Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 33 gości 

Miłość wymaga, by ewangelizator był pogodny i radosny: Nie może wyglądać jak skwaszony ogórek, musi przezwyciężać siebie, a w momentach ciężkich, gdy już nie możemy dać sobie rady ze sobą i jesteśmy specjalnie trudni dla ludzi, jest jeszcze wyjście: albo się pomodlić, albo iść się przespać. Ale ludziom lepiej w takich sytuacjach na oczy się nie pokazywać, by nie powiedzieli o nas: A to jędza!

kard. Stefan Wyszyński (Warszawa, 6.08.1964)

 

Kajfasz charyzmatyk

Nasze życiowe budowanie przypomina budowanie domu. Jest to może obraz trochę dziecinny, ale pomoże nam rozpoznać, na czym się w życiu opieramy. Budować musimy z czegoś trwałego i szlachetnego, z jakiegoś cennego kruszcu, ze złota. Dlaczego? Dlatego, że ten dom, jak mówi Pismo Święte, będzie przechodził próbę ognia. Jeżeli zbudujemy go z tektury, ze słomy czy z jakichś innych materiałów zastępczych - spłonie i my także w jakiś sposób zostaniemy nadpaleni, nam także stanie się krzywda.

 

Z czego więc budować? Skąd brać te cegły? Najszlachetniejszy czyn, jaki człowiek może wykonać, to czyn miłości. To jest to złoto w tyglu wypalone, już tu, za życia. Ale miłość kosztuje, wymaga poświęcenia i ofiary...

miłość każe budować

Budowanie domu zaczyna się najczęściej od rysowania planów. Dom ma być rozległy, przestronny, wszyscy mają się w nim zmieścić, cały świat nieomal. Wszyscy powinni się tu czuć dobrze, bezpiecznie, wszyscy powinni się ogrzać i posilić. Ale zdarza się, że kiedy w ten sposób zaczynamy budowanie, kiedy bryła budowli jest ogromna i wysiłek także, dzieje się coś dziwnego: rysują się mury, widoczne stają się pewne pęknięcia. Oto moje dawne zobowiązania już mi dzisiaj nie "leżą", dawne decyzje nie stanowią już czegoś zwartego, na moich oczach kruszą się i rozpadają. Mam wrażenie, że to, co skonstruowałem, jest sztucznie posklejane, że nie da się tego opanować. W moim domu zaczyna być niebezpiecznie. W niektóre korytarze już nie wchodzę, bo czuję, że coś może się zawalić.

wiara daje fundament

Wszyscy przeżywamy podobny dramat. Każdy z nas najpierw coś planuje, a potem próbuje to zbudować. Kiedy nadchodzi moment, w którym dom zaczyna się kruszyć, część osób dużo energii poświęca na podstawianie stempli, podpórek, zabezpieczeń, na ukrywanie szpar i pęknięć. W rezultacie budowla przypomina raczej najeżone niesympatyczne zwierzę niż dom.

Czy te podpórki i zabezpieczenia leczą przyczyny? Nie, one leczą objawy, maskują i podtrzymują pozory. Trzeba sobie otwarcie powiedzieć: dom pęka. Mądry człowiek schodzi w takiej sytuacji do fundamentów. Naszym fundamentem jest wiara - to jest ta skała, na której budujemy. Może się okazać, że fundament nie rósł stosownie do planu budynku i ma wymiary: metr na metr, a dom zaplanowaliśmy: sto na sto. Jest wprawdzie kawałek twardego gruntu, od którego zaczęliśmy budowanie, ale zbyt mały. O fundament trzeba dbać na bieżąco. Tak jak wznosimy ściany, coraz wyżej i szerzej, tak samo, w tym samym czasie a nawet wcześniej, trzeba zadbać o fundament. Może się również zdarzyć, że pęknięcia pojawiające się stale w jednym miejscu, ciągłe kruszenie się i załamywanie ścian, są wynikiem tego, że Bóg wyznaczył nam fundament odtąd na lewo, a my budujemy odtąd, ale na prawo.

nadzieja pozwala przetrwać

Mamy już wiarę, mamy miłość, brakuje nam trzeciego elementu, trzeciej cnoty zdolności i sprawności, która prowadzi prosto do Boga, czyli nadziei, spodziewania się. Gdzie w tym obrazie budowania domu jest nadzieja? Nadzieja jest w tym, że mogę budować w każdych warunkach. Być może okoliczności są trudne, być może moje życiowe perspektywy zamykają się jedna za drugą. Może nawet zamykają się do tego stopnia, że znajdę się, jak Maksymilian Kolbe, w celi śmierci, gdzie żadnych perspektyw nie ma. On nie mógł działać zawodowo, nie mógł nic tworzyć, nie mógł rozmawiać z ludźmi, nie mógł nawet spowiadać - mógł się tylko modlić. W takich warunkach, kiedy już nie pozostaje nic innego, kiedy człowiek jest zamknięty w celi śmierci albo w bagażniku samochodu jak ks. Jerzy [Popiełuszko], istnieje jeszcze jedna możliwość, jedna perspektywa nie zamknięta, taka, która się zamknąć nie da, bo zawsze jest nieskończona. Ta perspektywa to perspektywa czynienia dobra.

