Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 125 gości 

Charyzmat uzdrawiania jest wbudowany w powołanie kapłańskie – Bóg udziela go podczas święceń, ponieważ ksiądz będzie nieustannie posyłany, by uzdrawiać lud Boży. Dramatem jest, gdy kapłan tego nie wie.

s. Briege McKenna OSC

 

Zagrożenia New Age

Nie byłem sobą, ale jakby chodzącą lalką, którą ktoś steruje. Jednak ciągle nie widziałem nic złego, w tym, co robię. Dopiero mój przyjaciel, który wcześniej wyszedł z New Age i zawierzył życie Jezusowi, pokazał mi drugą stronę, której nie byłem świadomy. Zrozumiałem, że to tak, jakbym jadł kanapki, które w środku mają truciznę.

 

 

Mam 23 lata, jestem studentem III roku informatyki. Nawróciłem się pięć lat temu, ale zanim to się stało, byłem zaangażowany w New Age. Wszedłem w myślenie, że człowiek jest panem samego siebie i własnego losu, a wszystko może osiągnąć sam, bez niczyjej pomocy. Sam siebie może zbawić. Takie myślenie prowadziło mnie w kierunku egocentryzmu i skupienia na sobie. A to wszystko oczywiście pod pozorem dążenia do szczęścia, radości i miłości. Choć New Age propaguje scalanie różnych religii i wyznań – ponad podziałami – obejmuje także okultyzm i magię. Wierzyłem, że to dobre. Zresztą w New Age nie ma jasnego podziału na to, co dobre i złe. A to było jedynie oszukiwanie siebie. Zakładanie maski.

 

Zagłębiłem się w pozytywne myślenie, wmawiałem sobie, że jest dobrze, nawet jak życie się sypało. Do jakiegoś momentu to było dobre, później zobaczyłem, że to zwykła imitacja i próba stłumienia tego, co jest we mnie naprawdę.

 

Wyjście z tego było związane z konkretną decyzją: albo będę się dalej oszukiwał, albo oddam życie Jezusowi (a wtedy wcale nie rozumiałem, na czym to polega, i była to dla mnie abstrakcyjna perspektywa). Mój przyjaciel mnie do tego zachęcał. Dotąd myślałem, że przecież jestem katolikiem, a poprzez New Age „tylko” sobie pomagam. Przekonałem się jednak, że moje chrześcijaństwo to raczej ramy tradycji i schematy, których się czasem trzymałem. Nie widziałem, że w Kościele jest obecny żywy Bóg. Jednak podjąłem decyzję, że Go wybieram, choć dwa tygodnie z tym walczyłem, bo czułem, że nie mogę, nie mam siły uczynić tego kroku. Paradoksalnie ta walka przekonała mnie, że Bóg naprawdę jest, bo otworzyły się mi oczy i zauważyłem, że jestem kuszony i zwabiany przez złego.

 

Gdy ostatecznie wybrałem Boga, zaczął się proces mojego nawrócenia. Z wielką radością zacząłem palić wszystkie książki, czasopisma i materiały dotyczące New Age. Zły duch kusił mnie wtedy, abym przynajmniej oddał te książki komuś, a nie palił. Ja jednak robiłem wszystko, aby radykalnie odciąć się od tego i nikogo więcej „nie zarażać” tą ideologią. Stawałem się coraz bardziej wolny, a moje patrzenie na świat zupełnie się zmieniło. Wcześniej np. oceniałem ludzi na podstawie tego, co posiadają lub co osiągnęli. Teraz patrzę na to, co kto ma w środku, jakim jest człowiekiem. Bóg pokazywał mi, co w życiu naprawdę jest ważne, a im bardziej dotykał mojego serca, tym bardziej pozwalał widzieć serca innych ludzi. Oczywiście, to nie stało się z dnia na dzień, ale stopniowo i ciągle jeszcze się dokonuje.

 

Po dwóch latach od momentu nawrócenia przeżyłem duże zachwianie w wierze. Do tego czasu czułem, że moja droga z Bogiem jest prosta, tak jakbym był niesiony z nurtem rzeki, jakby Bóg niósł mnie na swoich ramionach. W życiu wszystko mi się układało, doświadczałem uzdrowienia w relacjach, mogłem spokojnie rozmawiać z ojcem, z którym wcześniej było mi się bardzo trudno dogadać. Podobnie było z innymi ludźmi, z którymi miałem różne zatargi – po prostu przestałem czuć wrogość. Bóg pokazywał mi swoje dzieła, a w moim życiu ciągle działo się coś dobrego. Ale po tym czasie przyszedł czas pustyni i prób i to mnie podłamało. Poczułem się jak Jezus w momencie, gdy został pojmany, a wszyscy Go opuścili i uciekli. Czułem, że nie mam znikąd wsparcia. To doświadczenie samotności było dla mnie na tyle bolesne, że wycofałem się z głoszenia Boga i ewangelizacji. Pamiętałem, co Bóg zdziałał w moim życiu, ale nie mogłem się tym cieszyć.

