Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 32 gości 

Miłość wymaga, by ewangelizator był pogodny i radosny: Nie może wyglądać jak skwaszony ogórek, musi przezwyciężać siebie, a w momentach ciężkich, gdy już nie możemy dać sobie rady ze sobą i jesteśmy specjalnie trudni dla ludzi, jest jeszcze wyjście: albo się pomodlić, albo iść się przespać. Ale ludziom lepiej w takich sytuacjach na oczy się nie pokazywać, by nie powiedzieli o nas: A to jędza!

kard. Stefan Wyszyński (Warszawa, 6.08.1964)

 

Śmiech przedłuża życie

Od 14 roku życia ćwiczy pantomimę, ale przetrenował swoje ciało także przez Kung-fu i akrobatykę sportową. Jest człowiekiem płynnie łączącym skrajności: absolwent ogniska muzycznego (do dziś świetnie gra na pianinie), magister teologii na KUL-u (pisał komentarze w „Gościu Niedzielnym”), zawód wykonywany: mim. Ireneusz Krosny od 26 lat w najlepszym stylu rozśmiesza Polaków i gromadzi na widowni różne pokolenia. Jego występy cieszą się wielką popularnością w Internecie, a ponieważ język pantomimy jest językiem uniwersalnym – także zagranicą.

 

– Co przynosi Panu radość?

Jak dla każdego chrześcijanina, moją pierwszą i najważniejszą radością jest to, że moje życie ma sens. Skoro jest zbawienie i perspektywa życia wiecznego – to nadaje sens wszystkim naszym wysiłkom. Druga kwestia, jak to jest ładnie powiedziane: nieba nikt nie jest w stanie nam zabrać oprócz nas samych. To daje poczucie bezpieczeństwa, że cokolwiek by się w życiu nie działo, to jednak człowiek zawsze ma możliwość bycia zbawionym. Myślę, że to są te najważniejsze powody do radości. Natomiast jeśli chodzi o radość codzienną i zwyczajną, to medycyna udowadnia, że śmiech przedłuża życie, a ludzie zestresowani, przygnębieni czy w depresji – są pierwszymi kandydatami do wszelkiego rodzaju chorób. Radość jest nam „organicznie” potrzebna do życia, a mój zawód polega na dawaniu radości, na stwarzaniu okazji do zastanowienia się nad różnymi absurdami życia codziennego, co pozwala nam nabrać pewnego dystansu do tego, co dzieje się wokół.

 

– Czy dawanie radości innym też przynosi radość?

Tak. Pomimo, że robię to zawodowo od 26 lat, wciąż się cieszę, gdy patrzę w kalendarz i widzę, że dzisiaj gram. Oczywiście występuje też pewne zmęczenie, ponieważ coraz bardziej przeraża mnie wizja kolejnej premiery, gdy trzeba mieć ciągle nowe pomysły. Ale jest to zmęczenie raczej pracą twórczą niż samym występowaniem. Występowanie jest przyjemne, daje ludziom radość, śmiech – i to zawsze jest pozytywne odczucie. – W jaki sposób relacja z Bogiem ma wpływ na Pana występy? Wiara ma taki wpływ na scenę, że określa dobór tematów, unikam więc tematów niskich, np. alkoholowych, seksualnych itd. Wydaje mi się, że i bez nich mamy z czego się pośmiać, więc nie jest konieczne obniżanie poziomu, by wywołać śmiech. Moje spektakle są znane z tego, że rodziny przychodzą w całości, z dziećmi, ponieważ nie ma obaw, że pojawi się coś „tylko dla dorosłych”, co mogłoby dzieci zgorszyć. Niestety, obecnie często w kabaretach pojawiają się treści obsceniczne czy niekoniecznie na wysokim poziomie kultury.

 

– Czy Pan Bóg ma poczucie humoru?

Czasami mam takie wrażenie, nawet silne, że Bóg robi komuś niezły kawał. Ale też bez naruszania standardów wysokiej kultury :). – Jak można zawalczyć o swoją radość, jeśli coś w życiu nam ją odbiera? Radość ma być głęboka, a ta bierze się z radości chrześcijańskiej. Opowiadanie dowcipów działa na chwilę, natomiast żeby w sercu człowieka była taka prawdziwa radość – potrzebny jest wysiłek zawalczenia o życie chrześcijańskie. Jacek Pulikowski powiedział kiedyś: „Tyle radości, ile wolności”. Im bardziej człowiek jest wolny, np. od nałogów, zniewoleń najróżniejszego rodzaju, tym bardziej jest szczęśliwy. A współczesny człowiek ma dużo problemów z tym związanych i to czyni go nieszczęśliwym. Czasami brnie w rzeczy, które wydaje mu się, że dadzą mu szczęście – a one mu je odbierają.

 

– Kto jest Pana mistrzem duchowym?

To się zmienia. Kiedyś zaczytywałem się dzienniczkiem duchowym „Dzieje duszy” Małej Tereski. Potem bardziej wciągnęły mnie tematy charyzmatyczne. Obecnie najsilniejszy jest jednak kierunek à la ojciec Pio, czyli akceptacja tego, że cierpienie ma sens. Bo gdyby cierpienie nie miało sensu, to po co są stygmaty? Czasami zastanawiamy się, że ktoś cierpi, jest chory – po co to Panu Bogu jest potrzebne? No widocznie gdzieś w świecie duchowym to jest potrzebne i to cierpienie do czegoś służy. Może się tego dowiemy po drugiej stronie? Ale z całą pewnością, gdyby ono nie miało sensu, to nie istniałyby stygmaty – bo po co męczyć człowieka, który dobrze żyje, całe życie stara się poświęcić Panu Bogu i służbie? Czemuż takiego człowieka nie zostawić pięknym, zdrowym i sprawnym, a dawać mu stygmaty? Gdzieś w tym wszystkim musi być sens, czyli gdzieś Panu Bogu to ofiarowane przez człowieka cierpienie jest potrzebne.

