Wyrwany ze szkoły zabijania

Kiedy byłem nastolatkiem, miałem marzenie, by założyć rodzinę i spełniać się jako mąż i ojciec. Chciałem być leśniczym, mieć dom w lesie i żyć w lesie, bo uwielbiam przyrodę. Był tylko jeden problem – nie umiałem poprawnie pisać. Robię bardzo dużo błędów, ponieważ mam dysortografię. W tamtych czasach potrafiłem w jednej pracy pisemnej zrobić 20-30 błędów. To była poważna przeszkoda, żebym mógł zdawać egzaminy do Technikum Leśnego, więc zrezygnowałem ze swojego marzenia.

 

Kiedy miałem 16 lat,odwiedził mnie kolega, który przyjechał na urlop z wojska. Był żołnierzem Legii Cudzoziemskiej.Podczas wizyty dużo mi o tym opowiadał. Jego opowieści mnie zachwyciły i ja też zapragnąłem wstąpić do Legii. Myślałem, że to wspaniała sprawa – pojadę na dwie, trzy wojenki, zarobię pieniądze i wybuduję ten dom w lesie, w którym będę mieszkał. Potem jeszcze spotkam kobietę, która zostanie moją żoną, i będzie super.Marzenie wyglądało na proste, ale… proste nie było. Zaciągnięcie się do Legii Cudzoziemskiej wymagało sporej odwagi, a ja jej nie miałem.Poszedłem więc do naszej armii. Miałem wtedy 18 lat. Przed wstąpieniem do wojska prosiłem Boga, by strzegł mojej duszy i sumienia. Jednak był to bardzo trudny czas.

 

Zostałem przydzielony do kawalerii powietrznej. To była jednostka, do której trafiały osoby trudne, sprawiające problemy, często z przeszłością kryminalną.

Naszym zadaniem było wykrywanie i niszczenie sił przeciwnika oraz odnajdywanie i ratowanie naszych załóg zaatakowanych na obcym terenie. Wyglądało to w ten sposób, że kiedy jakiś nasz oddział został zaatakowany przez wroga – musieliśmy tam wkroczyć i go uratować. To oznaczało zniszczenie, ostrzelanie wszystkiego i wszystkich dookoła, by wydostać naszych(tego typu akcje często są pokazywane na filmach wojennych). To były bezwzględne działania. Każdy rozkaz musieliśmy wykonać bez wahania. Zabicie człowieka było dla nas łatwiejsze niż dla większości ludzi splunięcie na chodnik. Byliśmy rzeźnikami na polu walki. W tym czasie dojrzała we mnie myśl, by po ukończeniu naszej służby wojskowej, wstąpić do Legii Cudzoziemskiej. Jednak na dwa miesiące przed wyjściem z wojska miałem wypadek – skręciłem nogę w kolanie i zerwałem więzadła krzyżowe. A miesiąc przed końcem służby miałem kolejny wypadek. Zostałem dopuszczony do dalszych ćwiczeń, choć poprzednia kontuzja nie była jeszcze wyleczona. W sumie przeszedłem cztery operacje, a moja rehabilitacja trwała osiem lat. Przez te lata miałem też sprawy sądowe o przyznanie mi renty i orzeczenie niepełnosprawności. W tym czasie działy się bardzo trudne dla mnie rzeczy. Ze względu na kontuzję kolana nie mogłem chodzić, jednak byłem oskarżany, że tak naprawdę to tylko symuluję. Przegrywałem też sprawy w sądach. Swoich praw dochodziłem sam, a że zdecydowałem się nie popuścić – spotykałem się z zastraszeniami, z otwartymi groźbami. Przez te osiem lat nie wychodziłem z domu bez noża. Bałem się, że gdziekolwiek się ruszę – mogę zostać zaatakowany za to, że walczę o sprawiedliwość dla siebie.

 

Te przegrane sprawy sądowe i ciągły lęk o życie tak mnie denerwowały, że zapragnąłem pozabijać ludzi, którzy do tego doprowadzali. W końcu tego zostałem nauczony i to wydawało się najlepszym rozwiązaniem.

Oni wykorzystywali swoją wiedzę i umiejętności, by ranić mnie – więc dlaczego ja miałem nie użyć swojej wiedzy i umiejętności, by załatwić sprawy tak, jak ja chcę? I właśnie wtedy, kiedy podjąłem tę decyzję, żeby zabić ludzi, którzy mnie krzywdzą – stał się cud. W tym czasie modliłem się w pewnym klasztorze pod Łodzią. Chodziłem tam do spowiedzi do franciszkanów. Mój spowiednik pewnego dnia powiedział: „Krzysztof, nie martw się. Za tydzień jadę na audiencję do Jana Pawła II, będę się modlił za ciebie i powierzę mu twoją sprawę”. Jakiś czas po tym wydarzeniu, zszedłem do piwnicy i zwróciłem uwagę na szafki, które tam stały. W przypływie impulsu rozbiłem je i zbudowałem klęcznik. To była nagła myśl. Wstawiłem klęcznik do pokoju i zacząłem się modlić. Bóg poprzez Matkę Bożą przyszedł do mnie z darem pokory i stopniowo zaczął zmieniać moje życie. Nie było mi łatwo przez to wszystko przejść. Byłem nauczony wykonywać swoje zadania, zabicie było najprostszym rozwiązaniem, a musiałem odpuścić – bo do tego zachęcał mnie Bóg.

 

Bóg mówił do mnie na modlitwie:„Krzysztof, ty nie możesz zabijać. Czego nie możesz polubić – pokochaj”. Nie wyobrażałem sobie, że można odpuścić. A jednak się udało…

W końcu po kilku latach sprawy sądowe się skończyły. Wtedy dowiedziałem się, że moje przypuszczenia, że ktoś chce mnie zabić, były prawdziwe. Gdyby nie pewna osoba w moim mieście, dziś byłbym trupem. Czekał już na mnie dołek z wapnem. To też jest cud, że po tej drugiej stronie Bóg również kogoś przemienił, dzięki czemu żyję. Po tym czasie czekało mnie kolejne osiem lat leczenia – tym razem ran po tych trudnych wydarzeniach. Musiałem nauczyć się żyć w codzienności i normalności. Uczyłem się pokory. Zacząłem zupełnie nowy etap w życiu. Nic z tego nie byłoby możliwe, gdyby nie codzienna modlitwa i relacja z Bogiem. Po tym najtrudniejszym czasie poczułem potrzebę robienia wszystkiego z Bogiem, tak jak On chce. Rozpocząłem Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym i tam, po modlitwie o uzdrowienie – dostałem zaproszenie do wspólnoty. Jestem w niej już dwa lata. Nie rozumiałem mojego życia: po co ono było, dlaczego spotkały mnie te trudne doświadczenia. Jednak dzięki rekolekcjom, wspólnocie i bliskiej relacji z Bogiem, zaczynam wszystko rozumieć. Wreszcie widzę sens. Dziękuję Panu Bogu za uratowanie mojego życia.

Krzysztof

 

Szum z Nieba nr 132/2016

 

 

 

Zachęcamy do książki o. Józefa Kozłowskiego SJ "Z grzechu do wolności". Więcej tutaj!

 

 

 

 

 

.

.

.

Oraz do książki "Spotkanie z miłosierdziem" o. Remigiusza Recława SJ, Więcej tutaj!

 

 

 

 

 

 

(zamieszczono 2017-01-03)