Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 72 gości i 1 użytkownik 

Trzeba wzbudzić w sobie świadomość decydującej roli, jaką Duch Święty spełnia w rozwoju form liturgicznych oraz w naszym zgłębianiu Boskich tajemnic.
Benedykt XVI

Adhortacja Apostolska Sacramentum Caritatis
(22 II 2007)



 

Szukanie ścieżek Boga

I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał zasadzony w swojej winnicy figowiec; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: ,,Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: ,,Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz go wyciąć.” » (Łk 13, 6-9)

 

Moja droga we wspólnocie rozpoczęła się od Bożego zaproszenia. Kiedy przez znajomą trafiłam na spotkanie modlitewne, pytałam Boga: „Po co mi wspólnota, przecież ja już Ciebie spotkałam, mam doświadczenie Twojej obecności, więc po co?”. I jakoś tak się stało, że zostałam, pociągnięta głównie modlitwą i świadectwem wiary. Na początku nie chciałam podejmować żadnej odpowiedzialności, ale uczestniczyłam w życiu grupy, chętnie angażując się w różne posługi. Poznałam więc dobrze życie grupy od tej praktycznej strony. Cieszyło mnie samo działanie, nie przywiązywałam wagi do miejsca, ról, funkcji. Dużą radością było przybliżanie się do Boga, obserwowanie Jego działania w konkretnych wydarzeniach, przez świadectwo osób, uczenie się odnajdywania Jego woli. Był to czas radosnej beztroski i spokojnego wzrastania. Ale przyszedł czas, gdy zostałam powołana do czegoś więcej – zostałam wybrana liderem tej wspólnoty. Ja, która nigdy nie chciałam żadnej odpowiedzialności, odpowiedziałam na coś, co mnie w oczywisty sposób przekraczało.

 

Dlaczego się zgodziłam? Najsilniejszy impuls przyszedł na modlitwie podczas Ogólnopolskiego Czuwania Grup Odnowy w Częstochowie, dokąd pojechałam razem ze wspólnotą. Bóg bardzo mocno mi pokazywał, że nie zrealizowałam w swoim życiu wielu ważnych pragnień i zadań, tylko dlatego że ciągle mówię „nie”, chociaż On nieustannie mnie do czegoś zaprasza. Tam doświadczyłam, jak nieustająco nie dowierzam sobie, a przez to Jemu. Pamiętne było Słowo o drzewie figowym, które właściciel winnicy chce wyciąć, ponieważ nie przynosi owocu, ale ogrodnik prosi, by dać mu szansę jeszcze przez rok. Mówi, że jeśli za rok nie przyniesie owocu, wtedy można je wyciąć (Łk 13, 6-9). To było tak mocne wewnętrzne poruszenie, że powiedziałam Bogu, że już nigdy więcej nie powiem Mu „nie”, o cokolwiek mnie poprosi. Już wtedy pojawiały się myśli o zbliżających się wyborach we wspólnocie i że to ja jestem powołana, ale odsuwałam je jako coś absurdalnego, jako mój wymysł. Zanim Czuwanie dobiegło końca, podeszły do mnie – niezależnie od siebie – dwie osoby, mówiąc, że na modlitwie miały światło, że jestem zaproszona do posługi w roli lidera. Niedługo potem stało się to rzeczywistością – rozeznanie wspólnoty potwierdziło to, co wewnętrznie dokonało się we mnie wcześniej.

 

I zaraz na początku, miesiąc po wyborze, razem z moją rodziną doświadczyłam dużej tragedii – w wyniku wypadku w pracy, po 10-dniowej walce o życie, zmarł mój starszy brat. Był to trudny czas pytań do Boga i poczucia ogromnej samotności w tym doświadczeniu. Ale nie opuszczało mnie przekonanie, aby zaufać Bogu do końca i wytrwać. Nowy czas przyniósł nowe doświadczenia, w wymiarze duchowym zupełnie inne od tych, które znałam do tej pory. Od samego początku stawałam wobec zupełnie innej rzeczywistości. Szczególnie mocno jej doświadczyłam, gdy tuż przed wyborami, po raz pierwszy wypowiedziałam „tak” wobec Boga i przed grupą. To było opowiedzenie się po stronie Chrystusa, chociaż jeszcze nie wiedziałam, co to dla mnie będzie oznaczać. Miałam tylko świadomość, że stało się coś bardzo ważnego i będzie miało swoje skutki.

