Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 27 gości 

Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo on budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jeszcze jest apostołem? Uczniowie, którzy opuścili Mistrza, już Go nie wyznawali. Dodali odwagi oprawcom.
kard. Stefan Wyszyński (Stoczek Warmiński, 5 października 1954 r.)

 

Tożsamość dziecka Bożego

Jezus powiedział, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do królestwa niebieskiego (por. Mt 18,3). Jezus mówiąc o „przemianie w dziecko”, miał w swoim sercu doświadczenie chrztu oraz góry Tabor, gdzie Bóg Ojciec dał Mu Ducha Świętego i powiedział: „Ty jesteś moim umiłowanym Synem”. Jezus usłyszał tutaj dwie rzeczy: że jest Synem oraz to, że Ojciec Go kocha. Dlaczego to takie ważne dla dziecka? Bez tożsamości orła mały orzełek nie zacznie latać, a mały lew nie zacznie ryczeć – bo nie widzi taty i nie wie, jak ma to robić.

 

 

Pamiętasz historię o małym orle, który przypadkiem trafił na podwórze pełne kur? Wychowywany przez mamę kwokę, tak jak wszystkie kury chodził po podwórzu, wielkim dziobem zbierał ziarno, potężnymi pazurami drapał ziemię w poszukiwaniu robaków. Żył tak z dnia na dzień, aż pewnego razu spojrzał w niebo i zobaczył… wielkiego, pięknego orła, który majestatycznie przemierzał przestworza. Zachwycony orzełek zapytał swoją kurzą mamę: „Kto to jest?”. Na co mama odpowiedziała: „To jest orzeł, król wszystkich ptaków”. Mały orzełek popatrzył na siebie i powiedział: „Ja też tak chcę! Zobacz, mam wielkie skrzydła, silne nogi i ostre jak brzytwa pazury”. Na co kwoka odpowiedziała z pobłażaniem: „Ja i ty jesteśmy kurami. Kury nie latają”. Mały orzeł uwierzył swojej mamie i do końca życia dziobał ziarno. Jaki z tego morał? Czego tutaj zabrakło, żeby ta historia dobrze się skończyła? Zabrakło zwrotu akcji, w którym tata orzeł wylądowałby na podwórku, zabrał swojego syna w przestworza i powiedział: „Synu, nie jesteś kurą. Jesteś orłem!”. Podobnie jest z nami – bez doświadczenia, że Bóg jest kochającym Ojcem, nasza wiara jest przykuta do ziemi, czyli uziemiona troskami, napełniona przyzwyczajeniami. W takiej sytuacji do kościoła idziemy dlatego, że się chodzi, a nasze życie wygląda tak, jakbyśmy byli sierotami. Tymczasem na każdego katolika w Polsce czeka całe bogactwo królestwa Bożego, skarby przyjaźni z Jezusem i dary Ducha Świętego. Dlatego uważam, że o takie doświadczenie Boga żywego należy gorąco prosić – ponieważ ono nadaje nam tożsamość dziecka Bożego i zmienia całkowicie patrzenie na rzeczywistość.

 

Dziecko wie, czyje jest

Doświadczenie Boga żywego może nastąpić w różnych miejscach i na różnych etapach naszego życia. Dla wielu z nas odbyło się ono na rekolekcjach ignacjańskich, gdzie podczas Fundamentu usłyszeliśmy: „Ty jesteś moim dzieckiem. Kocham cię taką, jaka jesteś”. Czasem jest to Msza święta, adoracja Najświętszego Sakramentu albo spowiedź, w której Bóg nas przytula i przebacza listę grzechów, która nam wydaje się nie do pokonania. Ważne jest to, co się od tego momentu dzieje. Coś zaczyna się zmieniać w naszej pobożności i relacja z Bogiem ewoluuje. Jeśli przydarzy się to księdzu, to z najemnika staje się synem Pasterza. Kobieta zmienia się w córkę Króla, której ciarki przechodzą po plecach, kiedy w niedzielę wypowiada słowa: „Panie Boże, Królu nieba, Boże Ojcze wszechmogący…”, ponieważ te słowa dla niej wiele znaczą. Ktoś, kto latami modlił się formułkami, zaczyna rozmawiać z Bogiem o swoim życiu. Dzieje się tak dlatego, że nasze serce poznaje Boga jako Ojca i odkrywa swoją najgłębszą tożsamość – dziecka. Dziecko musi wiedzieć, czyje jest. Z dzieciństwa pamiętam sytuacje, kiedy pojawiałem się w nowym środowisku (np. wysłany przez rodziców, aby coś załatwić z sąsiadami). Często słyszałem wtedy: „To ten od Sawiaków”. Wstępowało wtedy we mnie poczucie bezpieczeństwa, pewności i przynależności. Wiem, kim jestem, więc wiem, co mogę – mam godność i działam. Jezus miał ogromne poczucie swojej tożsamości i wiedział, czyj jest. W Ewangeliach widzimy nawet, jak był prześladowany za to, że nazywał Boga swoim Ojcem (por. J 5,18). W tym kontekście słynna jest też wypowiedź Jezusa o płaceniu podatków na świątynię (coś jak dzisiejsza „taca” w kościele): „Szymonie, jak ci się zdaje? Od kogo królowie ziemscy pobierają daniny lub podatki? Od synów swoich, czy od obcych?”. Gdy ten odpowiedział: „Od obcych”, Jezus mu rzekł: „A zatem synowie są wolni” (por. Mt 17,25-26). Wielu z nas w swojej wierze, w zaangażowaniu w parafii czy we wspólnocie – bardziej przypomina starszego syna z przypowieści o synu marnotrawnym. Starszy syn był dzieckiem, ale nie miał tożsamości dziecka. Był blisko, pracował dla Ojca, ale bez tożsamości dziecka niczego od Niego nie brał, nie używał swoich praw. Ojciec dopiero musiał wyjść do starszego syna i przywrócić mu tę tożsamość: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko co moje do ciebie należy” (Łk 15,31). Od tej pory starszy syn wie, czyj jest i co może. Bóg pragnie tego dla każdego z nas.

