Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 58 gości 

Miłość wymaga, by ewangelizator był pogodny i radosny: Nie może wyglądać jak skwaszony ogórek, musi przezwyciężać siebie, a w momentach ciężkich, gdy już nie możemy dać sobie rady ze sobą i jesteśmy specjalnie trudni dla ludzi, jest jeszcze wyjście: albo się pomodlić, albo iść się przespać. Ale ludziom lepiej w takich sytuacjach na oczy się nie pokazywać, by nie powiedzieli o nas: A to jędza!

kard. Stefan Wyszyński (Warszawa, 6.08.1964)

 

Dragi, długi i lawina dobra

Moje dzieciństwo miało różne oblicza, ale na przestrzeni lat to w sobie przepracowałem i kocham moich rodziców. Tata nie bardzo sobie ze mną radził, ze sobą chyba też, więc problemy wychowawcze rozwiązywał batem, a jego ulubionym zdaniem motywacyjnym było: „Do niczego się nie nadajesz”. Rodzice i dziadkowie (jak to kiedyś określił ks. Kaczkowski) nie napraszali się Panu Bogu, a jedynym nośnikiem spraw związanych z wiarą była babcia ze strony taty. Tyle że relacje z babcią były pogmatwane. Powiedzmy otwarcie, że bogobojnym młodzieńcem nie byłem – do tego miałem dużo inspiracji z biblioteki taty, głównie autorów o lewicujących poglądach.

 

Tak dorastając, kształtowałem w sobie przekonanie, że wiara to zabobon i gusła, duby smalone bab wiejskich, a babcia ze swoimi psiapsiółkami były dla mnie chodzącą antyreklamą Kościoła. Ich pobożność nie była w stanie ani mnie zainteresować, ani skłonić do zaangażowania. Gdy miałem kilkanaście lat, w Polsce w głównym nurcie przekazu Kościół był na ciężkim cenzurowanym, więc będąc w radzie szkoły – z zapamiętaniem walczyłem, by wyrugować krzyże ze szkół. A że Markiza de Sade od dechy do dechy przeczytałem w młodym wieku, wpłynęło to nie tylko na mój stosunek do Kościoła, ale i na postrzeganie seksu, kobiet i całej sfery emocjonalnej. Dodatkowo dzieciaki dorastające w latach dziewięćdziesiątych nie miały problemu z dostępem do alkoholu i picie było czymś oczywistym. A czym skorupka za młodu nasiąknie… Jako (podobno) już dorosły gość, szybko wsiąknąłem w środowisko różnych życiowych połamańców: trochę cwaniaków, wiecznych imprezowiczów, ludzi z policji, trochę kryminalnych, mniej lub bardziej bandytów i całej masy pozerów, dla których był to wymarzony styl życia.

 

Schodami w dół

Stąd była prosta droga do oficjalnego i nieoficjalnego hazardu. A gdy życie zamieniło mi się w jedną wielką imprezę, szybko pojawiły się dragi: narkotyki, dopalacze. To był zupełnie inny świat – znikały problemy, człowiek unosił się 30 cm ponad chodnikami, a imprezowe dziewczyny ustawiały się w kolejce, mówiąc: „Ja słyszałam, że ty tak fajnie żyjesz. Daj znać, jak będziesz szedł na miasto”. Jakkolwiek by to idiotycznie nie brzmiało, była grupa ludzi, którym to imponowało, bo było kolorowo. Sex, drugs and rock’n’roll to hasło, które ciągle ma swoją pokręconą moc. Wkrótce stałem się jednym z najbardziej autodestrukcyjnych ludzi, jakich znałem: sypiałem z przypadkowymi lafiryndami na bocznicy kolejowej, podczas narkotycznych maratonów po kilka dni mieszkałem w parku, bywałem zatrzymywany przez policję. Myślałam, że to się zdarza każdemu – niektórzy kumple byli już w psychiatryku, kilku nie żyje, a że mnie czasem zgarną z ulicy, to przecież nie ma dramatu! Raz straż miejska zgarnęła mnie nieprzytomnego z chodnika w wejściu do Manufaktury – robiłem tam za wycieraczkę. Zawieźli mnie do ośrodka terapii uzależnień. Kiedy odzyskałem przytomność, obudziłem się nagi, przypięty skórzanymi pasami do blaszanego stołu, pod migoczącą żarówką. Jedyne, co byłem w stanie później odtworzyć, to że wypłaciłem z bankomatu 4 tysiące, żeby w kilka godzin się naćpać i skundlić do tego stopnia, że strażnicy miejscy i sanitariusze mnie reanimowali, i cud, że przeżyłem. Gdy pobrali mi krew do badania, wynik miałem mistrzowski: 6,11 promila i pół tablicy Mendelejewa w sobie. W moim przekonaniu stało się to po tym, gdy wyszedłem na piwo, ale nie pamiętałem, co się działo później… Gdy stamtąd wychodziłem, lekarz powiedział: „Panie Gawle, do zobaczenia”. „O czym ten koleś mówi, jakie do zobaczenia? – myślałem. – To był wypadek przy pracy, więcej się nie spotkamy”. Tego samego dnia leczyłem już delirkę w knajpie. Innym razem, po tygodniowej imprezie siedzieliśmy w knajpie z kumplami, naćpaliśmy się i zacząłem odfruwać. Przedawkowanie to wyjątkowo paskudne uczucie. Trochę mnie odratowali, 10 godzin pospałem, wstałem. „No to co, żyjesz?” „Żyję. I dalej ogień!”