Zawsze, w każdej sytuacji, mogę coś dobrego uczynić. Zawsze mogę się modlić za nieprzyjaciół: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. I kto wie, czy nie jest to najmocniejsza modlitwa na świecie.

Spójrzmy, jak dziwny gmach wznosimy. Jest nieskończony, nie ma zwieńczenia, nie ma dachu. To jest niezwykłe, że mamy możliwość budowania w nieskończoność! Trzeba jednak umieć odnaleźć tę życiową perspektywę, która w każdych warunkach pozwala nam uczynić coś dobrego.

cud Kościoła

Chciałbym teraz powiedzieć o czymś, czego teologowie nie nazwą cudem, ale cudem jest to w oczach moich, mam nadzieję, że i w oczach waszych. Ten cud to działanie Ducha Świętego w Kościele. Tego Ducha, który został posłany na świat, aby przedłużyć działalność Chrystusa.

Działanie Ducha Świętego we wszystkich Jego wymiarach: niezmierzonych, nieskończonych i niezbadanych, rzeczywiście wygląda na cud. Bo oto w świecie, w którym zagraża nam destrukcja i atomizacja, pojawia się Boża siła, która scala, syntetyzuje i łączy. Już nie panuje nad nami śmierć ani rozbicie, ale oto bierzemy udział w wielkim syntetyzowaniu.

Duch Święty działa w pewnej Atmosferze ("atmosferze" pisanej z dużej litery), można powiedzieć, że Duch Święty wprowadza pewną atmosferę. Ale ta atmosfera to coś więcej niż zwykły nastrój, to raczej przestrzeń, przestrzeń ludzkiego serca i całego świata, w której On tchnie. Tam, gdzie jest obecny Duch Święty, ludzie łączą się między sobą. Tyle spraw nas różni, tyle spraw nas dzieli; jeżeli ukażemy nasze wnętrza, to będzie nas dzieliło jeszcze więcej, bo naprawdę każdy z nas jest inny. A tymczasem przychodzi Duch Święty, łączy, scala, syntetyzuje i czyni z nas jedno, choć jest nas tak wielu, tak jesteśmy różni i ciągle się zmieniamy. Wszystko jest płynne, wszystko się zmienia, a jednak On cały czas działa i tworzy Kościół, którego bramy piekielne nie przemogą. Niby słaby, a przecież najsilniejszy, bo więź duchowa jest więzią najsilniejszą i decydującą.

Każdy z nas buduje swój dom, swoje dzieło miłości. Aż nagle przychodzi On i suma tych domów, tych wszystkich prac i wysiłków, tworzy coś większego. To już nie jest dom, gdzie można mieszkać, to świątynia - miejsce, gdzie oddaje się Bogu cześć. W świątyni domy są nie po to, żeby ze sobą walczyły, ale żeby się scalały, by powstawała jedna rodzina.

cud języków

W taki właśnie sposób pokonywane są bariery na oko nie do pokonania, np. różnica języków. My tutaj między sobą mówimy różnymi językami, bo każdy z nas ma inne doświadczenie, inny los, inną przeszłość - wszystko to nadaje naszym językom inny wymiar. Nasze języki są różne, a jednak przechodzimy ponad tym i potrafimy, jak Apostołowie po Zesłaniu Ducha Świętego, słyszeć nawzajem swoją mowę. Języki nie dzielą nas, ale na nowo łączą.

cud "sukcesu"

Jest jeszcze ten cud, który polega nie tyle na łączeniu ludzi między sobą, ale na scalaniu ich w sobie, na integracji wewnętrznej, na nowym narodzeniu. Jest to cud zaszczepienia Bożego ziarna w nas, tak żeby się rozwijało. Owoce, które potem przynoszę, przynoszę rzeczywiście ja, bo one są we mnie, w moim życiu, w mojej aktywności, ale też, w jakiś sposób, są one całkowicie Boże.

Cud połączenia aktywności ludzkiej z Boską to jest cud Ducha Świętego, który pozwala mi powiedzieć: tak, to rzeczywiście jest moje, ja to zrobiłem; a z drugiej strony, żeby być w zgodzie z prawdą, muszę również powiedzieć: to jest dzieło Boże. Bo co mam z łaski, to mam darowane przez Boga.

cud Pisma Świętego

W tej atmosferze, w której żyjemy, poruszamy się i zbawiamy, żyje również Pismo Święte. Pamiętamy, że kiedy Chrystus zakłada Kościół, Pismo Święte w całości jeszcze nie istnieje, Nowy Testament dopiero zostanie napisany. I zostanie napisany w Kościele. To właśnie w Kościele, w tej atmosferze, w tej przestrzeni, którą tworzy Duch Święty, Pismo św. żyje. Do czego to można porównać?

