Reklama
Naszą witrynę przegląda teraz 65 gości i 1 użytkownik 

U ewangelizatora ważną rzeczą jest uszanowanie odmienności drugiego człowieka, aby nie dostosowywać go do siebie, ale siebie do niego: żebyśmy się umieli włączyć w jego sposób reagowania, myślenia, zrozumieć jego potrzeby, jego styl życiowy. Z tego względu osoby zaangażowane w ewangelizację muszą same być wewnętrznie wolne, muszą zerwać łańcuch swoich nastrojów, uprzedzeń, kompleksów i schematów myślenia.

kard. Stefan Wyszyński



 

Świętujmy miłość

Bóg-Ojciec od początku aż do końca świata nie robi nic innego, jak tylko kocha. Jednak przez to, jak bardzo jesteśmy słabi i niewdzięczni, ciągle musimy odnajdować w sobie wdzięczność za tę miłość i zadawać sobie trud, by się do niej „dokopać”. Jest to jednak trud błogosławiony, bo gdy ją odnajdziemy w głębi naszych serc – już nic nie będzie nam straszne – mówiła Inga Pozorska podczas XII Forum Charyzmatycznego w Łodzi.

 

 

Bóg nas kocha, każdego z nas stworzył z miłości (nie ma innego powodu, dla którego nas stworzył). Co więcej – posłał na ziemię swojego Syna i codziennie posyła nam Ducha Świętego, aby nas ożywiał, wspierał i oświecał – przekonywała Inga. I w tym kontekście zachęciła, abyśmy postawili sobie pytanie: czy mam czas, by być kochanym przez Boga? A jeśli mam czas (co jest łatwe do zweryfikowania) – to moje życie powinno być nieustannym świętowaniem, powinno być fantastyczne. Do takiego właśnie życia stworzył nas Bóg – do świętowania bycia kochanym – podkreśliła Inga. Jednak w dzisiejszych czasach nie jest łatwo się cieszyć, tak po prostu, zachwycać się tym, co się wydarza. Raczej nawoływani jesteśmy, by bawić się i używać życia bez sacrum i bez misterium. A doświadczanie bycia kochanym jest świętowaniem życia codziennie i w każdej godzinie, niezależnie od tego, co nas spotyka.

 