 

Coraz mniej realu w realu

Trudno mi było pogodzić te aktywności życiowe, studiować prawo i osiągać dobre wyniki w pracy. Pewnego dnia w dziekanacie pani Beatka zapytała mnie: „Panie Gawle, a chce pan skończyć te studia?”. Mówię: „Tak, chcę”. „No to właśnie pan je skończył. Pan pójdzie do pani dziekan, podpisze co trzeba i do widzenia”. I tak się skończyła moja przygoda ze studiami… I rozjeżdżałem się dalej. Kończyło się różnie, raz nawet skakaniem z dachu przy ul. Piotrkowskiej. Długotrwałe halucynacje były standardem. Na ogół wracałem do domu, ale do czasu – do trzeciego przedawkowania. Tym razem nie wróciłem do własnego, ale włamałem się obcym ludziom do domu i samochodu. Spacyfikowała mnie policja i następnych parę dni spędziłem u nich. Leżąc w areszcie na betonie w samych gaciach, w drgawkach, przykryty śmierdzącym kocem, zacząłem odzyskiwać kontrolę nad sobą i czułem się źle. Prawdę powiedziawszy, czułem się jak gówno. Zobaczyłem wtedy swoje życie jako ciąg obrazów: gdzie się znalazłem, jakie miałem marzenia, a jak moje życie wygląda teraz. I przypomniałem sobie tego lekarza, który mówił: „Do zobaczenia”. Taki byłem wściekły na niego, a on po prostu wiedział! Skąd wiedział, że do zobaczenia? Poryczałem się jak dziecko i byłem przerażony.

 

Gorzki smak przebudzenia

Oczywiście nie było od razu cudownej przemiany, jeszcze parę występów zaliczyłem, choć bez narkotyków czy dopalaczy. Po tylu latach organizm miałem tak wyczerpany, że gdy spróbowałem podejść do dragów, koszmarnie się czułem i wiedziałem, że mogę nie przeżyć. Jak widziałem, że pojawiają się dragi, to zamykałem się przed kumplami, żeby nie brać. Siedziałem w domu parę miesięcy, bo na żadną terapię nie chciałem iść. Patrzyłem w sufit, miałem gąbkę zamiast mózgu. A potem powoli zacząłem wchodzić w normalne interakcje z ludźmi, zacząłem przychodzić do biura, robić ludziom kawę, gadać z nimi. Ale pojawił się poważniejszy gnój, bo długi zaczęły dawać znać o sobie. Zorientowałem się, że mam dwadzieścia kilka lat i… kilkaset tysięcy złotych długów! Od kiedy poszedłem do pierwszej pracy, oprócz „legalu” zawsze były jakieś „boki”, więc nigdy mi nie brakowało, ale pod koniec moich baletów wyprzedawałem już wszystko, co wpadło mi w ręce: książki, monety, znaczki. Wszystko jedno, po ile. Znajomych miałem różnych, niektórzy byli fajni, ale część to nieprzyjemni faceci. Przerabiałem z nimi rozmowy z gatunku „męskich”, że trzeba jednak oddawać pieniądze, bo to bardzo nieładnie z mojej strony. A gdy miałem do tego zbyt luźny stosunek, to było mi przypominane, że jest jeszcze mama na przykład… Zacząłem spłacać. A jak zacząłem już cokolwiek zarabiać, wziąłem kredyty, bo banki jednak nie strzelają w kolana, nie dzwonią, że pobiją ci matkę lub że utną rękę. Nie piłem już, nie ćpałem, natomiast zaczęły wyłazić kolejne problemy. Dotychczas moim sposobem na zaspokajanie potrzeby bliskości była pornografia, później seks, ale gdy się wchodzi w taki hedonistyczny świat, to wkrótce proste bodźce przestają wystarczać.