Żywe jest słowo Boże i skuteczne - czytamy. Wyobraźmy sobie, że rzeczywiście trzymam oto w ręku żywy organizm i chcę z tego organizmu zaczerpnąć życia dla siebie. Każdy żywy organizm potrzebuje właściwej atmosfery do życia, tak jak ryba potrzebuje wody, a człowiek powietrza i przestrzeni. Jeżeli Bóg jest autorem Pisma Święte, to domaga się, aby było ono czytane i wchłaniane w takim duchu, w jakim zostało napisane. Każdy autor ludzki ma prawo się tego domagać, więc również Bóg ma prawo domagać się, aby czytelnik wczuł się w ducha, a nie w literę, bo litera jest martwa i powoduje śmierć. Duch Święty działa w Kościele, dlatego Pismo Święte, ten żywy organizm, powinien być czytany w nurcie Kościoła.

Źle się dzieje, kiedy Pismo Święte zostaje wyciągnięte na brzeg, poza właściwą sobie atmosferę. Wtedy ludzie wyczytują z niego różności i błądzą. Mówią, że badają Pismo Święte, ale to jest raczej sekcja zwłok. Wyciągnięte poza Kościół, Pismo Święte umiera i nie może dać życia. Trzeba wejść z nim na powrót w nurt Kościoła.

Mamy przed sobą żywy organizm - Pismo Święte, które, jeżeli czytane będzie w Duchu i prawdzie, w tej atmosferze duchowej, w jakiej powstało, będzie mówiło o Bogu i zbawieniu. A to jest rzecz najważniejsza.

cud jedności, a nie walka o miejsce

Kiedy Chrystus idzie na mękę do Jerozolimy, dwaj jego uczniowie doświadczają pokusy, żeby zawalczyć o miejsca po prawicy i po lewicy Chrystusa. Dziesięciu pozostałych, którzy to usłyszeli, oburzyło się. Czym jest walka o miejsca? To jest zjawisko opozycyjnego traktowania tego, co składa się na Kościół. Jest Kościół, jest w nim ta atmosfera, o której mówiliśmy, i nagle ktoś zaczyna mówić w dziwny sposób, np. o jakiejś opozycji panującej pomiędzy księżmi a ludem Bożym. To jest właśnie początek walki o miejsca. Kiedy trwamy w Duchu Bożym, nie musimy się ścigać czy nawet niszczyć w walce o lepsze pozycje. Taka walka byłaby podejściem nie-Bożym, bezdusznym. Podobnie niebezpieczne i nie na miejscu jest sztuczne podkreślanie opozycji pomiędzy pokoleniem starszym a młodszym, pomiędzy jednym rodzajem powołania a drugim. Takie zachowanie wyciąga całe to rozdyskutowane towarzystwo gdzieś poza Ducha Świętego. A co tam się może dziać? - nie wiem. Kto tam panuje? - nie chcę wiedzieć.

Kajfasz charyzmatyk

Często myślę o takim ostrzeżeniu, które zawarte jest w historii Kajfasza. Kiedy proces Chrystusa był w toku i powoli zapadały decyzje o skazaniu, Kajfasz wypowiedział proroctwo: lepiej jest (...), gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród. Tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale, jako najwyższy kapłan w owym roku, wypowiedział proroctwo (J 11, 50-51). Kajfasz w jakimś sensie był charyzmatykiem. Charyzmat czasami działa na powierzchni i w taki sposób, że człowiek nie jest go świadom. Kajfasz nie wiedział, że powiedział proroctwo, dopiero św. Jan, czyli Kościół, orzekł, że to było proroctwo. Charyzmat może być tylko zewnętrzną strukturą, czymś, co widzimy, ale w środku człowieka może kryć się jakaś nieprawość. Ilekroć proszę Boga o jakieś szczególne dary - czy to jest prosta modlitwa przed mówieniem homilii, czy przed spowiedzią, czy przed rozmową albo jakimś ważnym zadaniem - tylekroć staram się modlić o fundament:

Panie, nie dawaj mi takich darów, dzięki którym wyjdę poza fundament wiary i niby będąc w Duchu, w rzeczywistości wyjdę poza Ducha, bo wyjdę poza Kościół, zrobię w nim jakiś wyłom, jakąś wyrwę. Nie dopuść, abym dzięki charyzmatom, które posiadam albo które będę posiadał, wpadł w pychę. Spraw, abym zawsze pamiętał, że wszystkie charyzmaty nie są tak ważne, jak prosty akt wiary czy posłuszeństwa. Chcę oddać Tobie całego siebie, a nie tylko mały fragment mojej działalności.

RAFAŁ SKIBIŃSKI OP

Konferencja o Duchu Świętym
wygłoszona dla wspólnoty "Nowe Życie" w Białce Tatrzańskiej, w lipcu 1987 r.

Copyright © by Miesięcznik List 05/2003

 

Polecamy książkę "Jezus jest Masjaszem".  Więcej - kliknij tutaj.