Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 68 gości 

Miłość wymaga, by ewangelizator był pogodny i radosny: Nie może wyglądać jak skwaszony ogórek, musi przezwyciężać siebie, a w momentach ciężkich, gdy już nie możemy dać sobie rady ze sobą i jesteśmy specjalnie trudni dla ludzi, jest jeszcze wyjście: albo się pomodlić, albo iść się przespać. Ale ludziom lepiej w takich sytuacjach na oczy się nie pokazywać, by nie powiedzieli o nas: A to jędza!

kard. Stefan Wyszyński (Warszawa, 6.08.1964)

 

O stawaniu się sobą

Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. (Mt 16,24)

 


DOBRZY CZY ŹLI?

Przywołane na początku zdanie o zaparciu się samego siebie jako warunku pójścia za Jezusem – może wydawać się okrutne. Jak to? Mam przekreślić siebie, żeby pójść za Jezusem? A jeśli nawet tak zrobię, to kto wtedy za Nim pójdzie? Przecież już nic ze mnie nie zostanie! Ale Jezus się nie myli. Aby odczytać Jego wezwanie, trzeba dokonać istotnego rozróżnienia. Otóż nikt z nas nie jest jedną, spójną i niepodzielną całością. Intuicyjne poznanie tej prawdy mają już małe dzieci. Moja znajoma odwiedziła kiedyś swojego kilkuletniego chrześniaka. Gdy zapytała go, jak się dziś zachowywał – czy był grzeczny, czy niegrzeczny – mały Jaś udzielił genialnej odpowiedzi: „Ciociu, byłem dziś trochę grzeczny i trochę niegrzeczny”. Bingo! To jest właśnie to! Kiedy dorastamy, coraz bardziej próbujemy znaleźć jednoznaczną definicję samych siebie. W tym celu budujemy sobie zazwyczaj obraz człowieka dobrego, któremu z jakiegoś nieznanego powodu… „przydarzają się” złe czyny. A gdy ktoś kwestionuje nasze wyobrażenie o sobie, przeżywamy to jako atak na naszą osobę. Ale bywa i na odwrót. Jeśli ktoś od samego początku doświadczał krzywdy i niesprawiedliwości, może myśleć o sobie, że jest niczym innym jak samym grzechem i złem. Czasem zastanawiamy się, czy z natury jesteśmy dobrzy, czy źli. Skoro Adam i Ewa, mając wszystko, odwrócili się od Boga i zgrzeszyli, to czy my, będąc ich potomkami, możemy powiedzieć, że jesteśmy z natury dobrzy? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy ponownie uznać istnienie w naszym człowieczeństwie dwóch elementów. Pierwszym z nich jest naturalna, otrzymana od Stwórcy dobroć ludzkiej natury. Księga Rodzaju uwypukla ją, podkreślając, że w dniu stworzenia człowieka „Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31). Określenie „bardzo dobre” pojawia się dopiero w szóstym dniu, gdy na ziemi stworzony został człowiek. No dobrze, a co z elementem zła, który wkrótce dojdzie do głosu w nieposłuszeństwie wobec Stwórcy? Przecież Bóg nie wyposażył mężczyzny i kobiety w zło. Tak, ale wpisał w ich naturę dar wolności. Człowiek zaś, korzystając z niego w niewłaściwy sposób, oddzielił się od Boga. I to właśnie nazywamy grzechem. Od tego momentu do dobroci otrzymanej w akcie stworzenia dołącza głębokie rozdarcie ludzkiej natury, będące konsekwencją ludzkiej decyzji. Dopiero te dwa elementy: naturalna dobroć i rozdarcie spowodowane grzechem – stanowią o ludzkiej kondycji.

 

POWTÓRKA Z RAJU

Wydawać by się mogło, że historia Adama i Ewy to coś jednorazowego i zakończonego. Jednak tak nie jest. Codziennie każdy z nas przeżywa w sobie jej powtórkę. Dawno temu Adam i Ewa podjęli decyzję o byciu jak Bóg. Doprowadziło ich to do wewnętrznego rozdarcia. Codziennie doświadczamy tej niespójności w nas. Wyraża się to chociażby w chęci bycia jak ktoś inny. Możemy stać się kimś innym, ale ceną, którą musimy za to zapłacić, jest rezygnacja z bycia sobą. Adam i Ewa mogli być sobą, gdyż pozostawali w zażyłej relacji z Bogiem. Bóg przechadzał się po raju, rozmawiał z ludźmi, był blisko, na wyciągnięcie ręki. Ta tęsknota za bliskością z Bogiem jest w nas nadal żywa, mimo skutków grzechu pierworodnego. Grzech nie wymazał z naszych serc największego pragnienia: bycia jedno z Bogiem. Jednak zły duch próbuje nas zmylić, namawiając do niewielkiej, lecz istotnej zmiany. Nakłania nas, abyśmy zastąpili bycie z Bogiem na bycie jak Bóg. W podpowiedzi złego ducha kryje się zachęta do tego, aby ponownie oddzielić się od Boga i pozostać na poziomie samowystarczalności: ja sam, ja sama. Szczęście, które proponuje nam szatan, zostaje ukazane w modelu życia w pojedynkę. Drugi człowiek lub nawet sam Bóg mogą być przy nas obecni, ale nie w znaczeniu nawiązywania relacji, bycia razem, a jedynie wykorzystywania drugiego dla osiągnięcia własnych celów. I tak codziennie próbujemy żyć – sami, albo dokładniej: obok innych. Szukamy szczęścia w naszej samowystarczalności, co prowadzi nas do cierpienia. Dlaczego? Bo od początku zostaliśmy stworzeni jako osoby ludzkie, czyli takie, których szczęściem jest dzielenie życia z innymi osobami, zarówno ludzkimi, jak i Boskimi.