 

Wejście na drogę tak dużej odpowiedzialności krystalizuje i wyostrza wiele cech w człowieku. Pierwsze, czego doświadczyłam, to rzeczywistość bycia osobą publiczną: każde moje słowo, zachowanie, postawa nie były już moją osobistą sprawą, bo inni na mnie patrzyli i słuchali, a ja byłam za nie odpowiedzialna. Wchodząc w nowe dzieła, bardzo szybko zobaczyłam, że zmiana sytuacji powoduje, że muszę zrezygnować z różnych dotychczasowych zaangażowań. Czas je weryfikował, odchodziły jedne po drugich, by zrobić czas nowym obowiązkom. I to wcale nie było łatwe, ponieważ musiałam zrezygnować z czegoś, co lubiłam, gdzie chciałam być. W miejsce tego pojawiało się mnóstwo zadań, głównie organizacyjnych, w czym nie czułam się pewnie i musiałam uczyć się nowego. Pojawiła się pokusa idealizowania tego, co było wcześniej, co było pewne i znane. Ale w pewnym momencie zrozumiałam, że nie mogę trwać jedną nogą w starym, a drugą w nowym. Skoro Bóg zaprasza mnie do nowych zadań – to na dzisiaj jest moim najważniejszym powołaniem.

 

Posługa bycia liderem, to także czas duchowego zmagania. Lider nie jest od tego wolny, doświadcza trudności, które uderzają w to, co jest jego najsłabszą stroną. Złemu chodzi przecież o to, aby pomniejszyć to dobro, które Bóg przez czas mojego liderowania zamierzył dla całej grupy. Moją słabą stroną były luki w poczuciu tożsamości. Moja historia życia nie ukształtowała mnie mocnej od tej strony. I od samego początku pojawiały się sytuacje, poprzez które właśnie ta część mnie była podważana. Kim ja jestem? Czy ja na pewno jestem uczniem Chrystusa? Czy to co podejmuję jest dobre? Pozytywną stroną tego trudu była większa wrażliwość na to, by nie opierać się tylko na sobie, ale szukać odpowiedzi na wątpliwości w modlitwie i u ludzi mądrych doświadczeniem. Pomocą zawsze w takim dylematach był mój kierownik duchowy, który wskazywał na działanie duchów i ostrzegał przed perfekcjonizmem. W takich sytuacjach zawsze też dostawałam kogoś, kto dla przeciwwagi potwierdzał moje powołanie. Kiedyś, w utrudzeniu poprosiłam o modlitwą wstawienniczą osobę, która mnie zupełnie nie znała. I ta osoba powiedziała, że od samego początku modlitwy coś w niej krzyczy – „namaszczona, namaszczona, patrz na Jezusa, wszystko inne to śmieci”. Miałam wrażenie, że najczęściej Bóg nie zabierał jakiegoś trudu, ale w końcu zawsze przychodził z umocnieniem i potwierdzeniem w tym, czego najbardziej potrzebowałam. Kiedy jedne drzwi pozostawały zamknięte, to w swoim czasie otwierał inne. Myślę, że w ten sposób uczył mnie coraz pełniejszego zawierzenia Jego prowadzeniu.

 

Kolejną, bardzo ważną rzeczywistością, wobec której od samego początku musiałam stanąć, była wizja wspólnoty. Byłam teraz odpowiedzialna za całość grupy, za poprowadzenie jej w kierunku, który jest wolą Bożą wobec nas. To nie było mi dane widzieć od razu jasno i wyraźnie, musiałam dorastać do rozumienia, do czego szczególnie Bóg nas w tym czasie zaprasza. I stopniowo widziałam, że chce posługiwać się zarówno tym szerokim doświadczeniem grupy, które miałam, ale też tym, jak mnie ukształtował jako człowieka. Od samego początku najgłębsze we mnie było to, abyśmy razem we wspólnocie odkrywali wolę Bożą, abyśmy podejmowali rozeznawanie wspólnotowe. Nie byłam typem lidera-przywódcy, który swoją indywidualnością kreuje rzeczywistość wspólnoty, a swoją wizją ciągnie innych za sobą. Pewien jezuita określił mój styl działania jako nieinwazyjny, bardziej partnerski niż despotyczny. Ale jak stwierdził, towarzyszenie ludziom zamiast rozkazywania, jest najbardziej wymagającym stylem, gdyż lider zbiera wszystkie negatywne emocje, które wydobywają się w tak stworzonej przestrzeni wolności. Więc cała sztuka polegała na radzeniu sobie z tymi sytuacjami. I jak się okazało, była to dla mnie trudna strona tej rzeczywistości – doświadczanie sytuacji braku tego stawania razem, współpracy, niejednokrotnie braku pomocy ze strony tych, od których powinnam ją otrzymać. Z biegiem czasu odkrywałam, że nie wszystko zależy ode mnie. Był to okres wielu zmian, nowych kierunków, co wpływało na sytuację we wspólnocie, więc nie tylko ja, ale też inni musieli odnajdować się w tej nowej rzeczywistości.