PIERWSZY WYMIAR MIŁOŚCI TO DZIELIĆ SIĘ

- Ojciec Niebieski podzielił się z nami wszystkim, czym tylko mógł. Sam będąc szczęśliwy, stworzył nas, byśmy byli szczęśliwi – nie chciał być szczęśliwy sam ze sobą. Podzielił się swoim jedynym Synem, oddał Go nam – każdemu człowiekowi. Podzielił się z nami darem Ducha Świętego. Bóg dzieli się z nami także pragnieniem życia w wiecznej szczęśliwości – w niebie, gdzie On nie chce być sam, ale chce byśmy my byli tam z Nim. Jak wielka jest miłość Ojca, że chce podzielić się z nami życiem w szczęściu na wieki! – usłyszeliśmy w konferencji. – Niestety zdarza się, że szczęśliwa wieczność jest dla nas abstrakcją. Zazwyczaj nie myślimy o tym w ogóle – zauważyła Inga i opowiedziała, jak niedawno rozmawiała z siostrą zakonną, która miała sen. Przyśniła się jej inna siostra, już nieżyjąca. Opowiadała jej w tym śnie, że należy wszystkim powiedzieć o tym, jak w wieczności jest pięknie. Abyśmy żyjąc jeszcze na ziemi, zatrzymali się i pomyśleli o tym. Byśmy świętowali miłość Boga na ziemi, by później móc świętować w wieczności. Podobnie Bóg wskazuje nam, że kochać to dzielić się. To jest też ważnym zadaniem ojców ziemskich – dzielić się z dzieckiem tym, co najlepsze. – A więc przede wszystkim wiarą, ale też przebaczeniem, dobrą myślą, pasją – sprecyzowała Inga i opowiedziała o smutnej sytuacji, której doświadczyła, gdy jechała autobusem i spotkała dwóch mężczyzn z małym chłopcem (około czteroletnim). Chłopiec wypowiadał się na tematy polityczne – w swoim przekonaniu bardzo mądrze. Jednak w jego wypowiedziach było bardzo dużo jadu. Jeden z mężczyzn był jego ojcem i widać było, że jest bardzo dumny z wypowiedzi swego syna – że udało mu się podzielić z nim tym, co najgorsze. A kochać to nie dzielić się tym, co jest jadem, co jest słabością, grzechem, ciemnością. Bo po co to dziecku? – retorycznie zapytała Inga. Sama miała wspaniałego tatę i dzięki niemu jest osobą, która ciągle chce świętować życie. Jej tato był wykładowcą na akademii muzycznej, szalonym w radości świętowania życia. Gdy Inga była dziewczynką, nieraz miewała swoje szkolne „dramaty”, a wtedy jej tata w drodze ze szkoły do domu tak się wygłupiał (nie zwracając uwagi na otoczenie), że zawsze zaczynała się dzięki temu cieszyć. Starał się też ją i jej brata zarażać różnymi pasjami, a w szczególności pasją życia. Nie dzielił się tym, co złe, nie krzyczał. Pokazywał, jak pięknie przeżywać rzeczy trudne. – Mój tato miał taki zwyczaj – opowiadała Inga – że kiedy zaczynaliśmy świętować, zawsze był elegancko ubrany. Np. w Święta Bożego Narodzenia zawsze był odpowiednio przygotowany, uroczysty, spokojny i skupiony. Z wewnętrzną radością czekał na przyjście Pana. Jestem mu bardzo wdzięczna za to, że nie siadał do Wigilii niechlujny, zdenerwowany. Że nauczył mnie przez to, jak niezwykły jest to wieczór. I tak było do ostatnich świąt w jego życiu, nawet kiedy był już bardzo chory (zmarł na raka mózgu). Nawet kiedy już leżał przez cały czas w łóżku, jak kłoda, kiedy nadeszły święta, on wstał i ubrał się elegancko, nie siedział w kapciach przy stole. Dla mnie był to cud, że tak się stało. Po tych świętach mój tato już więcej nie wstał.

 

PIĘKNIE CIERPIEĆ

Patrząc na umieranie swojego taty, Inga nauczyła się, jak należy godnie przeżywać trudne doświadczenia, by nie obarczać swoim bólem najbliższych, by nie być dla innych uciążliwym, by cierpiąc – uparcie dążyć do Boga. Jest to także zadaniem spowiedników i towarzyszy duchowych, by uczyć innych świętować i pięknie przeżywać cierpienie. W odniesieniu do ojców duchowych jest to nawet trudniejsze, ponieważ często muszą przebywać z ludźmi zupełnie obcymi, a nawet z wrogami. Przykładem człowieka, który żył w taki sposób jest śp. o. Józef Kozłowski SJ – totalny pasjonat życia, cały czas dążący do Boga, wytrwale zapraszający innych do modlitwy uwielbienia. Inga wspomniała moment z jednych rekolekcji, gdy zatrzymali się w obskurnym barze, aby zjeść posiłek: – Nie mieliśmy innego miejsca do wyboru. Jednak siedząc tam, odechciało nam się jeść. A o. Józef mówił o Bogu, o doświadczeniu Jego bliskości, absolutnie nie zwracając uwagi na to całe ohydne otoczenie. Uczył w ten sposób, by okoliczności zewnętrzne nie zatrzymywały w drodze, nie przeszkadzały w dobrym życiu. – One nam przeszkadzają o tyle, o ile sami na to pozwolimy – podkreśliła Inga. A jeżeli takie niesprzyjające okoliczności się pojawiają, to mają sens – tak jak Bóg dopuścił, by Jezus urodził się w stajni i miało to swój sens: – Jeżeli Bóg dopuszcza trudne sytuacje w naszym życiu, to znaczy, że On sobie z nimi poradzi – podsumowała Inga. Cały problem w tym – co my z nimi zrobimy. Czy się załamiemy, czy skierujemy wzrok na dobrego Boga. O. Józef miał zwyczaj gromadzenia ludzi w Ośrodku (Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi), by opowiadać, co ważnego wydarzyło się w ewangelizacji – że napisał książkę, jak Bóg go prowadził w tym czasie itp. Zachęcał, by każde takie wydarzenie świętować, by się przy nim zatrzymać. O. Kozłowski uczył także, jak pięknie cierpieć. Jak wiemy, zachorował na jednych z rekolekcji, które prowadził: – Miałam tę wielką łaskę, że mogłam z nim porozmawiać, gdy był już po operacji, gdy był jeszcze świadomy (lekarz wpuścił mnie, choć mogła wchodzić do niego tylko rodzina). Był bardzo cierpiący, ale nawet nie jęknął. Widziałam po jego twarzy, że bardzo cierpiał. Jednak dla niego najważniejsze było, jak dokończyć te rekolekcje – wspomina Inga. – Nie skarżył się, nie lamentował. Pytał. Kiedy mu odpowiedziałam, że inny ojciec je poprowadzi – uspokoił się i już nic więcej nie powiedział. A zatem ojciec powinien uczyć dziecko, że w każdym trudzie i cierpieniu jest obecny Bóg.