 

Poszukiwanie sensu

Ponieważ miałem mocno rozwinięty zmysł krytyczny, podawałem w wątpliwość wszelkie przejawy wiary w cokolwiek – choć z drugiej strony, zawsze mnie to bardzo interesowało. Kiedyś mój prezes, założyciel firmy, zaczął przejawiać takie zachowania. Tak sobie dodałem dwa do dwóch i pytam: „Filip, czy ty zacząłeś praktykować buddyzm?”. Trochę zaskoczony, że się zorientowałem (miałem znajomych buddystów, więc to nie było trudne), powiedział, że tak. Gadałem z nim o tym i pomyślałem, że może bym czegoś poszukał w duchowości – ale na pewno nie w tym zepsutym, zgnuśniałym Kościele! Zacząłem praktykować buddyzm. Chodziłem do różnych ośrodków buddyjskich, ale że mam umysł dosyć analityczny i logiczny, zacząłem im zadawać pytania. A ci ludzie nie potrafili na nie odpowiedzieć. Zacząłem też ich obserwować i doszedłem do wniosku, że na szczęśliwszych niż reszta populacji to mi nie wyglądają. Więc coś mi tu nie stroi. Ponieważ interesowałem się historią sztuki, podczas którejś Nocy Muzeów w Łodzi poszedłem do kościoła św. Mateusza. Tamtejszy proboszcz był fajny, opowiadał o swoim kościele, ale także o Kościele ewangelickim i o Reformacji. Stwierdziłem: mądry facet, ja bym go posłuchał. Zacząłem tam przychodzić i uczestniczyć w ich nabożeństwach. Dużo pracują Słowem i to było zupełnie coś innego niż zapamiętany z dzieciństwa babciny paciorek. Ale później proboszcz się zmienił, a nowy już nie był taki fajny, nie głosił Słowa z mocą. Natomiast słuchałem sobie różnych wykładów na YouTube, nie zastanawiając się, czy to nauczanie ewangelickie, czy katolickie.

 

Bóg na poważnie

Kiedyś YT wyrzucił mi dwugodzinny wykład o. Marka Blazy o tym, jak przez wieki kształtował się sakrament pokuty. Po trzech minutach mówię sobie: „Jaki mądry koleś! A jak fajnie mówi!”. Potem sprawdzam i patrzę, a to jezuita… Masakra! Nie dosyć, że Kościół katolicki, to jeszcze jezuita, żołnierz papizmu! Ale że mądrze gadał, to sprawdziłem, co tam jeszcze u jezuitów w Internecie słychać. Znalazłem mocną konferencję o. Remigiusza Recława o lękach i pomyślałem, że inaczej to wygląda, niż mi się wydawało. Może trzeba spróbować? Dobra, przyjdę do tego ich kościoła. Wszedłem na stronę parafii, zobaczyłem Mszę niedzielną „ostatniej szansy”, czyli o 20.30. Pomyślałem, że to jest Msza dla takiego człowieka jak ja! Mszę odprawiał o. Zygmunt – dobry gość, z kaznodziejskim zacięciem. Sprawdziłem go szybko, żeby wiedzieć, kim jest. Posługiwał w Syrii. A że wschodnia duchowość zawsze była dla mnie pociągająca, to zacząłem przychodzić. Ale czegoś mi jeszcze brakowało. Przypomniałem sobie, co o. Blaza mówił o sakramencie pokuty. Pomyślałem, że trzeba się do tego jakoś zabrać. Tylko jak się spowiadać, skoro ostatni raz robiłem to przed Komunią, żeby dostać klocki LEGO? Postanowiłem więc, że klęknę sobie i powiem, że zielony jestem, więc żeby mnie ksiądz za rękę poprowadził. I tu wpadłem na minę! Konfesjonał został wybrany losowo. Siedział w nim ksiądz, który przetyrał mnie przez dwie godziny z całego życia! A kiedy zaczął zadawać pytania, zobaczyłem, że w moim życiu wszystko było do góry nogami… Ale zagryzłem zęby i dałem radę. W sumie dobre doświadczenie.

 

Jestem kochany i potrzebny?!