 

Jednak wewnętrznie rozumiałam, że w przestrzeni różnych indywidualności, różnych obdarowań i charyzmatów – jest wielką potrzebą, abyśmy uczyli się działania wspólnotowego. Chociaż jest to dla nas trudne, ponieważ jest wyzwaniem, uczy pokory, cierpliwości i zaufania Bogu, a także drugiemu człowiekowi. Ale kiedy dajemy siebie drugiemu, nie chcąc za wszelką cenę realizować swoich potrzeb, dopiero wtedy prawdziwie oddajemy siebie Bogu. I dopiero wtedy On sam stawia nas w sytuacjach, kiedy możemy zrealizować swój potencjał, ale często w sposób zupełnie inny niż pierwotnie chcieliśmy – dużo lepszy i zdrowszy dla mnie i dla wspólnoty. Z tego powodu też ważne jest, aby lider był dla wszystkich, stawał pośrodku, nie dzielił ludzi w grupie ze względu na funkcje, charyzmaty, pozycję. Każdy z nas jest darem dla całej wspólnoty.

 

Wielką radością dla mnie było tworzenie rzeczywistości tej grupy, w stopniu, na ile było to możliwe. Pomocą w tym jest dar, jakim jest namaszczenie lidera do delegowania osób do określonych zadań, widzenie, kogo należy posłać. Niejednokrotnie doświadczałam wewnętrznej pewności, że tak trzeba i widziałam później owoce. Nawet, jeśli zdarzało się, że ktoś z jakiegoś powodu rezygnował – po ludzku znaczyło to dla mnie trud szukania innej osoby. Ale wiedziałam, że w takim razie powołany jest ktoś inny, tylko Duch Święty musi mi go pokazać. I tak przeważnie było. To doświadczenie zostało także już po odejściu z funkcji. Nadal zdarza mi się widzieć, że ktoś potrzebuje, aby wyciągnąć do niego rękę, zaprosić do czegoś.

 

Ten czas, to także otwieranie się na subtelne znaki Bożej obecności,  światła dotyczące różnych zadań, kierunków. I nieustające uczenie się, jak te światła realizować w konkrecie. To jest ciągłe zaproszenie, aby odkrywać Jego ślady. Na tej drodze nie zawsze otrzymujemy uznanie dla poniesionego wysiłku, też nie zawsze będziemy mieć pewność, że dobrze idziemy, że rozeznanie było najlepsze. Także owoce naszych wysiłków mogą być widoczne od razu, w czasie a może też być tak, iż są niewidoczne dla innych, bo taka jest wola Boga. I myślę, że nie to jest najważniejsze, bo nigdy nie zostajemy pozbawieni tego najważniejszego przewodnictwa Ducha Świętego, który chce nam towarzyszyć, pouczać i prowadzić. I najważniejszy jest cud Bożej miłości, dokonujący się wśród nas, a tak często niewidoczny dla naszych oczu. Niezależnie od etapów życia grupy, doświadczanych trudności, wspólnota pozostanie naszą największą siłą, bo w tej rzeczywistości najbardziej obecny jest sam Bóg.

Anna

 

 

Szum z Nieba nr 111/2012

 

 

 

 

Zapraszamy do książki Remigiusza Recława SJ - "Ufni, mężni, do zadań specjalnych" - więcej tutaj!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dim lights Embed Embed this video on your site

 

 

 

(zamieszczono 2013-05-18)