 

Jestem grzesznikiem, któremu przebaczono

Po Ćwiczeniach Duchowych św. Ignacego z Loyoli każdy jezuita wyznaje motto: „Jestem grzesznikiem, któremu przebaczono” – to jest w naszej krwi. Nie muszę grzeszyć, ale skłonność we mnie jest raczej do zła niż do dobra. Dlatego Ignacjański Rachunek Sumienia w codziennej praktyce pozwala mi, dziecku, chodzić w prawdzie. Podczas tej krótkiej modlitwy patrzę najpierw na moją tożsamość – jestem dzieckiem Boga, który od mojego wstania z łóżka nie przestaje mnie kochać w konkretach (bicie serca, śniadanie, natchnienia do dobra, spotkania z ludźmi, pokój serca). Tutaj też widzę, do czego dziś jestem kuszony, jak zły duch (Jezus nazwał go „ojcem kłamstwa”) próbuje za wszelką cenę zabrać mi tożsamość dziecka: „Poradzisz sobie sam”, „To niewielki grzech, jesteś już dorosły i wolno ci”, „Modlitwa jest dla słabych”. Tymczasem jest coś świętego w tym, że jestem stworzony do wielkich rzeczy, przekraczających świat i moje własne życie! Jest coś świętego w tym, że moja wielkość płynie nie z idealnie czystego świadectwa bez grzechów, ale z mojej tożsamości – jestem dzieckiem Boga i takiego Bóg Ojciec mnie chciał. Jestem grzesznikiem, kochanym przez Boga i to jest dobra nowina, część mojej tożsamości.

 

Dziecko jest zależne

Ilu nas jest, tyle modeli pobożności i autorytetów w sferze duchowej. Apostołowie też pewnie mieli wiele przykładów do naśladowania, a Jezus jako przykład postawił przed nimi dziecko – „Tacy macie być”. Pewnie niejednemu włos się na głowie wtedy zjeżył, ponieważ dorosłej osobie „nie wolno” naśladować dzieci. Przecież dziecko ma słuchać taty i być posłusznym, nawet gdy czasem nie rozumie dlaczego. Dziecko przygląda się i zanim dojdzie do swoich własnych wyborów, naśladuje mądrego tatę. Jezus daje nam taki wzór, ponieważ sam taki był – przyglądał się Ojcu i na tej podstawie działał. Był zależny od Ojca, bo taka jest miłość: zależna, przyjmująca pomoc drugiego, wystawiona na łaskę bądź niełaskę rodzica, ufna. We wspólnotach, w małżeństwie czy kapłaństwie, najgorsze, co może się nam przytrafić, to „niezależność” – czyli taka postawa, że nikogo nie potrzebuję. Wtedy tak naprawdę zaczynam gubić swoją tożsamość, bo sam w sobie jej nie mam. W zależności od Boga jest jakaś przedziwna moc i pokój, który pozwala trwać nawet w bardzo trudnych momentach życia. Zależność od Boga, choć trudna do przyjęcia, jest tak naprawdę dobrą nowiną i częścią tożsamości dziecka Bożego.

.

.

Dim lights Embed Embed this video on your site

.

Więcej konferencji o. Pawła Sawiaka SJ znajdziesz tutaj!

.

.

.

.

Szum z Nieba nr 143/2017

 

 


 

 

Zachęcamy do książki o. Pawła Sawiaka SJ "Po co ci Duch Święty", w której autor uczy nas, jak współpracować z tym, który w nas mieszka i który pragnie, aby nasze życie nabrało Bożego dynamizmu. Więcej znajdziesz tutaj!

 

 

 

 

 

 

.

.

(zamieszczono 2018-10-08)