Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 36 gości 

Gdy ktoś z tobą nie rozmawia, ty z nim rozmawiaj, gdy ktoś ciebie nie dostrzega, ty go dostrzegaj; gdy ktoś twojego wzroku unika, ty się nastręczaj ze swoim spojrzeniem; gdy ktoś zapomina tobie usłużyć, ty go staraj się obsłużyć. Ty pierwszy, ty zawsze kochaj pierwszy.

kard. Stefan Wyszyński (Choszczówka, 26.12.1974)

 

Jak wybaczyć zdradę?

Samo słowo „zdrada” jest jak zadra. Jak drzazga wchodząca w serce i głęboko pod skórę. I właśnie to, czego najbardziej się bałam w małżeństwie, stało się moim krzyżem, ale i okazją do spotkania Boga. Moja historia to historia o zdradzie człowieka i o wierności Boga – może ktoś z was odnajdzie w niej światełko nadziei dla siebie. Naszego życia nigdy nie widzimy w całości, przeżywamy jedynie teraźniejszy fragment, który wydaje się bezsensownym cierpieniem. A może okazać się początkiem odnalezienia sensu życia!

 

 

Kilka lat temu zimą mój znajomy zachorował na raka trzustki. Pamiętam ten moment, gdy poczułam, że chcę się za niego modlić i że właśnie rozpoczyna się walka o jego życie: fizyczne i duchowe. Gdy modliłam się za niego, coraz bardziej poszerzała się przestrzeń odczuwania obecności Boga w mojej codzienności. Czułam wręcz głód, by każda chwila spędzona z Jezusem była jakąś formą modlitwy, rozmowy, bycia z Nim blisko, poznawania Go i słuchania. A jednocześnie chorujący znajomy zaczął się nawracać – podczas odwiedzin w szpitalu mogłam już modlić się za niego wstawienniczo. W tym czasie mój mąż stał się dziwnie zdystansowany. Oddalony, obcy. Rozmowy wręcz pogarszały sytuację, czułam się bezradna. Zadawałam sobie pytanie: dlaczego gdy w moim życiu duchowym dzieją się tak niezwykłe rzeczy, moje małżeństwo zaczyna coraz bardziej się psuć?

 

Przyszła wiosna, a wraz z nią Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Z radością wzięłam w nim udział i nie mogłam się doczekać efektów!

Seminarium było niezwykłym doświadczeniem wspólnego przeżywania i odkrywania wiary razem z grupką dzielenia, a ludzie w niej poznani stali się moimi przyjaciółmi i ogromnym wsparciem – bo paradoksalnie, gdy ja zawierzałam Bogu nasze małżeństwo, coraz bardziej wszystko się rozpadało. Ale przyjaciele ze wspólnoty przypominali mi, bym nie traciła zaufania, bo Duch Święty jest jak wiatr „wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża”. Gdy nasze małżeństwo przechodziło coraz większy kryzys (jeszcze nie wiedziałam, z jakiego powodu), nie brałam pod uwagę tego, że w mężu też toczy się walka duchowa. W tym czasie on prosił o uwolnienie od kłamstwa, o pomoc w podjęciu decyzji, czy mi wyznać trudną prawdę. Bardzo subiektywnie oceniałam męża, nie podejrzewając, w jak dramatycznym momencie życia się znalazł, ale i on nie był w stanie ze mną o tym rozmawiać. Widziałam jednak, że w jego sercu jest coraz więcej miejsca na relację z Bogiem. Zaczął nosić krzyżyk, obrączkę z różańcem, umówił się na rozmowę duchową z zaprzyjaźnionym księdzem, odmawialiśmy też wspólnie Nowennę do Matki Boskiej Rozwiązującej Więzy. Modlitwa zaowocowała czymś zupełnie innym, niż przypuszczałam. Niedługo przed Zesłaniem Ducha Świętego i końcem Seminarium, mąż wyznał mi, że kilka miesięcy temu… zdradził mnie. Ten moment rozegrał się tak jak opowieść o burzy na jeziorze w Ewangelii św. Łukasza: „Lecz On wstał, rozkazał wichrowi i wzburzonej fali: uspokoiły się i nastała cisza”. Cisza ogromna i straszna jednocześnie, ale oczyszczająca. Czułam, że Jezus naprawdę wysłuchał mojego wołania o pomoc! To był straszny i piękny moment: było przerażenie i szok, coś zassało mnie w próżnię – ale po chwili okazało się, że jednak mam czym i Kim oddychać!

 

Wyszłam z domu. Ciepła noc, środek miasta, wszystko zamknięte. Ale brama na dziedzińcu pod kościołem była otwarta. Usiadłam tuż pod drzwiami kościoła i wtuliłam się w mur przerażona tym, co się stało.