Dalej szukałem w Internecie czegoś na temat spowiedzi i znalazłem, że warto mieć jednego spowiednika. Zacząłem więc przychodzić do o. Remigiusza, a jednocześnie słuchałem dużo jego konferencji w Internecie, a także ks. Jacka Wiosny Stryczka i bp. Grzegorza Rysia z Krakowa. I tak to Słowo we mnie pracowało i rosło. Przeczytałem, że jest coś takiego jak wspólnota Mocni w Duchu. Pomyślałem, że chciałbym do nich iść, ale tam pewnie trzeba skolekcjonować wszystkie odznaki harcerskie i sprawności z dziesięciu lat, więc mnie nikt nie zaprosi. Ale po którejś spowiedzi o. Remi mówi: „Jest taka grupa «Mocni w Duchu», może byś przyszedł?”. Byłem wniebowzięty! Trafiłem tam tego dnia, gdy o. Remi mówił im konferencję na temat przypowieści o synu marnotrawnym. I dosyć grubo pojechał, opisując stan tego syna, który wraca brudny i śmierdzący, po spaniu w chlewie, jakby go ktoś z gówna wyjął (jakbym widział siebie pod tym śmierdzącym kocem!). A ja wtedy miałem takie myśli, że fajnie, że się Pan Bóg w moim życiu pojawił, ale ja do Niego nie pasuję. Gość, który pił, ćpał, oszukiwał jest unurany w brutalnym seksie, ogólnie siedlisko grzechu i zepsucia. A ci ludzie na spotkaniach są inni, fajni, cacy poukładani, tylko ja coś w życiu przegapiłem… A Remi w trakcie konferencji mówi: „Jesteś kochany i potrzebny”. Naprawdę?! Serio, ja? To znaczy, że mam jakąś wartość? Łzy napłynęły mi same do oczu. A potem już poszło lawinowo…

 

Schodami w górę

Zacząłem zmieniać podejście do pieniędzy, do kobiet, do seksu, do życia w każdym aspekcie. A Słowo, którego słuchałem, mocno we mnie pracowało. Pozmieniały mi się relacje i prywatne, i w pracy! Kiedy wychodziłem z moich przygód, to miałem w sobie duży ładunek gniewu, więc nadal pojedynkowałem się ze światem: dlaczego nie jest tak, jak ja chcę, czemu przez to musiałem przejść? Inni pokończyli studia – ja nie, inni zakładają rodziny – ja nie, inni mają oszczędności – ja mam długi. I to jest frustrujące! Natomiast odkąd wszedłem w relację z Panem Bogiem, potrafię akceptować wszystko po drodze i czerpać radość ze wszystkiego. Jest spokój, świat się nagle zrobił uporządkowany. Myślę, że moje problemy finansowe były większe niż u przeciętnego Kowalskiego. Ale w konferencji Marcina Zielińskiego i wykładach Jacka Weigla usłyszałem, że portfel nawraca się jako ostatni, więc od tego czasu zacząłem oddawać dziesięcinę. Zmienił się mój stosunek do pieniędzy, do pracy, bo nie możesz stojąc w prawdzie pójść i „kręcić” dla zysku, naginać rzeczywistość czy manipulować ludźmi, nie mówiąc już o tym, żeby kogoś okantować, a na końcu zapłacić dziesięcinę! Mam frajdę z życia, z wiary, a kiedyś jej nie miałem. Najpierw byłem zlepkiem frustracji i nerwów. Potem byłem modelowym przykładem, jak przegrać swoje życie. A później chodzącym kłębkiem frustracji z poczucia przegranej, bo przecież nikt za mnie nie pił, nie ćpał itd. Ja to robiłem, ale mimo wszystko jest we mnie radość i wdzięczność. I choć długo musiałem poczekać na swoje Kochanie, to teraz jest też miłość i szczęście. To jest mega fajne, jak spotykam ludzi i zupełnie inaczej buduję z nimi relacje niż wcześniej. Jak mam doła i idę do biura – gdy powiem coś głupiego, to kumple z pracy przyłożą mi coś z moich tekstów. Na przykład, gdy tak sobie usiądę i zacznę pomstować na rzeczywistość, to oni mówią od razu: „Ale Gaweł, miłość i szczęście!”. Sam tego chciałem… Myślę, że bez nawrócenia bym tak nie miał – ani miłości, ani szczęścia. Miłość i szczęście, chwała Panu! Gaweł

.

.

Szum z Nieba nr 146/2018

 

 

 

Zachęcamy do książki Michała Borkowskiego "Jesteś zwycięzcą". Autor odpowiada na pytanie, jak namierzyć najważniejsze sprawy w życiu, jak żyć z pasją, świadomie i mądrze, a potem nauczyć tego swoje dzieci? Świetne pomysły, ciekawe spostrzeżenia i… mnóstwo dobrego humoru. Więcej znajdziesz tutaj!

 

 

 

 

 

.

.

.

(zamieszczono 2018-03-31)