Zapamiętałem, jak smakuje wolność

Nie wierzyłem, że poradzę sobie „na wolności”, że jest coś więcej niż nałóg. Trudno przełknąć taką prawdę. Trochę tak jednak jest: nawet jeżeli jakimś cudem wygryziesz sobie wolność, nie masz mocy, aby uleczyć rany, które zło – i ty sam – zadaliście sobie. Tylko Jezus może to zrobić. Tylko On może przywrócić ci nadzieję, że lata nałogu cię nie definiują. Że jesteś czymś więcej niż swoją słabością. Tylko Bóg może wskrzesić w Tobie to, co zostało zabite.

 

Jezus powiedział do paralityka: „Wstań weź swoje łoże i idź” (Mt 9, 6). Lubię patrzeć na tę przypowieść teraz, ale kiedyś budziła we mnie sprzeciw. Historia zaczyna się jak jedna z wielu w ziemskiej działalności naszego Pana. Ludzie tłoczą się w kolejce do domu, w którym jest Jezus, bo słyszą, że jest to ktoś potężny, ktoś kto uzdrawia. Na początku jest determinacja bliskich paralityka. Jego przyjaciele odkrywają dach i spuszczają chorego razem z łożem do Jezusa. To właśnie ich miłość sprawia, że „Jezus się wzruszył”. Potem jest cud pojednania: „Synu, odpuszczają Ci się Twoje grzechy”. Wówczas faryzeusze zaczynają w myślach szemrać... Co by było, gdyby nie było cudu? Gdyby nie było widocznego uzdrowienia. „Co mi po odpuszczeniu grzechów, gdyby problem pozostał?” Duch Święty nie ocenzurował tej przypowieści. Co więcej, Jezus pyta: „Co łatwiej jest powiedzieć?” (odpuścić grzechy i pojednać Stwórcę ze stworzeniem czy uzdrowić?). Uderzyła mnie myśl, że w centrum cudu mógł nie być chory, ale faryzeusze i ich szemranie! Buntowałem się, gdyby tak miało być, bo i ja byłem paralitykiem. W moim przypadku paraliżem było uzależnienie od seksu. Zawsze czułem, że będąc w Kościele, jestem w tym sam. Brakowało mi świadectw ludzi zmagających się z takimi problemami. Dlatego piszę swoje.

 

Tak jak nasz znajomy paralityk długo nie mogłem się podnieść. Straciłem połowę życia – 14 lat. Nie byle jakich. Straciłem te najlepsze, które w życiu młodego człowieka decydują o tym, kim będzie. Nawet dziś dopadają mnie myśli: „Gdybym tylko mógł cofnąć czas i pomóc temu chłopakowi”. Ale wiem, że nie mogę, ponieważ jego już dawno nie ma.

Byłem mocno uzależniony, tak bardzo, że wytrwanie tygodnia w czystości brałem za jakiś ważny znak z góry. Bóg upominał się o mnie stale, a pewnego razu po prostu mnie uwolnił – z dnia na dzień. Bez zapowiedzi, bez modlitwy. Myślałem: „bez powodu”. Pamiętam to dobrze, ponieważ to było cztery miesiące po rekolekcjach ignacjańskich, po Fundamencie. Niezapowiedzianie, nieoczekiwanie. Przez dwa miesiące, przez tak krótki okres, byłem naprawdę wolny. W tym czasie przyjaciel zaproponował mi wspólną wakacyjną wyprawę. I tak w sierpniu 2010 roku grupa amatorów, w tym palacz i astmatyk, weszli na najwyższy szczyt Europy. Kiedy zeszliśmy do obozu na wysokości 3800 m. n.p.m., zrobiliśmy sobie przerwę.

 

Siedzieliśmy w milczeniu, popijając colę z puszki, słońce grzało w twarz, a ja czułem się wolny. Było tak, jakby ziemia należała do mnie, jakbym miał nad wszystkim władzę. Upadłem niedługo później bardzo mocno. Było gorzej niż poprzednio, ale na długo zapamiętałem, jak smakuje wolność.

