Pompeje i pielgrzymka biegiem!

Zdać relację z tej wyprawy, to jak próbować opisać, na czym polega miłość Jezusa. Kto sam jej nie doświadczył – w pełni nie zrozumie. Podobnie i tego, jak to jest, gdy po 2100 km drogi i biegu o każdej porze dnia i nocy, bez względu na pogodę, będąc we wspólnocie 24 h na dobę (łokieć w łokieć), czasem śpiąc na plaży, obok cmentarza lub gdzie się dało, korzystając z toalety w krzakach, jedząc co akurat było – niedomyci, ale bardzo szczęśliwi położyliśmy się krzyżem pod sanktuarium Matki Bożej w Pompejach.

 

 

Duch Święty „always in progress”

Bieg sztafetowy do Pompejów rozpoczął się znacznie wcześniej niż w dniu, gdy ekipa „Zabieganych” wyruszyła w drogę. Najpierw narodziła się wizja w głowie i sercu Piotra Tomaszewskiego, głównego organizatora. Jeszcze nie był we wspólnocie „Mocni w Duchu”, jeszcze nie całkiem się nawrócił, ale już zaczął odmawiać nowennę pompejańską. Szło mu bardzo opornie – i ze względu na walkę duchową, i ze względów technicznych (trwa długo, wymaga systematyczności, trzeba się modlić codziennie). A że Piotr kiedyś był kolarzem, to nowenna skojarzyła mu się ze sportowym zmaganiem. Jednak sama „wizja pompejańska” krystalizowała się długo. Pierwszym krokiem był bieg sztafetowy do Częstochowy 5 lat temu. Wtedy wydawało się to karkołomnym przedsięwzięciem, choć to „zaledwie” 130 km od Łodzi. Ale po sześciu latach ze 130 km zrobiło się 2100 km, tyle że do Piotrowej wizji pompejańskiej niełatwo było przekonać lud Boży (w szerokim rozumieniu tego słowa), państwowych urzędników, a zwłaszcza potencjalnych biegaczy.

 

Wyprawa „all inclusive”

Piotr nie przedstawiał rozbudowanych argumentów – chodził i tłumaczył, że Maryja czeka. Ale odmawianie różańca to jedno, a techniczna strona tego przedsięwzięcia to drugie. Potrzeba było przede wszystkim biegaczy: odpowiednio przygotowanych, wytrenowanych i wierzących (czytaj: szalonych). Potrzeba było samochodów. Nakreślenia szczegółowego planu drogi i obliczenia czasu potrzebnego do jej pokonania. Dogadania się z policją i służbami porządkowymi. Mnóstwa dokumentów, podań, petycji i pieczątek. Środków finansowych. Nieprawdopodobnego zaangażowania ze strony wielu osób. Wszystkie sprawy udało zapiąć na ostatni guzik, nie raz w cudowny sposób, np. w przerabianie jednego z busów, by pomieścił więcej osób, zatrudnieni zostali za 1/10 ceny „przypadkowo” spotkani Ukraińcy, a w jego przerejestrowanie – równie „przypadkowo” spotkany znajomy. A wtedy najsilniejszych „Zabieganych”, z Jackiem włącznie, zaczęły dotykać przeróżne kontuzje, więc ich udział w wyprawie stanął pod wielkim znakiem zapytania. Jednak Duch Święty nie odpuszczał. Ostatecznie na mecie stanęło 19 biegaczy, m.in. 12-letni Kevin (bez taryfy ulgowej) i ks. Michał, dzięki któremu wyprawa zyskała miano „all inclusive” (żartowaliśmy, że mamy na „pokładzie” wszystko, nawet księdza). W każdym razie Jezus wiedział o nas jedno – że wszyscy dotrwają do końca i nikt się nie podda.

