Wciąż ciężko mi zgiąć kolana

Dawnego smaku modlitwy jeszcze nie odnalazłem. Nie czuję bliskości Boga, nadal ciężko mi odnaleźć się w Kościele. Ale codziennie wieczorem modlę się z moim trzyipółletnim synem – i wtedy czuję się wolny i wdzięczny. Ta krótka chwila to moje największe osiągnięcie od lat. Wspólna trzeźwa modlitwa z dzieckiem, które mnie kocha, jest dla mnie niepojętym darem Boga.

 

Kiedy przyjaciel poprosił mnie o napisanie paru słów o wolności, Bogu i uzależnieniu od alkoholu, poczułem lekkie ukłucie pychy oraz pewność, że to będzie łatwe, proste i przyjemne. W końcu od sześciu lat trzeźwieję, pracuję nad sobą, nad swoim wnętrzem, nad swoją relacją z Bogiem, więc jaki to problem. Napisałem, przeczytałem i... wykasowałem wszystko. Wszystko co napisałem, było jakąś formą chcenia, by tak wyglądał mój „życiorys”. Ale nie tak wyglądał. Zaczynam więc od początku.

 

„Bóg” i „wolność” są niekompatybilne ze słowem „alkoholik” (czynny alkoholik).

Jestem człowiekiem wierzącym, który wychowany został w rodzinie katolickiej nieindyferentnej religijnie. Czerpałem radość z żywego kontaktu z Bogiem w Eucharystii i wspólnej modlitwy. Odnalazłem się w Ruchu Światło-Życie. Bywałem na modlitwach Odnowy w Duchu Świętym, na Mszach o uzdrowienie i pielgrzymkach. Czułem się dotknięty przez Mistrza. I wszystko to straciłem. Przez alkohol – „wroga podstępnego potężnego i przebiegłego” („Anonimowi Alkoholicy” str. 78). Podstępnego – bo niedostrzegalnie dla osoby pijącej niszczy na pierwszym miejscu życie wewnętrzne. Potężnego – bo zmiany są niemal doszczętne. Przebiegłego – bo nie pozwala w porę zauważyć tej destrukcji, zasłaniając oczy systemem iluzji i zaprzeczeń.

 

Zanim zacząłem odczuwać straty fizyczne czy materialne spowodowane nadmiernym piciem, straciłem całkowicie zdolność nie tylko modlitwy i kontaktu z Bogiem, ale również odczuwania empatii czy w ogóle odczuwania emocji. Stałem się niczym obojętne emocjonalnie zombi. Wolność i Boga już dawno przepiłem.

To że piszę te słowa, będąc trzeźwym, uważam za działanie łaski. Ja sam niemal niczego nie zrobiłem w celu niepicia. Bóg postawił na mej drodze ludzi, którzy mi pomogli. Myślę, że ogromną rolę w tym „postawieniu” odpowiednich ludzi, odegrała modlitwa mojej siostry i mojej mamy. W przypowieści o uzdrowieniu paralityka, istotnym dla mnie jest to, że paralityk przez ograniczenie swoją chorobą, sam nie jest w stanie przyjść do Jezusa. Gdyby nie ludzie, którzy go dźwigają, rozbierają dach, a w końcu spuszczają na linach do Jezusa – pozostałby sam w swoim domu, bez możliwości doznania cudu. W moim życiu takimi ludźmi byli inni trzeźwi alkoholicy oraz terapeuci, którzy najpierw, rozpoznając moją chorobę, pozwolili dokonać wyboru, czy chcę się leczyć, a później wspierali – i wspierają cały czas – swoją siłą i nadzieją. Czy odnalazłem wolność i Boga? Odbudowa mojego życia wewnętrznego zaczęła się dopiero niedawno. W pierwszej fazie musiałem posklejać to, co rozwaliłem wokół siebie, czyli pracę, dom i rodzinę.

 

Dopiero po doprowadzeniu do w miarę normalnego stanu moich relacji rodzinnych i pracowniczych, poczułem ukłucie tęsknoty za Bogiem.

Nie, nie wróciłem do dawnego smaku modlitwy. Nie czuję bliskości Boga, nadal ciężko mi zgiąć kolana oraz odnaleźć się w Kościele. Ale wierzę, że pracując nad sobą, znajdę swoją drogę do Boga. Codziennie wieczorem modlę się z moim 3,5 letnim synem i wtedy czuję się wolny i wdzięczny. Ta krótka chwila to moje największe osiągnięcie od lat. Wspólna trzeźwa modlitwa z dzieckiem, które mnie kocha, jest niepojętym darem Boga za moją pracę. W to wierzę.

Jezus uzdrowił paralityka – „widząc ich wiarę”, czyli wiarę ludzi, którzy przynieśli go, oraz tyle się natrudzili, żeby dostać się do Niego. Moja zasługa w zdrowieniu jest tylko taka, że dałem się ponieść wspólnocie AA, że chciałem skorzystać z szansy na nowe życie, z której i oni skorzystali. Od tego zacząłem układać moje życie i od tego zaczął się mój powolny wzrost duchowy.

 

Jezus powiedział do paralityka: „Wstań weź swoje łoże i idź” (Mt 9, 6)

I ten mężczyzna musiał „tachać” swoje posłanie przez całe miasto, mając w sobie wdzięczność za uzdrowienie, a nad sobą pamiątkę swojej choroby. Moim łóżkiem, które przypomina mi o mojej chorobie, a które noszę ze sobą, są myśli o ludziach, których skrzywdziłem. Jest poczucie winy, jest świadomość nieuczciwości, jakich dokonałem. Pracuję i nad tym, i mam nadzieję, że to łoże z czasem stanie się choć trochę lżejsze. Jestem wdzięczny Bogu za łaskę trzeźwości, jestem wdzięczny Bogu za ludzi, przez których do mnie przemawia, i przez których mnie prowadzi, i którzy się za mnie modlą. Jestem wdzięczny za każdy trzeźwy dzień.

Bóg wolność i trzeźwy alkoholik już są ze sobą kompatybilne.

 

Dariusz

 

 

Szum z Nieba 110/2012

 

 

 

Polecamy książkę - "W stronę życia" Dagi Diug

- więcej tutaj!

 

 

 

 

 

 

Dim lights Embed Embed this video on your site

 

(zamieszczono 2012-10-28)