Półtora roku później, Bóg próbował ponownie. Tym razem przyszedł pod postacią przyjaciółki, która zaproponowała, żebyśmy po prostu pomodlili się za mnie. Tak jak Izraelici na pustyni nie pamiętałem już dawnych cudów, wierzyłem nawet, że „Pan Bóg chce, abym uszlachetniał się w moim cierpieniu”. Byłem tak zrezygnowany, że nawet się nie buntowałem. Wybraliśmy jedną nowennę, do której miałem sentyment z dzieciństwa i następnego dnia – 06.01.2012 (święto Objawienia Pańskiego) zaczęliśmy.

 

Po dwóch dniach coś się zaczęło dziać. Pozornie wszystko było po staremu, ale obudziła się we mnie wola walki. Nie. Czułem się tak, jakbym ja chciał się wprawdzie poddać, ale coś mnie za uszy pchało do walki.

Metodą „jednego dnia i jednej nocy” doszedłem do symbolicznego tygodnia. (To bardzo ważne: zasada przyjmij horyzont jednego dnia). Nie muszę wspominać, że przy każdym kolejnym symbolicznym progu: tydzień, dziewięć dni, dwa tygodnie, powtarzałem, że to przecież niemożliwe!

 

To był najtrudniejszy czas. Gdy podejmujesz walkę, zdarzają się bezsenne noce… Czasem dwie lub trzy pod rząd. Trzymasz się wtedy kurczowo myśli, by doczekać do rana i za wszelką cenę starasz się nie upaść. Strasznie się wtedy dłuży.

Każdy, kto wie, o czym mówię, potwierdzi, że takie noce są najgorsze. Wszystko wtedy słyszysz. Każdą myśl. Każde słowo. Brzmi to mniej więcej tak: „Dobrze wiesz, że niczego nie udaję. Nie będę cię oszukiwać, że jeżeli to zrobisz, będziesz szczęśliwy. Obiecuję ci tylko, że poczujesz rozkosz i ulgę. No dalej… zrób to… Część ciebie mnie pragnie, więc ja nie odejdę. Byłem wieczorem, jestem tu teraz. W nocy, a jeżeli wytrzymasz noc, to wiesz, że wrócę jutro. Nigdy cię nie opuszczę. W końcu się zmęczysz, więc po co się opierać? Zawsze już będziemy razem”. Albo inaczej: „Zrób to po raz ostatni, nie obiecuję, że nie wrócę, ale jak odetchniesz, to następnym razem będziesz silniejszy, zdołasz mi się oprzeć. Jedno jest pewne, teraz ci się nie uda”. Gdy jakiś czas się udawało, pojawiał się lęk, że to tylko piękny sen, który kiedyś się skończy.

 

W takich chwilach myślałem tylko o tym, żeby znowu to zrobić, zrzucić napięcie, mieć święty spokój. Zdradzić nadzieję, żeby przez chwilę było lżej. Byłem jak Żydzi, którzy na pustyni wspominali, że w Egipcie był czosnek, cebula i ryby. Okropna rzecz, życie w strachu. Wy, którzy się zmagacie, wiecie o tym. Wiecie aż za dobrze.

W końcu „pękły” dwa miesiące… Ktoś kto nie był nigdy uzależniony, mógłby pomyśleć, że wtedy człowiek czuje się silny, albo z nadzieją patrzy w przyszłość. Szczerze mówiąc, byłem przerażony. Kawał czasu pielęgnowałem w sobie myślenie, że jestem zniewolony… Nie wierzyłem, że poradzę sobie „na wolności”, że jest coś więcej niż nałóg. Trudno przełknąć taką prawdę. Trochę tak jednak jest: nawet jeżeli jakimś cudem wygryziesz sobie wolność, nie masz mocy, aby uleczyć rany, które zło i ty sam sobie zadaliście. Tylko Jezus może to zrobić. Tylko On może przywrócić ci nadzieję, że lata nałogu Cię nie definiują, że jesteś czymś więcej niż swoją słabością.. Tylko Bóg może wskrzesić w Tobie to co zostało zabite i tak jak do mnie, tak też mówi do Ciebie:

 

„Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość” (Ap 2, 2). [On wie, ile razy próbowałeś.. Pamięta każdą próbę zerwania z nałogiem, każde postanowienie poprawy i każdą spowiedź, zarówno taką po której myślałeś, że jesteś wolny, jak i tę, po której wyszedłeś z myślą, że nic się nie zmieni].