 

Zacząłem coraz bardziej odchodzić w stronę świata i tego, co świat mówi, tylko po to, by choć na chwilę poczuć się chcianym i akceptowanym. Jednak to nie dawało mi pocieszenia i wewnętrznej harmonii, jaką kiedyś dawał mi Bóg. Zacząłem też widzieć, że im bardziej oddalam się od Boga, tym bardziej zanikają dary i charyzmaty, które od Niego dostałem.

 

Znów widziałem w życiu więcej zła niż dobra. Bóg w tym czasie przysyłał mi osoby, które prowokowały mnie do mówienia o Nim, bo były np. zaangażowane w New Age, ja jednak czułem się zblokowany i zalękniony, by o Nim mówić. Omijałem temat. Czasem się zapalałem, ale to zaraz gasło.

 

W końcu Bóg bardzo mocno do mnie przemówił na jednym ze spotkań duszpasterstwa akademickiego, na które wcześniej przychodziłem, ale bez przekonania i raczej niechętnie. Pewnego razu koleżanka przeczytała nam historię, na pograniczu fantasy, o tym, jak Bóg rozmawia z aniołami, dyskutując, gdzie ukryć szczęście. Poruszyło mnie zdanie, które przez długi czas we mnie „pracowało”: jeden z aniołów wpadł na pomysł, by ukryć szczęście na dnie ludzkiego serca, bo tam nikt nie będzie go szukał. Choć ta historia była wymyślona, to jednak do mnie przemówiła w sposób bardzo realny. Naprawdę uwierzyłem, że szczęście jest na dnie ludzkiego serca, i zastanawiałem się, dlaczego ja go nie doświadczam. Wróciłem do źródła, do momentu mojego nawrócenia. I zobaczyłem, że moja radość wypływała z mówienia o Bogu ludziom. Czasem nawet nie tyle mówienia, co bycia z człowiekiem, by przekazywać mu Boga.

 

Zobaczyłem, jak wiele kłódek założyłem na moje serce, kierując się lękiem np. przed odrzuceniem, a przede wszystkim przed zaufaniem Bogu. Ale On, pokazując mi kłódki, dał mi klucz, by je otworzyć.

 

Pokazał mi poprzez swoje Słowo, że w moim życiu stało się podobnie jak z uczniami idącymi do Emaus: miałem oczekiwania, które się nie spełniły. Podobnie jak w życiu Józefa Egipskiego, który otrzymał w młodości Słowo, że będzie wielkim zarządcą Egiptu, ale zanim to się stało, został sprzedany do niewoli jak zwykły niewolnik, a później niewinnie oskarżony. Zobaczyłem, że jemu także było trudno uwierzyć i żyć Słowem Boga na co dzień. Jednak wtedy zrozumiałem, że musiałem przejść przez ten czas pustyni, odrzucenia i wielu prób, by dojść do tego, kim jestem dziś. Przekonałem się, że Bóg jest mocniejszy ode mnie, a ja nie mogę nic, dopóki On mi na to nie pozwoli. W Piśmie świętym znajdowałem wiele słów, które mówiły o sercu i zaufaniu.

 

Zrozumiałem, że te próby Bóg dał mi, by pokazać, jak jestem dla Niego ważny, i by w końcu wyprowadzić z nich wielkie dobro. Jak raz moje serce dostało się w ręce Jezusa, to nie ma szans, by z nich wypadło. Patrząc na historię mojego życia, zobaczyłem to bardzo wyraźnie – On nigdy mnie nie wypuścił. 

 

To doświadczenie samotności było potrzebne, bym dorósł, wyrwał się z dziecinady, w jakiej tkwiłem. Jezus posyłał do mnie ludzi, którzy umacniali mnie swoim świadectwem, że kryzys w wierze jest po to, by zmienić nasze patrzenie na Boga. To tak jak z relacją między ojcem i synem: syn inaczej patrzy na ojca w wieku trzech lat, inaczej, gdy jest nastolatkiem, a inaczej, gdy jest dorosły. Bóg nie chciał bym patrzył na Niego przez ramy i schematy, które sam sobie stworzyłem. To dało mi ogromną wolność. Także w ewangelizacji, by mówić o Bogu tak, jak On mnie do tego wzywa, a nie tak, jak się do tego przyzwyczaiłem. Bóg scala różne fragmenty mojego życia i serca, prowadząc mnie do autentyczności i radości.

 

 

(Artykuł zamieszczono 2011-10-11)

 

 

 

 

Szum z Nieba nr 107/2011

 

 

Więcej - kliknij tutaj.