Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 55 gości 

Ewangelizując, sami potrzebujemy nieustannego nawrócenia, odświeżenia naszych sił, dynamizmu i zapału do głoszenia. Bóg nas powołuje, abyśmy byli długodystansowcami. Sprinter biegnie szybko, ale też szybko się męczy. Bóg potrzebuje nas na długie dystanse. Ważne, że idziemy do przodu. Nie chodzi o szybkość, ale aby ciągle iść – obojętnie gdzie teraz jesteśmy. Musimy nawzajem uczyć się od siebie, pytając się, czy metody działania innych wspólnot można zastosować również w naszych.
Michelle Moran


 

Alkoholizm - beznadziejna choroba czy choroba z nadzieją?

Zwykle zaczyna się to tak, że na spotkaniach koleżeńskich pojawia się alkohol. Dwie dziewczyny idą razem na lody i lampkę wina, dwóch chłopaków na piwo „pod parasole” na deptak. Czasami jest to spotkanie na imprezie, gdzie przed i w trakcie „trzeba” się trochę napić, aby poczuć klimat, zdobyć trochę więcej luzu i odwagi. Może jest to czas osiemnastek, kiedy prawie co tydzień jest jakaś impreza z alkoholem, którego wreszcie legalnie można się napić (choć wielu próbowało już wcześniej). Moment, kiedy oficjalnie można się napić, jest momentem przekroczenia ważnego progu w życiu…

 

Ale może być i tak, że mając lat 12, dzieciak spija z kieliszka to, co zostało po libacji rodziców, którzy teraz śpią albo wyszli z domu szukać nowych wrażeń i alkoholu. On już wie i doświadcza, jak wygląda prawdziwe uzależnienie – ale czy to jest w stanie go ochronić? Zwykle niestety nie, ponieważ tylko takie życie zna… Alkohol jest dla ludzi, jak mówi potoczna opinia, ale niektórym ludziom w najlepszym wypadku zniszczy on życie, a w najgorszym – nawet zabije. Nikt nie planuje uzależnić się od alkoholu, nikt nie zaplanował, że straci pracę, rozbije rodzinę, wyląduje w szpitalu czy więzieniu. Wszystkim uzależnionym ludziom „jakoś tak wyszło”, ponieważ bardzo trudno jest zauważyć tę cienką granicę pomiędzy bezpiecznym, towarzyskim piciem a piciem problemowym, które powoduje same straty. Może gdyby udało się zauważyć, że piję zbyt często, że jakoś ciągnie mnie do alkoholu po trudnym, stresowym dniu; że zaczynam się przyzwyczajać, że często piję po pracy albo regularnie w weekendy, albo że po wypiciu alkoholu tracę nad sobą kontrolę (np. robię awantury, zaczepiam ludzi na ulicy, którzy „krzywo się spojrzeli”), albo tracę kontrolę nad tym, jak dużo wypijam, jak długo piję alkohol (np. w piątek, sobotę i niedzielę, a potem coraz częściej).

 

Sygnałem ostrzegawczym jest też zmiana tolerancji alkoholu. Częściej uzależnia się osoba z tzw. mocną głową, co oznacza, że może wypić więcej niż reszta towarzystwa.