 

KOCHAĆ TO STWARZAĆ

Drugi aspekt miłości ojca to stwarzać, wydobywać dobro, dodawać odwagi, popychać ku dobremu. Tak jak Ojciec Niebieski stworzył wszystko z miłości. W tym kontekście rodzi się pytanie, które postawiła Inga: czy my się zachwycamy pięknem stworzenia? Czy potrafimy je dostrzegać? To także zadanie ojca, by tego uczyć. By stwarzać przestrzeń do rozwoju, do tworzenia. –To, kim jesteśmy teraz jako zespół Mocni w Duchu, to owoc stwarzania nas przez o. Kozłowskiego – opowiadała Inga. – On nas wypychał do mówienia świadectwa, choć nieraz trzęśliśmy się jak galareta, czuliśmy, jakbyśmy mieli dwie lewe ręce. On wtedy stał za nami i zachęcał, podpowiadał, po prostu był. Mówił: „dasz radę”. Zawsze zachęcał i wspierał. Podobnie było z pieśniami. Pewnego razu powiedział: „Dość śpiewania cudzych pieśni, macie dar, piszcie”. „My? Jak to my?” – dziwili się członkowie zespołu. Okazało się jednak, że nasłuchując Boga, wszystko można. Inga miała podobne doświadczenie ze swoim tatą – on także bez przerwy mówił: „dasz radę”. Przekonywał ją, że jest dobra i kochana. I nie szkodzi, że coś czasem nie wyjdzie. Stwarzanie przestrzeni do działania, do służby drugiemu człowiekowi przynosiło dobre owoce.

 