 

„W każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel…”

Był moment w czasie drogi do Pompei, kiedy stanęłam obok busa naszej ekipy i spojrzałam na tylne siedzenie. Leżała na nim sutanna ks. Michała, miska z kiełbasą i chlebem, Pismo święte, żele energetyczne, poduszka, różaniec i telefon. Ta scena świetnie obrazuje charakter naszej wyprawy – to, co ludzkie i przyziemne, łączyło się z tym, co wzniosłe i duchowe; a to, co grzeszne, z tym, co święte. Pot, ból mięśni, niedospanie, niedomycie, rozdrażnienie, zwątpienie – spotykało się z doświadczeniem miłości Boga, wiarą i nadzieją, pięknymi widokami, radością z pokonywania siebie i błogosławieństwem obecności drugiego człowieka. Pomyślałam wtedy, że Jezus i Maryja patrzą na nas z góry, ogarniają cały ten „kramik z różnościami” i takich, jacy jesteśmy, prowadzą konsekwentnie do wspólnego celu. Kiedy wszyscy razem, ramię w ramię, modliliśmy się, leżąc krzyżem na ziemi pod sanktuarium Matki Bożej w Pompejach, a Piotr Tomaszewski ze łzami w oczach powtarzał: „Moje marzenie się spełniło” – w obliczu faktu, że wiara czyni cuda, już nie pamiętaliśmy, co nam przeszkadzało po drodze.

 

Włodek: Dla mnie pielgrzymka była ważną lekcją, jak odczytywać wolę Bożą. Na Forum Charyzmatycznym poświęconym temu zagadnieniu znajoma przekazała mi proroctwo, że powinienem pobiec do Pompei. Wtedy nie miałem motywacji ani chęci, by poświęcać czas na treningi, przygotowania itd. Myślałem, że to fajny i ambitny pomysł, i super byłoby coś takiego przeżyć, ale to za duże ryzyko. Jednak po tym, jak usłyszałem proroctwo, powiedziałem: „Dobrze, Boże, skoro tego chcesz, to daj mi potwierdzenie”. Wtedy zespół muzyczny zagrał pieśń „Bóg potrzebuje ciebie”. Nie miałem już wątpliwości, że mam biec, więc rozpocząłem przygotowania. Szło mi opornie. Pojawiały się kontuzje i inne problemy, które powodowały, że nie raz chciałem się poddać i zrezygnować. W dodatku znajoma od proroctwa sama w końcu stwierdziła, że raczej nie damy rady dobiec do Pompei. Na szczęście doszedłem do wniosku, że jak Bóg tego chce, to nawet „prorok” nie ma nic do gadania! Bieg się odbył. Daliśmy radę.

 

Magda: Trzy miesiące przed wyruszeniem w drogę uszkodziłam sobie staw skokowy. Do tego momentu pokonywałam dystans ok. 100 km tygodniowo, a po kontuzji nie byłam w stanie przebiec nawet przez ulicę. Z bólem serca zrezygnowałam z udziału w pielgrzymce. Na tydzień przed startem okazało się jednak, że jest jedno wolne miejsce w samochodzie i namówiono mnie, żebym pojechała do Pompei, by pomagać innym biegaczom. Ból nogi zaczął wprawdzie delikatnie się zmniejszać, ale nie na tyle, bym mogła biegać – zwłaszcza, że mogło to doprowadzić do nieodwracalnego zniszczenia stawu. Długo się wahałam, jednak zaufałam Bogu i zdecydowałam się pokonać strach. Poszłam (czytaj: pobiegłam) za głosem serca. Wyruszyłam w drogę i… biegałam codziennie. Ból był czasem trudny do zniesienia, ale ofiarowywałam go w powierzonych intencjach. Nie tylko nie zniszczyłam stawu, ale jego stan po pielgrzymce szybko zaczął się poprawiać. Już prawie całkiem wyszłam z kontuzji.

 

Jarosław: W drodze do Pompei byłem jednym z wolniejszych biegaczy, ale chciałem to zmienić. Gdy biegliśmy przez Włochy, wpadłem na pomysł, że gdy jadący za mną samochód mojej ekipy będzie lekko na mnie najeżdżał (i przez to wywierał na mnie presję), to zwiększę tempo. Kierowca ze śmiechem zaakceptował ten pomysł, może niezbyt mądry, ale jak się okazało – skuteczny. W pewnym momencie, gdy robiłem zbieg, przestraszyłem się, że mogę się potknąć i upaść. A samochód przecież był w bardzo bliskiej odległości… Zacząłem się wtedy modlić do Ducha Świętego, bym nie skończył pod kołami, a wtedy kierowca nieoczekiwanie zwolnił i znalazłem się w bezpiecznej odległości. Dziękuję Bogu za to, że kolejny raz był przy mnie i nie pozwolił, by stało mi się coś złego.