Bywa to powodem do dumy, ale tak naprawdę powoduje, że ten człowiek wypija więcej trucizny, dostarczając ją do organizmu, gdzie wraz z krwią dociera ona do wszystkich narządów i mózgu, stopniowo je niszcząc. Zwykle wraz z rozwojem choroby osoba uzależniająca się może wypić coraz więcej alkoholu podczas jednego spotkania, ponieważ organizm adaptuje się do dostarczanej trucizny. Ale po dłuższym czasie ta sama osoba wypija mniej, a jest tak samo pijana jak wcześniej. Ten mechanizm już wyraźnie mówi o rozwiniętym uzależnieniu. Dlatego też ludzie, których widujemy na ulicy, że wciąż „są pod wpływem” (np. niektórzy bezdomni), często nie piją dużych ilości alkoholu – im wystarcza już niewielka ilość. Ale jak to się dzieje, że w ogóle stają się bezdomni? Oczywiście myślę tu tylko o jednej przyczynie, jaką jest uzależnienie od alkoholu, ponieważ powodów bezdomności może być wiele. Picie alkoholu – początkowo niewinne – staje się coraz bardziej problemowe i na tym także polega ta choroba, iż dany człowiek pije: za dużo, zbyt często, i ponosi z tego powodu liczne straty i negatywne konsekwencje, a mimo to nie wycofuje się z picia. Mówiąc obrazowo: kiedy zdrowy człowiek dotknie pieca, który okaże się gorący, to więcej tego nie powtórzy; a alkoholik, mimo wielokrotnych oparzeń – ponownie spróbuje, a nuż tym razem się uda (nie upić i nie narozrabiać)?

 

Niestety, im dalej w las, czyli w proces uzależnienia, tym negatywne konsekwencje są poważniejsze: od bólu głowy na drugi dzień, po dotkliwsze i bardziej bolesne objawy „zespołu abstynencyjnego”.

Są to objawy po piciu często kilkudniowym, kilkutygodniowym czy miesięcznym, takie jak: drżenie rąk i całego ciała, lęki, poty, nudności i wymioty, zaburzenia krążenia i oddychania, napady drgawek i utraty świadomości. Te konsekwencje dotyczą zdrowia i nasilają się na przestrzeni lat. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że dany człowiek pije całymi dniami czy tygodniami, prędzej czy później zacznie mieć problemy w pracy i z reguły ją straci (albo jego wyrzucą, albo sam do niej nie pójdzie, nie mając siły lub ochoty). W wersji subtelniejszej tej choroby, np. często u kobiet, picie alkoholu może odbywać się tylko wieczorami lub w weekendy, więc kobieta pracy nie straci, jednak ma trudności w dotrzymywaniu terminów, ma braki w koncentracji uwagi lub problemy z pamięcią. Warto zaznaczyć, że osoba pijąca – bez względu na to, czy to mężczyzna, czy kobieta – żyje w jakiejś rodzinie i ta rodzina również ponosi „skutki picia wódki”. Początkowe niezadowolenie bliskich, może jakieś obawy i próby pomocy kończą się awanturami i przemocą, a często rozstaniem (albo porzuceniem tej rodziny przez alkoholika/alkoholiczkę, albo sama rodzina doprowadzi do wydalenia osoby zaburzającej funkcjonowanie rodziny – przez rozwód, eksmisję lub swoją wyprowadzkę z domu). A skoro doszliśmy do konsekwencji prawnych – obejmują one także mandaty, zabranie prawa jazdy za prowadzenie w stanie nietrzeźwości, kary za bójki, awantury i przemoc, wyroki i pobyty w zakładach karnych.

 

Najczęściej w swojej pracy spotykam uzależnionych mężczyzn i uzależnione od ich funkcjonowania żony, tzw. osoby współuzależnione. Obrazowo można by powiedzieć, że alkoholik kręci się wokół butelki z alkoholem, a jego żona wokół niego – próbując zapobiec piciu, kontrolując, ile wypił, niwelując konsekwencje jego picia…