 

MASKI I ZBROJE

Życie w osamotnieniu, obok innych, czyli bez autentycznej wspólnoty osób – powoduje poczucie głębokiego nieszczęścia, które daje o sobie znać w postaci cierpienia. Aby je zminimalizować, korzystamy z różnego rodzaju mechanizmów obronnych. Mówi się, że mają one charakter adaptacyjny. To znaczy, że pozwalają nam zaadaptować się do jakiejś trudnej sytuacji. Jeśli, na przykład, ktoś wzrasta w rodzinie dysfunkcyjnej, gdzie nie otrzymuje wystarczająco dużo miłości, troski, serdeczności lub wręcz nie otrzymuje ich wcale, wtedy próbuje odciąć się od doznawanego cierpienia psychicznego, zakładając na siebie pancerz nieczułości. Jeśli cierpienie jest mniejsze i mamy do czynienia ze zwykłymi brakami miłości (a ma to miejsce nawet w najlepszych rodzinach), wtedy wystarczy założenie maski skrzywdzonego. Wzbudzając litość w innych, możemy dostać to, czego nie dostaliśmy w środowisku rodzinnym. Czasem komuś będzie potrzebna maska samowystarczalności i siły. Będzie wtedy wysyłał sygnał do wszystkich dookoła: „Nie potrzebuję twojej pomocy, poradzę sobie sam/sama. Trzymaj się ode mnie z daleka!”. Mechanizmy obronne są nam potrzebne do przeżycia szczególnie w trudnych, początkowych okresach naszego życia. Mają jednak swoje poważne minusy. Po pierwsze, potrafimy się do nich tak przyzwyczaić, a nawet od nich uzależnić, że w chwili, gdy zanika sytuacja zagrożenia, my zachowujemy się tak, jakby ona była nadal realna. Dalej korzystamy ze zbroi lub masek. Drugim minusem jest to, że zastosowanie mechanizmów obronnych prowadzi do wewnętrznego odcięcia się od samych siebie. Znieczulanie bólu czy strachu, to znieczulanie konkretnej emocji. A przecież jest to jakaś część nas samych! Znieczulając choćby tak niewielką część siebie, przestajemy być sobą. I tu historia zatacza wielki krąg. Powracamy do pierwotnego dylematu: czy chcę być sobą ze wszystkimi tego konsekwencjami (np. z cierpieniem, które stanowi część życia), czy raczej wybieram bycie nie-sobą. Czy wybieram radzenie sobie samemu z przykrymi uczuciami, czy decyduję się na wejście w kontakt z kimś, kto przyjmie mnie całego, takiego, jaki jestem?

 