Miałam żal do Boga, czemu tu był ze mną, a nie z mężem; dlaczego dopuścił do tego wszystkiego… Miałam wiele głupich pytań i tylko jedną, najmądrzejszą odpowiedź, którą słyszałam w sercu: „Nie bój się, jestem z tobą”. Od tego momentu czułam, że to wszystko, co w moim duchowym życiu działo się od jakiegoś czasu, właśnie tamtej nocy objawiło swój cel i sens: Seminarium, wspólnota i nowa relacja z Bogiem. Czułam się po ludzku skrzywdzona, a jednocześnie bosko kochana i chroniona. W tak bezsensownym momencie życia, niespodziewanie czułam jego sens bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Tym sensem życia było poczucie bliskości Boga! Znajomi dziwili się, nazywali to stresem pourazowym, szokiem lub wyparciem. Myślę, że martwili się o mnie, ale też nie rozumieli mnie tak, jak przyjaciele ze wspólnoty, którzy patrzyli na tę sytuację z zupełnie innej perspektywy. I modlili się za mojego męża, by w tym pogubieniu odnalazł drogę do Boga. Ku mojemu zdziwieniu, prywatny dramat nie zamknął mnie w sobie, ale właśnie wtedy zaczęłam wychodzić na ewangelizacje uliczne. Nie umiem wymienić, jak wiele cudownych ludzi i sytuacji mnie wtedy spotykało; nie wiem, jak to możliwe, że będąc w takim bólu, czułam radość i ogromną wdzięczność za to, co dobrego dzieje się w tym trudnym czasie. Pełne zaufanie Bogu i prośba, żeby to On mnie dalej prowadził, pozwalała mi spojrzeć na tę sytuację z wdzięcznością. Modliłam się o naprawę naszego związku i tak się stało, choć zupełnie nie „po mojemu”, bo radykalnie i do szpiku kości (choć z najlepszym środkiem przeciwbólowym, jakim jest Jego miłość). Bóg po prostu oczyścił wszystko, co było kłamstwem i grzechem, a wlał w to miejsce samego siebie. Przez kilka tygodni nie mieliśmy z mężem kontaktu i myślę, że był to czas potrzebny mi na ochłonięcie i skupienie się na modlitwie. To nawet nie była modlitwa, to było przytulenie się do Boga. Na nic więcej nie miałam siły. Nie prosiłam o nic, bo wszystko miałam – Bóg jest wiernością. On naprawdę nigdy nas nie zostawia, ale Jego obecności trzeba się uczyć, by rozpoznać jej różne wymiary: od cichszej, dyskretnej, niewyczuwalnej, do takiej wręcz fizycznej bliskości, tuż obok.

 

Przyszło lato. Po kilku tygodniach milczenia stopniowo zaczynaliśmy z mężem rozmawiać, bo trzeba było ustalić, co dalej z nami.

Na pierwszym spotkaniu zabrałam go w nocy do kaplicy, gdzie można całą dobę adorować Pana Jezusa. Posiedzieliśmy przy Nim chwilę. To była niezwykła randka. Smutna, w ciszy, ale z Bogiem. A w rocznicę ślubu mąż zabrał mnie do kościoła, gdzie braliśmy ślub. Naprawdę tylko tyle, żadnych prezentów, spektakularnych przeprosin? – pytali niektórzy. Moim zdaniem, to był najlepszy prezent dla nas, który powoli owocował. Mąż zaczął chodzić ze mną do kościoła w niedzielę. Przez całą naszą znajomość, narzeczeństwo i małżeństwo modliłam się o to – myślałam, że bezskutecznie, a jednak tak się stało. I to w najlepszym, długo wyczekiwanym momencie. Próbowaliśmy dalej razem mieszkać, rozmawiać, odbudowywać i budować na nowo. Nie będę ukrywać, że było trudno. Po ludzku – czasem beznadziejnie. Zdradę czułam w ciele wręcz fizycznie, jak kolec, który mocno siedzi w sercu, w płucach, w głowie, więc z każdą myślą czy oddechem niespodziewanie się na niego nadziewasz, przebijasz i kaleczysz. Gdy już zaczyna być miło, gdy od nowa buduje się bliskość – właśnie wtedy przychodzi ta jedna myśl i podważa sens pracy nad zaufaniem. Jest to wielka, podstępna pokusa i ciągła walka duchowa, by nie wybrać „łatwiejszej” drogi.

 

Nie wiedziałam, jak wybaczyć. To by się wiązało ze zrozumieniem, usprawiedliwieniem, zapomnieniem – co wydawało mi się niemożliwe. A wtedy Bóg zaprosił mnie na rekolekcje ignacjańskie.