Podstawowe cechy osoby współuzależnionej to nadkontrola i nadopiekuńczość, czyli zachowania przesadzone, które przynoszą więcej negatywów niż korzyści, ponieważ alkoholik specjalizuje się wtedy w wymyślaniu usprawiedliwień i kłamstw, aby móc się „spokojnie” znów napić. Osoby współuzależnione (najczęściej kobiety, ale może to być też mężczyzna) pytają mnie: jak to zrobić, żeby on przestał pić? Odpowiedź jest prosta i trudna zarazem. To alkoholik/ alkoholiczka musi coś zrobić: musi chcieć przestać pić, poświęcić swój czas i energię, żeby się leczyć. Ponieważ jest to choroba (ma swoje objawy, przebieg i proces zdrowienia), trzeba ją leczyć. Da się ją zatrzymać, ale nie wyleczyć – co oznacza, że osoba uzależniona już nigdy nie będzie mogła wrócić do towarzyskiego sposobu picia. Oczywiście można jej pomóc w tym procesie, pozwalając na ponoszenie konsekwencji picia alkoholu, namawiając na leczenie oraz terapię, czasem zawożąc na odział szpitalny, ponieważ osoba chora często sama nie będzie w stanie tam zadzwonić, umówić terminu i pojechać. Ale na terapię musi umówić się już sama.

 

Alkoholizm jest chorobą nie tylko biologiczną, ponieważ obejmuje także psychikę, ducha, sferę zawodowa i rodzinną. Dlatego leczenia potrzebują wszystkie te obszary.

Czy Bóg może uwolnić od uzależnienia? Oczywiście, że może, jak z każdej innej przewlekłej czy śmiertelnej choroby. Ale częściej odsyła do specjalistów i lekarzy, posługując się ich rękami. Zawsze powtarzam moim pacjentom, że leczenia wymaga cała rodzina, zarówno osoba uzależniona, jak i współmałżonek, ponieważ choroba dotyka i zmienia całą rodzinę. Paradoksalnie, czasem nawet rodzina rozpada się po tym, jak on przestał już pić, a „trzymała się” kiedy pił. Bez pomocy specjalistów i terapii, bardzo trudno jest wrócić do zdrowego funkcjonowania rodziny – nadal są pomieszane role, więc nie wiadomo, kto i za co jest odpowiedzialny, kto ma podejmować decyzje, np. w sprawie finansów, dzieci itd. „Do tej pory jego nie było, a teraz przestał pić i chce rządzić!” – słyszę od moich pacjentek, niezadowolonych z obecnej sytuacji, ponieważ trudno im oddać część władzy i część obowiązków, skoro się przyzwyczaiły, że wszystko jest na ich głowie. Ale, na szczęście, Bóg dał nam terapię, która pomaga uporządkować te wszystkie nieuporzadkowania w rodzinie i małżeństwie. Najgorsze, co można zrobić i myśleć, to: „Poradzę sobie sam/sama” – i dotyczy to zarówno osoby uzależnionej, jak i współuzależnionej – ponieważ trwając w beznadziejnej sytuacji, wyjść z niej można, tylko korzystając z pomocy innych (Boga, terapii oraz Wspólnoty Anonimowych Alkoholików czy Al-Anon). Wtedy to, co wydawało się beznadziejne, okazuje się nową nadzieją. Wielu moich uzależnionych a niepijących pacjentów mówi, że ta choroba, a potem jej leczenie – dało im nowe życie, ponieważ dowiedzieli się więcej o sobie, swoich potrzebach i oczekiwaniach, nauczyli się rozmawiać o uczuciach i emocjach, potrafią sobie radzić z napięciem i stresem w obecnym życiu. Mówią wręcz, że dziś są nowymi ludźmi. Gdyby mogli cofnąć czas, nie chcieliby się ponownie uzależnić, ale na pewno podjęliby terapię, aby uniknąć uzależnienia i zmienić te czynniki, które mu sprzyjały.

.

.

Szum z Nieba nr 145/2018

 

 

 

 

 

 

 

 


Zachęcamy do książki o. Remigiusza Recława SJ - "Spotkanie z miłosierdziem". Treści książki pomogą ci spotkać się z miłosiernym Bogiem, który wyciąga rękę, aby pomóc nawe w najtrudniejszych sytuacjach. Więcej znajdziesz tutaj!

 

 

 

 

 

 

.

.

(zamieszczono 2019-01-08)