duszę swoją”. Cel dla wszystkich jest ten sam, ale każdy ma własną ścieżkę i określony czas.

 

DOBRZE ROZEZNAJ

Gdy u początków swojej działalności Jezus stanął w świątyni i podano Mu zwój Pisma do przeczytania – natrafił na miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał Mnie... (Łk 4, 18). To ważna wskazówka dla nas: Bóg sam zatroszczy się o to, bym dobrze rozpoznał swoją misję. Ja tylko mam umieć słuchać i otworzyć się na Jego plan. A w odpowiedzi na moją zgodę – On daje mi swojego Ducha, namaszcza mnie i posyła. Daje mi też moc do wypełnienia mojego zadania i… radość z jego przyjęcia. A odtąd misja ta, jako rzecz najważniejsza, powinna określać hierarchię ważności moich zadań w codzienności. Świadomość „bycia w misji” daje pewność, co i kiedy mam robić – nawet jeśli budzi to sprzeciw czy niezadowolenie innych.

Jezus już jako dwunastoletni chłopiec miał pełne rozumienie tego, co to znaczy wypełniać misję. Słuchając słów Maryi: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” – można by pomyśleć, że lekceważył Rodziców. Tymczasem Duch Pański spoczywał na Nim i Jezus nie miał wątpliwości, co powinien wtedy czynić. Dlatego odpowiedział: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” (Łk 2, 48-49). Podobnie dorosły już Jezus wypełniał całą swoją misję, nie patrząc, czy innym – tzn. faryzeuszom i uczonym w Piśmie – to się podoba, czy nie.

 

BĄDŹ WIERNY

Podobnie Maryja, wyrażając zgodę na poczęcie Jezusa, weszła w swoją misję (Bóg ją objawił bezpośrednio, posyłając do Niej swojego anioła). Scena Zwiastowania pokazuje nam, że bez osobistej zgody człowieka – nie ma misji.

Maryja odczytała, że wychowanie Syna jest najważniejszą misją w Jej życiu – to ważna wskazówka dla nas, rodziców. Ale i św. Józef podporządkował całe swoje życie wychowaniu Jezusa. Było to jego życiowe zadanie, choć nie od razu je rozpoznał, a nawet dopóki Bóg nie przemówił do niego we śnie – nie chciał go przyjąć.

Misja często kojarzy nam się z czymś niezwykłym i wyjątkowym, a najczęściej otrzymujemy ją ukrytą w codzienności. My też możemy jej nie rozpoznać i nie przyjąć. A gdy jest trudna – zdarza nam się od niej uciekać, bez świadomości, że odrzucamy dar Boga przybliżający nas do zbawienia.

Wyobraź sobie, że nagle przychodzi ci zaopiekować się schorowaną osobą, urodzić nieplanowane dziecko, zamieszkać z kimś, kto nie ułatwia ci życia; wziąć zwolnienie, by zająć się chorym dzieckiem, pomimo że twój szef będzie się złościł. Załóżmy, że bardzo ci to nie odpowiada, ale nie masz wyboru. Jeśli nie zaakceptujesz tego i nie przyjmiesz sercem – sam się będziesz męczył i zatrujesz życie innym. A skoro nie masz innego wyjścia, warto, byś zadał sobie pytanie: czy ta sytuacja nie jest przypadkiem wolą Bożą dla mnie i zadaniem potrzebnym mi do zbawienia? Takie podejście ułatwi ci rozpoznanie w tym wydarzeniu misji i przyjęcie jej. A wtedy Bóg ześle ci swojego Ducha i udzieli ci swojej mocy. Dopóki jednak nie wyrazisz zgody na Jego wolę – będziesz się tylko zmagał z przykrym obowiązkiem. Mimowolnie swoją relację z Bogiem „dziecko-Tata” sprowadzisz do poziomu „niewolnik-Pan”. Czy zamiast wykonać krok do przodu na drodze do zbawienia nie zaczniesz się cofać?

 

NIE DAJ SIĘ ROZPRASZAĆ

ImageMisję można wypełnić lub zmarnować. Nie oznacza to oczywiście, że musimy brać na siebie wszystko, co przyniesie nam życie. Chodzi o to, żeby podejmować to, czego Bóg od nas oczekuje, nie tracąc czasu na zadania podsuwane nam pod pozorem czynienia dobra. Misja to nie zawsze to, czego oczekują od nas inni. A czas jest krótki – jak zwykł mawiać o. Józef Kozłowski, za którym trudno było nadążyć w ewangelizacji. Jak się później okazało, wcale nie miał na myśli końca świata, ale swój czas na wypełnienie misji do końca.

A wypełnić ją do końca, to również przygotować uczniów do kontynuowania dzieła, w którym uczestniczymy, i zgodzić się na odejście po ukończeniu swojego zadania. Sam Jezus powiedział: „Pożyteczne jest dla was Moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was” (J 16, 7).

Misją o. Józefa Kozłowskiego było m.in. założenie i prowadzenie Ośrodka Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi i zespołu „Mocni w Duchu”. Minęło już 5 lat od jego śmierci, a dzieło pod hasłem „Aby nikt nie zginął” jest kontynuowane i rozwija się. To widoczny znak, że misja założyciela została wypełniona do końca. Choroba i ogromne cierpienie, trwające prawie pół roku, które Ojciec włączył w zbawcze cierpienie Jezusa – były zwieńczeniem Jego życiowego zadania i przynoszą owoce.

 

Z MISJĄ ZWIĄZANA JEST ŁASKA

Kiedy po dziesięcioletniej posłudze w Ośrodku Odnowy w Duchu Świętym przechodziłam na emeryturę – pytałam Pana: co dalej, co teraz mam podjąć. Próbowałam wyobrazić sobie różne możliwości. Niespodziewanie dostałam propozycję wyjazdu na rekolekcje prowadzone przez Misjonarzy Świętej Rodziny. Na jednym z nabożeństw, kiedy modliliśmy się o wylanie darów Ducha Świętego, usłyszeliśmy, że jesteśmy zaproszeni do konkretnej współpracy z patronem, którego imię przyjęliśmy przy sakramencie bierzmowania. Zaskoczyło mnie to – moją patronką od bierzmowania jest św. Anna, czyli babcia Jezusa. Miałam wtedy już dwóch wnuków (4 i 2 lata), a za miesiąc miała urodzić się Marysia. Ponieważ mieszkamy razem, rzeczą naturalną był mój spory udział w życiu dzieci. Ale przyjmując to jako misję – uznałam, że zadanie to jest ważne na obecnym etapie mojego życia, dlatego staram się je wypełniać jak najlepiej, dziękując za nie każdego dnia i ćwicząc się w miłości. A w zamian otrzymuję radość i szczerą miłość, która nie ma ceny!

Świadomość bycia w misji daje siłę do jej wypełnienia – pomaga dokonywać wyborów w codziennym życiu, ustalać priorytety, dochowywać wierności podjętemu zadaniu, nawet gdy latami niesiemy problemy po ludzku nie do udźwignięcia. Dobrym przykładem jest dla mnie moja patronka, św. Monika. Przez 15 lat modliła się o nawrócenie swojego syna, Augustyna, który po wielu latach hulaszczego życia stał się wielkim świętym. Jego słowa: „Bóg stworzył nas bez nas, ale nie zbawi nas bez nas” – bardzo przekonują mnie do współpracy z planem Bożym.

 

 

Image© Szum z Nieba nr 90/2008


Image W tym temacie polecamy  książkę Jose H. Prado Floresa "Sekret Pawła". Więcej - kliknij tutaj.