Wrześniowy wyjazd na Fundament do Porszewic był niezwykłym czasem. Liczyłam na to, że dostanę odpowiedź, czy dalej być w małżeństwie, czy się rozstać. Miałam też nadzieję na refleksyjny odpoczynek w ciszy, na relaks duchowy po trudnym okresie. A tymczasem to była duchowa siłownia i prawdziwy wycisk… łez! Wróciłam z Fundamentu z niesamowitymi zakwasami (w końcu to ćwiczenia duchowe!), ale i szczęśliwa. Bóg powiedział mi tyle niezwykłych rzeczy… Przy czym w ogóle nie dał mi odpowiedzi co do decyzji, jaką powinnam podjąć, ale przez te kilka dni rozmawiał ze mną o MNIE. Nie o moim mężu, nie o nas, nie o rodzinie, ale o mnie. Dzięki Niemu spotkałam siebie, poznałam swoje imię i tożsamość, która jest poza kontekstem relacji z innym ludźmi, poza rolami i funkcjami, jakie pełnię na co dzień, poza ranami, które mi zadano lub sama je sobie zadałam. To było niezwykłe, nowe spojrzenie na siebie Jego oczami! Każdy, kto doświadczył medytacji podczas rekolekcji ignacjańskich, wie, jak intymna relacja nawiązuje się podczas tych kilku dni. Odkryłam, że niezależnie, jaką decyzję podejmę, Bóg będzie ze mną. Będzie mnie wspierał, kochał, odnajdywał, gdy się zagubię, i czekał, gdy na chwilę się zatrzymam w drodze do Niego – bo On jest wolnością i tę wolność też daje nam.

 

Zimą zmarł mój znajomy, za którego ponad rok z wieloma osobami się modliłam. Jestem pewna, że nasza modlitwa była wysłuchana, bo umierał przytulony do Boga. A w jego wcześniejszym życiu byłoby to nie do pomyślenia!

Nadchodziła kolejna wiosna, prawie rok od naszego małżeńskiego kryzysu. Bóg dał mi już bardzo wiele, ale nadal wybaczenie mężowi było dla mnie czymś trudnym, pomimo że mąż starał się naprawić naszą relację. Podczas jednej ze spowiedzi zaprzyjaźniony ksiądz poprosił mnie, bym w domu powiedziała mężowi, że go kocham. Zabrało mi to kilka dni… Ta pozornie prosta rzecz była jakby odpieczętowaniem mojego serca. Niedługo potem, gdy się tego naprawdę nie spodziewałam, mąż powiedział, że w Wielką Środę idzie do spowiedzi (pierwszej po wielu latach!) i poprosił, żebym w tym czasie też była w kościele. Tego dnia w kościele była adoracja, więc usiadłam, by podziękować Jezusowi za spowiedź męża. Nagle poczułam w sercu łagodne, ale stanowcze skarcenie: „Ja mu właśnie wybaczam, a ty nie możesz?”. A wtedy zalała mnie fala miłości! Wyraźnie czułam, że to Jego głos: „To nie ty, ale to Ja w tobie wybaczam. Ty naprawdę nic nie musisz, tylko to przyjmij ode Mnie”. I poczułam, że Bóg w jednej chwili wyjął z mojego serca tę zadrę, którą się ciągle kłułam. W Niedzielę Wielkanocną pierwszy raz od kilku lat poszliśmy razem do Komunii.

 

Moje uzdrowienie nastąpiło w momencie, gdy dziękowałam, a nie prosiłam. Gdy uwielbiałam, a nie wymagałam…

Wybaczenie to przekroczenie siebie, gdy zaufa się Bogu i poda Mu rękę, by to On prowadził. A wtedy On w nas robi ten krok. Może na tym polega Jego miłosierdzie – na wyjmowaniu cierni z naszych serc, bo Bóg jest zawsze większy od naszego bólu? Dostrzeżenie Jego obecności, miłości i wierności w moim zranieniu wyleczyło mnie, bo Bóg właśnie w mojej ranie był ze mną najbliżej. A Jego miłość zwróciła mi wolność. Nie straciłam pamięci o tym, co się stało, ale odzyskałam wolność serca – mogę kochać bez bólu. Trudno to opisać, ale naprawdę wiem, że Bóg zrobił coś, na co sama nie miałam pomysłu ani siły: On wybaczył we mnie.

Oliwia

.

.

Dim lights Embed Embed this video on your site

.

.

.

Szum z Nieba nr 151/2019

 

 

 

 

 

Zachęcamy do książki o. Remigiusza Recława SJ "Spotkanie z miłosierdziem". Książka pomaga spotkać się z kimś, kto nie przestaje wierzyć w ciebie, nawet gdy popełniasz błędy, kto czuwa nad tobą w najtrudniejszych sytuacjach - z miłosiernym Bogiem. Więcej znajdziesz tutaj!

 

 

 

 

 

.

.

Polecamy też książkę o. Remigiusza Recława SJ "Kobiety szalone dla Jezusa", dzięki której zobaczysz, że nie jesteś sama, rozpoznasz Jezusa, który jest zawsze obok i doskonale cię rozumie. Więcej znajdziesz tutaj!

 

 

 

 

 

.

.

(zamieszczono 2019-02-08)