 

Zbyszek: Ten bieg to dla mnie doświadczenie, jak dobro może niesamowicie jednoczyć ludzkie serca – i w naszym zespole, i we wszystkich Polakach, Słowakach, Austriakach i Włochach, których spotykaliśmy na trasie. To był wspólny trud, modlitwa i słuchanie natchnień. Na przykład na Słowacji, po nocnym biegu marzyliśmy tylko, by się odświeżyć i przespać. A tu środek miasta, parking przed centrum handlowym i obcy język. Ale usłyszałem w swoim wnętrzu słowa: „Poszukaj, może tu są jezuici”. Poszukałem i… znalazłem dom rekolekcyjny oo. jezuitów! Zadzwoniłem domofonem. Polskie „Szczęść Boże” było początkiem ogromnej serdeczności, jakiej doświadczyliśmy. Szukaliśmy kawałka podłogi, a otrzymaliśmy o wiele więcej – pokój, łazienkę, jedzenie, a nawet mogliśmy odprawić Eucharystię w prawdziwej świątyni. Boże odpowiedzi na nasze prośby niejednokrotnie przerastały nasze oczekiwania!

 

Arnold: W moim przypadku Duch Święty objawiał się w bardzo prozaicznych sytuacjach, m.in. w tym, że żywiliśmy się kiełbasą i kabanosami, które zwykle powodują u mnie problemy gastryczne, a w drodze do Pompei mój żołądek reagował na nie jak na delikatną kaszkę mannę. Ponadto źle znoszę wysoką temperaturę, a gorące słońce odbiera mi siły. Tymczasem we Włoszech dawałem radę biec w upale w dobrym tempie, nawet przez kilka kilometrów, na dodatek pod górę.

 

Lucyna: Mój udział w tej pielgrzymce był związany z długim procesem rozeznawania. W pewnym momencie zrezygnowałam z wyprawy, ale nosiłam ją w sercu. Kiedy biegałam, modliłam się na różańcu właśnie w tej intencji. Wierzyłam, że jeśli Maryja tego chce, to się uda. Co ciekawe – normalnie biegałam wolno i odżegnywałam się od cięższych treningów, jednak w głębi serca czułam, że Bóg może chcieć czegoś więcej. Po jakimś czasie powiedziałam Mu: „tak” i ofiarowałam swoje słabe siły, aby mnie zmotywował do większego wysiłku. Pierwszy owoc tego zawierzenia wyraził się w tym, że zwiększyłam dystans i tempo biegu. W końcu zdecydowałam, że wyruszę do Pompei. Moja droga była okazywaniem wdzięczności Bogu, wielkim DZIĘKUJĘ za to, że On jest na wszystkich moich ścieżkach.

 

Ania: Podczas pielgrzymki skupiałam się na małych, nie na wielkich rzeczach: jak rozsądnie podzielić dystans, który mam do przebiegnięcia, i nie być ciężarem dla innych; kto będzie biegł w górach (gdzie trasa jest najtrudniejsza), co będziemy jeść i gdzie spać, kto poprowadzi samochód. Modliliśmy się codziennie właśnie w tych intencjach i koncentrowaliśmy na tym, co „tu i teraz”. Dzięki temu, że celebrowaliśmy każdy dzień i nie wybiegaliśmy nadmiernie w przyszłość, otworzyliśmy się bardziej na cuda, które Maryja wyjednywała w codzienności, i bardziej zauważaliśmy, jak się nami opiekuje (np. przez to, że ktoś zaprosił nas do swojego domu, byśmy mogli się wykąpać, napić kawy albo przespać). Każdego dnia dostawaliśmy tyle, ile potrzebowaliśmy. Aż niepostrzeżenie dotarliśmy do celu. Dopiero w drodze powrotnej, gdy kilometry dłużyły się niemiłosiernie, dotarło do nas, czego my tak naprawdę dokonaliśmy i że bez pomocy Boga na pewno nie dalibyśmy rady.

 

Arek: W naszej ekipie panowała wspaniała atmosfera, ale po kilku dniach pojawiły się także „orientalne” zapachy… Okazało się, że podziałały one na nas bardzo motywująco, bo każdy chciał iść i biegać, by nie musieć ich wdychać w samochodzie. Jednocześnie moi towarzysze mówili, że próbują w czasie biegu myśleć o Maryi. Zapragnąłem tego samego, ale nie mogłem się skupić i miałem same rozproszenia. Jednak trzy dni przed metą, gdy o Niej pomyślałem, zobaczyłem obraz: palec Maryi wskazujący na Jezusa, który podnosi się z upadku pod krzyżem i idzie dalej. Nie zrobił tego z grymasem bólu na twarzy, ale z uśmiechem. I spojrzał wtedy na mnie. Ten obraz dał mi niesamowitą siłę – żaden podbieg nie był już dla mnie straszny!