„Znam Twój ucisk i ubóstwo” (Ap 2, 9). [On zna ten lęk i poniżenie… pamięta Twoje poczucie niemocy i smutek, który Ci towarzyszył…]

„Ty masz wytrwałość i zniosłeś cierpienie dla imienia mego – niezmordowany” (Ap 2, 3). [Wie, że choć burzyłeś się i oskarżałeś Go o bezczynność, nie odwróciłeś się od Niego... Nie poszedłeś na łatwiznę... Wie, że dochowałeś wierności prawdzie, nie negowałeś, że nałóg jest nałogiem, problem problemem, a grzech jest grzechem.. Jest dumny z Ciebie, że, prędzej czy później, podejmowałeś walkę na nowo].

„Ale mam przeciwko tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości” (Ap 2, 4). [On jednak wie, że uciekasz… Wie, że człowiek może regularnie się modlić, spowiadać i przyjmować Eucharystię, a jednak Go nie spotkać... Pragnie Ci powiedzieć, że On nie będzie mógł uzdrowić i ukochać tego, czego Ty najpierw nie uznasz i nie przyjmiesz w sobie samym… Wszechmocny Bóg będzie bezsilny, dopóki nie uwierzysz, że jesteś godzien miłości… Będzie bezsilny tak długo, jak wydajesz sam na siebie wyrok osądzający i ostateczny. Tak bardzo szanuje Twoją wolność, że prędzej pozwoli Ci, abyś mu odebrał Jego moc zbawienia w Twoim życiu, mówiąc MU, że nic nie da się zrobić. Bóg chce, abyś miał wiarę w Niego, a nie w moc nałogu].

„Przestań się lękać tego, co będziesz cierpiał” (Ap 2, 10) [To naprawdę On, sam w sobie, jest ratunkiem i uzdrowieniem.. Kiedy to zrozumiesz, odkryjesz że uwolnienie to proces, który odbywa się w toku spotkania. Zobaczysz wtedy, że uzdrowienie nie jest celem tego spotkania, ale jego owocem. Odkryjesz też, że to nie Twoja modlitwa, a Jego obecność, fakt, że jest w Tobie, przemienia, odnawia i uświęca.]

„Stań się czujnym i umocnij resztę” (Ap 3, 2) [Przestań traktować swój nałóg magicznie. Uwolnienie jest także zmianą Twojego myślenia. Gdy upadasz po paru dniach, po tygodniu, nie daj się skusić na myślenie „następnym razem się uda”. Spróbuj zacząć myśleć: „nie chcę tego robić i postanawiam DZIŚ tego nie zrobić” oraz „Taki jestem Jezu, zamieszkaj we mnie” Zaufaj Jezusowi mówiącemu, że „dość ma dzień swojej biedy”, bo przecież nikt z nas nie wie, co będzie jutro... Być może mamy tylko dziś. Gdy zaś przyjdzie czas, opowiedz innym swoją historię, bo wielu z nas cierpi myśląc, że są sami.]

 

Bóg pragnie zamieszkać w twoich ranach, bo właśnie one potrzebują uleczenia. Tak jak celnika Lewiego powołał w komorze celnej, tak też ciebie chce spotkać w tym, co jest w Tobie zdeprawowane i – nie ma znaczenia, jaki to nałóg, słabość lub brak nadziei.

Bóg chce dotknąć Twojego serca. Pragnie, byś uwierzył, że twoje grzechy cię nie określają, bo On jest z tobą. Pamiętaj wreszcie przyjacielu, że odkąd Jezus umarł na krzyżu, twoje słabości już do ciebie nie należą. Nie masz już prawa do rozpaczy, bo On się w niej zanurzył i wyprowadził z niej nowe życie – twoje. Przed tobą życie, o które warto walczyć. Uwierz, że możesz zagrać w nim główną rolę, bo przecież nie ma nikogo, kto mógłby zająć twoje miejsce. Pamiętaj, że „nadzieja zawieść nie może”. A zatem, nie własną mocą, ale własną współpracą z łaską Jezusa „wstań, weź swoje łoże i idź”.

Szymon

 

 

Szum z Nieba nr 110/2012

 

 

 

 

Aby przeczytać więcej na temat wyjścia z niewoli grzechu do wolności, zapraszamy do książki o. Józefa Kozłowskiego SJ - "Z grzechu do wolności" - więcej tutaj!

 

 

 

 

(zamieszczono 2012-04-01)