 

– Mówił Pan o doświadczeniu charyzmatycznym. Jak ono wyglądało?

W okresie studiów należałem do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Obecnie jestem członkiem małej grupki parafialnej, która też jest grupą modlitewną, ale nie Odnowy. Spotykamy się, czytamy Pismo Święte, dzielimy się życiem chrześcijańskim, modlimy się razem… Nie jest to wspólnota strukturalna, ale raczej grupa przyjaciół spotykająca się przy parafii.

 

– Patrząc na Pana występy, widać, że Duch Święty obdarzył Pana charyzmatem radości. Czy Pan też to widzi?

Niejednokrotnie modliłem się przed występem za widownię – nie o jakieś wielkie rzeczy, ale właśnie o to, żeby ludzie się naprawdę zrelaksowali, żeby się pobawili, żeby na chwilę zapomnieli o troskach i problemach. Takie jest zadanie komika. Ja też w swoim życiu rozeznawałem, czy pantomima jest tą drogą, którą powinienem pójść. I rozeznałem, że tak. A skoro Pan Bóg takie powołanie dał, to myślę, że i wyposażył mnie w tym kierunku.

 

– Czy od zawsze był Pan osobą wierzącą, czy w historii Pana życia pojawił się konkretny moment nawrócenia?

Wychowałem się w rodzinie katolickiej, więc od dzieciństwa chodziłem do kościoła. Natomiast w wieku nastoletnim przyszedł taki naturalny etap rozwoju, gdy zaczyna się kwestionować różne rzeczy, żeby ostatecznie podjąć własną decyzję. U mnie ten okres trwał około pół roku, miałem wtedy niecałe 18 lat – przestałem chodzić do kościoła, a zacząłem czytać książki o buddyzmie i innych religiach. Ale potem trafiłem na rekolekcje organizowane przez wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym z KUL-u i to był moment mojego powrotu do Kościoła, świadomie i z własnej decyzji.

 

– Czy można być szczęśliwym w dzisiejszych czasach?

Patrząc na współczesny świat, mam wrażenie, że dziś poszukuje się szczęścia w zaprzeczaniu prawdzie. Wydaje się nam, że będziemy szczęśliwi, gdy zakrzyczymy ją i ustanowimy własne prawa, co jest dobre a co złe. I gdy z czegoś nie umiemy zrezygnować, to próbujemy to nazwać dobrem, przeretuszować to i cieszyć się życiem. Bardzo wielu ludzi chce pójść tą ślepą uliczką, np. staramy się akceptować różne związki niesakramentalne jako stałą formę życia. Ale to nie jest droga do prawdziwego szczęścia. Jeśli człowiek naprawdę dąży do szczęścia, to trzeba stanąć w prawdzie i walczyć z tym, co Bóg uznał za zło, a podążać za tym, co Bóg uznał za dobro. Mówiąc krótko: to prawda jest początkiem i tak jak Jezus powiedział – prawda nas wyzwoli. A że „ile wolności, tyle szczęścia”, jest to ten sam kierunek.

 

– Czy jest Pan człowiekiem wdzięcznym Bogu?

Właśnie dzisiaj rano czytałem sobie 2 List do Koryntian i w ogóle popatrzyłem na listy Pawłowe – ta ilość dziękczynienia, jakie on tam składa, jest kolosalna! Oczywiście prosić też można, Pan Jezus mówił: „Proście, a będzie wam dane”. Ale trzeba także dziękować, bo wdzięczność to zaufanie Panu Bogu. Święty Paweł w Liście do Filipian mówi: „za wszystko dziękujcie”. A skoro za wszystko, to znaczy, że także za to, co nas czasem spotyka i po ludzku wydaje się złe i niezrozumiałe. Ale gdzieś tam, w planach Bożych jest to ujęte, więc trzeba dziękować za to Bogu. Wiadomo, że czasami to jest trudne, bo jak można dziękować będąc w obozie w Oświęcimiu? No rzeczywiście, to jest tragedia, ale z drugiej strony – mamy tam o. Kolbego. On miał kiedyś obiecaną koronę męczeństwa i otrzymał ją właśnie w tym obozie, oddając życie za drugiego człowieka, czyli dopełniając miłości. Pan Jezus powiedział: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. A o. Kolbe dopełnił tej miłości, umierając zamiast kogoś innego. Przeciętny człowiek, ateista powiedziałby: „No proszę, jak skończył, jak go Pan Bóg nagrodził za jego życie! Umarł w celi głodowej w Oświęcimiu”. A ja myślę, że o. Kolbe w tamtym momencie nie chciałby być nigdzie indziej. Wierzę, że umierał szczęśliwy – w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jak widać, szczęście jest na innych drogach, niż to się wydaje patrząc na świat ateistycznie…

Rozmawiała: Malwina Kocot

.

.

Dim lights Embed Embed this video on your site

.

.

.

Szum z Nieba nr 146/2018

 

 


.

Zachęcamy do książki o. Pawła Sawiaka SJ - "Po co ci Duch Święty?" Książka uczy współpracy z Duchem Świętym, tak aby nasze życie nabrało dynamizmu. Wprowadza też w doświadczenie darów, charyzmatów i owoców Ducha Świętego. Więcej tutaj!

 

 

 

 

 

 

.

.

(zamieszczono 2019-01-08)