KOCHAĆ TO JEDNOCZYĆ

Zadanie ojca polega też na jednoczeniu. W tym kontekście Inga zwróciła uwagę, że jedność zaczyna się od zgody na samego siebie i swoje życie – to tworzy jedność w sobie samym. Zgoda na to, w jakim żyję mieście, gdzie pracuję, jaką mam rodzinę. Dzięki Ojcu Niebieskiemu jest to możliwe. – Znamy wiele przykładów heroicznych osób, które wyraziły zgodę na swój trudny los – zauważyła Inga. – Przychodzi mi na myśl św. Maksymilian Kolbe, który zgodził się na piekło, w którym przyszło mu przebywać razem z braćmi (chociaż mógł uciec od tego). Będąc w obozie śmierci, kierował swój wzrok i wzrok tych, z którymi dzielił los, na Boga. Taka wewnętrzna jedność jest konieczna, bo bez tego nie jest możliwe, by kochać, by żyć w świętości. Np. jeśli odrzucam swój wygląd – zdenerwuję się, jeśli obok mnie znajdzie się ktoś ładniejszy, nie uda mi się kochać tej osoby. Albo będę poświęcać czas na zabiegi upiększające, zamiast poświęcać go innym ludziom. Osoba, która nie umie przyjąć samej siebie, ciągle będzie czuła się odrzucana, niedoceniona, a przez to będzie skupiona na sobie, będzie domagała się uwagi, zamiast poświęcić ją innym. Najbardziej szkodliwym owocem braku zgody z samym sobą jest niezdolność do wypełnienia woli Bożej. Taka osoba, będąc w ciągłym niepokoju, musi cały czas walczyć, zamiast spotkać się z Bogiem-Ojcem. Brakuje jej wiary, że On może zaspokoić każdy głód, że może wypełnić serce pokojem. – Dbanie o jedność czasem wyraża się w tym, by pozwolić innym podeptać nas – uważa Inga. – Tak jak Ojciec Niebieski pozwolił się zdeptać. Taka zgoda nie jest bezcelowa – chodzi w niej właśnie o konsekwentne dążenie do wybranego celu. I tutaj Inga znów przywołała obraz ze swego domu rodzinnego – kiedy jako mała dziewczynka pokłóciła się z bratem – ojciec stawał się mostem pojednania między nimi. Pokazywał, że nie warto się kłócić, że lepiej być w zgodzie ze sobą. A zatem zadaniem ojca jest jednoczyć i wyciągać rękę do jednego i do drugiego dziecka – pociągać je do siebie. Podobne zadanie mają ojcowie duchowi – jednoczyć ludzi we wspólnotach, w parafiach. Czasami ręce takiego ojca muszą być bardzo długie i powykręcane, aby mogły wszystkich objąć i doprowadzić do zgody. Podobnie jak czynił to o. Kozłowski (było w nim wręcz heroiczne pragnienie jedności, także w odniesieniu do szeroko rozumianego Kościoła). Zdarzało się, że wraz z zespołem Mocni w Duchu prowadził ewangelizację za granicami Polski. I tam spotykały ich różne doświadczenia – bywało, że nie byli mile widziani w parafiach, w których mieli posługiwać. O. Józef nie komentował tego zachowania, mówił tylko, by członkowie zespołu robili swoje, tyle, na ile będą mieli pozwolenie. Taka postawa pokory i posłuszeństwa przynosiła wspaniałe owoce. Zazwyczaj po zakończeniu posługi jedli kolację z osobami, które wcześniej nie były im przychylne. O. Józef zawsze był pogodny i uśmiechnięty w stosunku do tych ludzi, za żadną cenę nie pozwalał na rozłam w Kościele. Wiedział, że jego zadaniem jest kochać i jednoczyć, a nie dzielić.

 

WSZYSTKO OD NOWA

Na zakończenie Inga opowiedziała też, jak wraz z o. Józefem latała na ewangelizację samolotem. Jak tylko wzbijali się w górę – następował czas modlitwy. Tego uczył o. Józef. Kiedy kilka dni przed Forum Charyzmatycznym leciała samolotem, wzbijając się w powietrze – od razu pomyślała, że to czas na modlitwę. Zwróciła uwagę na niesamowity widok za oknem – ocean białych chmur podświetlonych słońcem. – Zobaczyłam wtedy obraz ojca, który idzie z małym dzieckiem za rękę. Zrozumiałam, że to Ojciec Niebieski, a dziecko to ja. I że każdy z nas ma do przejścia taką drogę na ziemi, zanim wyda ostatnie tchnienie, i nawet wtedy Ojciec będzie nas trzymał za rękę, a jednocześnie pokaże nam całe nasze życie. Patrząc wtedy na ten ocean bieli, który miałam za oknem, zrodziło się we mnie pragnienie, aby całe moje życie było tak cudowne jak ta biel za oknem, by było tak rozświetlone i przejrzyste. Lecz niestety, widząc moje życie teraz, nie mogę powiedzieć, że takie jest – przyznała Inga. – Jest w nim dużo ciemności i ran. Jest dużo cierni i bólu. Zrodziła się we mnie wtedy taka myśl, że na tym Forum Charyzmatycznym chcę zacząć wszystko od nowa. Że Bóg udzieli mi łaski, by zwalczyć ciemność, a zawalczyć o biel. By zobaczyć kiedyś radość na twarzy ojca, że byłam dobrym dzieckiem. Dlatego zachęcam was, by wystartować na nowo, by to Forum stało się początkiem nowego życia.

Oprac. B.Sz.-Z.


 

Szum z Nieba nr 120/2013

 

 

 

 

 

 

Szczególnie polecamy bajki dla dzieci autorstwa Ingi Pozorskiej - "Uczone głowy,  Jaś i Bóg" oraz Ignacy i drogocenny skarb" - więcej tutaj!

 

 

 

(zamieszczono 2013-12-01)