 

Agnieszka: Siódmego dnia pielgrzymki, podczas Eucharystii na cmentarzu, padły słowa, że kiedyś też znajdziemy się w tym miejscu i powinnam zadać sobie pytanie, czy jestem gotowa. Pomyślałam wtedy, że gdybym teraz stanęła przed Bogiem, to być może pochwaliłby mnie za to, że super biegam, ale zapytałby mnie przede wszystkim o miłość do drugiego człowieka. To pokazało mi, że w drodze do Pompejów nie o bieg wcale chodzi, ale o umiejętność bycia z innymi w trudnych sytuacjach. Że ważne jest bycie życzliwym, wyrozumiałym i cierpliwym. I Bóg zapytałby też o moje wewnętrzne motywacje i nastawienie (bo gdy gotowałam makaron dla wszystkich, to w głębi serca byłam zła, że inni tego nie robią). To niby takie oczywiste, ale musiałam wylądować na włoskim cmentarzu, by to zrozumieć.

 

Kasia: Podczas pielgrzymki prosiłam Boga m.in. o umiejętność dostrzegania Jego działania na co dzień – i przestałam mieć z tym trudność, mimo strapień i wątpliwości. Codziennie doświadczaliśmy Jego opieki i obdarowania. To, o co prosiliśmy, otrzymywaliśmy. Nawet gdy się przeziębiłam i wszystko mnie bolało, dawałam radę normalnie biegać i modlić się na różańcu. Jestem przekonana, że to Maryja dodawała mi sił. Gdy wbiegliśmy do Pompejów, doświadczyłam radości, czułości i otwartych ramion Matki Bożej – nie do opisania! A to był dopiero początek przygody z Bogiem. Po powrocie do domu codziennie widzę owoce Jego obecności i już umiem je rozpoznawać.

 

Piotr L. (tata Kevina): We Włoszech spotkała nas bardzo zabawna sytuacja. Szukaliśmy miejsca, by odpocząć i wjechaliśmy na teren prywatny. Zobaczyliśmy jakiegoś Włocha i przestraszyliśmy się, że doniesie na nas policji. Zdecydowaliśmy się do niego podejść. Mimo że znał angielski tak jak my włoski, udało nam się wytłumaczyć, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. W pewnym momencie Włoch poszedł po coś do domu i wrócił z jakąś kobietą. Zauważyliśmy, że jest na niego zdenerwowana. Ku naszemu zaskoczeniu, zapytała nas po polsku: „To wy jesteście z Polski?”. Dziewczyny zareagowały na to z entuzjazmem: „To pani jest z Polski?”. Okazało się, że ta kobieta jest opiekunką owego Włocha, jak się okazało 90-letniego. Kiedy przyszedł do niej i zaczął opowiadać, że przed domem są Polacy, którzy biegną do Pompejów, pomyślała, że bredzi, dlatego z trudem ją namówił, by do nas przyszła. Ostatecznie – zaprosili nas do domu, gdzie mogliśmy się wykąpać i napić herbaty. To było piękne spotkanie!

 

Beata: Dla mnie bieg do Pompei to świadectwo wierności Boga człowiekowi. Przez jakiś czas nie było mnie we wspólnocie „Mocni w Duchu”, ale niezależnie od tego czułam w sercu wyraźne wezwanie, by trenować bieganie. Tak też robiłam, chociaż nie rozumiałam, dlaczego. W lipcu, gdy wracałam do domu po bardzo ciężkim treningu w upale, miałam duży kryzys i zadałam Bogu pytanie: po co to mam robić? W tym momencie zadzwonił do mnie Piotr Tomaszewski i powiedział, że jest wolne miejsce w sztafecie do Pompejów i jeśli chcę, mogę biec. To było jak grom z jasnego nieba! Dołączyłam do „Zabieganych” miesiąc przed startem. Kiedy pytałam Jezusa, jak mam biegać, w jakim tempie, jaką techniką – On odpowiedział: z miłością. I tak narodziła się nowa jakość wstawiennicza w Duchu Świętym: przez wybieganie…

.

.

(zamieszczono 2019-02-20)