URATOWANI

Niewątpliwie jesteśmy w lepszej sytuacji niż pierwsi rodzice. „Jak to w lepszej? – mógłby ktoś zapytać. – Przecież oni żyli w raju, byli doskonali. A my teraz zmagamy się ze skutkami ich grzechu i często popełniamy ten sam błąd co oni!”. Tak, to prawda, ale nie cała. Powróćmy do początkowego cytatu. Jezus mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. „Pójść za Mną” – to zaproszenie do pójścia drogą szczęścia. Ale już nie w pojedynkę! To pozwolenie, by dać się poprowadzić Jezusowi. By móc stać się tym konkretnym mężczyzną lub kobietą, których Bóg zamarzył i zapragnął jeszcze przed stworzeniem świata. Nie mogę tego uczynić samemu. „Zaprzeć się samego siebie” znaczy codziennie rezygnować z pokusy chowania się za maskami, z bycia nie-sobą. Bycia kimś innym niż się jest. Sami możemy założyć zbroję. Ale sami już nie damy rady jej z siebie ściągnąć! Do stawania się sobą konieczne jest towarzyszenie Boga. Zgoda na Jego obecność i działanie w naszym życiu. To nic innego jak zgoda na przyjaźń z Bogiem. Wiara w to, że On nie chce nas skrzywdzić. Zaufanie, że nasze powtórne narodziny wymagają koniecznego i potrzebnego bólu. Bólu, który nie zabija, a oczyszcza. „Niech weźmie swój krzyż”. To zdanie wyraża prawdę, że decyzja o stawaniu się sobą wiąże się z ogromnym trudem. Skoro świat nie zgadza się na mnie takiego, jaki jestem (bo nie spełniam jego oczekiwań), lub pozwala mi na wszystko – to albo mnie odrzuca, albo odbiera mi możliwość rozwoju. Jezus proponuje drogę krzyża. Krzyża własnego człowieczeństwa, które jest darem (naturalna dobroć) oraz zadaniem (przezwyciężanie rozdarcia). Mogę zgodzić się na siebie i żyć w pełni dopiero wtedy, gdy uznam te dwa elementy: dobroć mojej osoby oraz potrzebę przezwyciężania pokusy życia w samowystarczalności. Drogą jest codzienne branie swojego krzyża „rozdartego człowieczeństwa”. A czasem nawet krzyża „zranionego człowieczeństwa” innych ludzi wokół mnie. Wziąć swój krzyż to odważyć się spotkać ze sobą takim, jaki jestem. To zgodzić się na siebie: zarówno na swoją grzeszność, jak i świętość. „Niech mnie naśladuje”. Jezus powierzył się Ojcu cały. Zawierzył się Jego miłości i nie dał jej sobie odebrać nawet wtedy, gdy w opuszczeniu i odrzuceniu umierał na krzyżu. Jego ostatnie słowa to wyznanie wiary, że wciąż pozostaje Synem Ojca: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,46). Pozostając Synem, pozostaje... sobą, choć zewnętrznie przypomina jedynie strzępek człowieka. Naśladować Jezusa to przede wszystkim nie ulegać potępianiu, zarówno siebie, jak i kogokolwiek innego. Pierwsze słowa Jezusa na krzyżu to nie słowa nienawiści czy gniewu, ale te, w których wyraża przebaczenie: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). Jezus nie ulega pokusie odrzucenia człowieka dlatego, że przez swoje czyny doprowadza do Jego śmierci. Zamiast potępiać, Jezus wstawia się u swego Ojca. Szczytem tej misji jest niewinne i otwarte serce Jezusa na krzyżu, w którym każdy z nas został pojednany z Bogiem-Ojcem. To, co utracił Adam w Raju – więź z Bogiem – odzyskał Nowy Adam na krzyżu. Historia została domknięta.

 

I CO Z TYM TERAZ ZROBISZ?

Nikt z nas nie może powiedzieć o sobie: nie jestem poraniony. Czasem po prostu nie umiemy się do tego przyznać i maskujemy nasze wewnętrzne rozdarcie uśmiechem czy dobrą miną. Pokazujemy na zewnątrz, że jesteśmy silni i że dajemy sobie radę. Prawdziwą ulgę i wyzwolenie przynosi jednak zgoda na bycie istotami paradoksalnymi: trochę grzesznymi i trochę świętymi, trochę samolubnymi i trochę przekraczającymi siebie. Ale przede wszystkim zgoda na bycie kochanymi przez Boga właśnie takimi – z wszelkimi swoimi dwuznacznościami. Nie musimy ich już ukrywać przed samymi sobą. Nie musimy się bać, że ktoś je zdemaskuje w nas. Możemy się śmiało do nich przyznać. Jezus powiedział, że mamy szukać prawdy, a prawda nas wyzwoli (por. J 8,32). Dopiero uznanie prawdy o wewnętrznym rozdarciu i ofiarowanie go Bogu jako Temu, który może i chce nas kochać takich, jacy jesteśmy, przynosi ulgę naszym obolałym (i często opancerzonym) sercom. To coś, czego nikt z nas nie może dać sobie sam. Gdyby tak było, śmierć Jezusa na krzyżu byłaby niepotrzebna… Dobra Nowina to wieść o tym, że jesteś kochany pośród twego rozdarcia. I że niezależnie od tego, jak bardzo jesteś poraniony w środku, to z łaską Boga możesz codziennie na nowo stawać się sobą, rezygnując z samowystarczalności i wychodząc ku Bogu i innym. Bo do tego, by żyć, chodzić po ziemi, być z innymi – nie musisz być idealny. Bóg Ojciec oddał swego Syna nie za idealnych, ale za zwykłych i niedoskonałych. Za ciebie! Nie tylko możesz być sobą – czując się kochanym taki, jaki jesteś, ale też pomóc innym, by mogli doświadczyć w sobie tego samego. Dla Boga bowiem nie ma rzeczy niemożliwych!

.

.

Dim lights Embed Embed this video on your site

.

.

Szum z Nieba nr 148/2018

 

 

 

Zachęcamy do książki Dagi Duke - "W stronę życia, Tatuaż", która jest świadectwem dziewczyny, która przeżyła wiele trudnych chwil w poszukiwaniu własnej tożsamości.  Więcej znajdziesz tutaj!





.

.

(zamieszczono 2018-08-07)